
„Handlowanie płytami interesowało mnie najmniej”
Krakowski sklep Paul’s Boutique, uznany przez Financial Times za jeden z najlepszych sklepów winylowych na świecie, właśnie świętował swoje dziesięciolecie. Przez ten czas zagrali tu DJ Food z Ninja Tune, Diamond D z D.I.T.C. i japoński DJ Koco, czarodziej miksu z siódemek. Nową lokalizację na Starowiślnej otworzył w czerwcu wyprzedany koncert Wildchilda z Lootpacku. Grała z nim krakowska Omasta, która swój debiut zawdzięcza znajomości nawiązanej na jednym z tutejszych koncertów. Dla fanów rapu nazwa brzmi znajomo, ale nie wzięła się wprost od albumu Beastie Boys. Paul’s Boutique to butik Pawłów. Apostrof został jak na okładce. Rozmawiam z Pawłem Twardoniem, który odkąd pamięta zbierał kompakty i kasety, a w połowie lat 90. odkrył winyle. Jak sam mówi, dzięki Mariuszowi Klepackiemu i jego komisowi przy ul. 3 Maja w Katowicach, który zresztą działa do dziś. Paweł został na Śląsku, mieszka w Bytomiu, skąd zajmuje się sourcingiem płyt do sklepu i rozkręca lokalną scenę winylową. Udało mi się go złapać w Krakowie i porozmawiać o prowadzeniu sklepu, jego inspiracjach muzycznych i o tym, jak scena na Śląsku rozwijała się w czasach transformacji. Spotykamy się w Paul’s Boutique 18.08, dwa dni przed dziesięcioleciem sklepu. Możesz opowiedzieć o najważniejszych dla ciebie momentach z tych dziesięciu lat? Rzeczywiście, gdzieś to było pod koniec sierpnia. Nie przywiązuję do tego wagi, bo dzieje się tyle rzeczy, że czuję się, jakbyśmy mieli urodziny raz w miesiącu. Cały czas coś celebrujemy, więc nie wyobrażam sobie, co musielibyśmy zrobić, żeby uczcić dziesięciolecie. Będzie nam miło, jak ludzie przyjdą i ktoś będzie pamiętał, tak jak ty sprawdziłeś, ale czas płynie, idziemy do przodu. Fajnie, że to się tak rozwinęło. Zaczynaliśmy na Miodowej, 20 metrów z antresolą, ale już wtedy próbowaliśmy nie ograniczać się do przestrzeni. Głowę mieliśmy dużo szerszą. Graliśmy nie na tych dwudziestu metrach, tylko na całym pasażu: DJ sety, paczki sprowadzane z Ameryki, pierwsze wydania jazzu i funku, soboty, które nazywaliśmy wtedy “DigujTo!” Dużo się działo. Dziesięć lat, wow. Był taki moment, w którym poczułeś, że to się składa w całość? Zawsze miałem intuicję, że jak coś robisz z pasji, to zadziała. W płytach siedzę ponad trzydzieści lat, to zawsze było dla mnie ważne: zbieranie, otaczanie się nimi, chodzenie po record store’ach, nawiązywanie relacji i kontaktów. Kiedy otworzyliśmy sklep z drugim Pawłem, i zaczęliśmy robić to biznesowo, naturalne było rozwijanie modelu. To, czego nie mogłem zrobić z pozycji zwykłego kolekcjonera płyt, udało nam się zrobić tutaj. Od czego zaczęły się Twoje inspiracje muzyczne? Z tego co wyczytałem to pierwszy Twój koncert to był Kat. Mocno pośledziłeś. Urodziłem się na Śląsku, a Śląsk w latach 80. słynął z tego, że dużo ludzi słuchało metalu i punka, więc to grało mi w głowie. Kat to był mój zespół numer jeden, byłem na nich wiele razy. Znałem się z Romanem Kostrzewskim, bo kiedy ja mieszkałem w Bytomiu, on też tam mieszkał. Metal to była nastoletnia fascynacja? Bo z tego co rozmawialiśmy to teraz słuchasz sporo jazzu i hip-hopu. Lata 80. były barwne i mocno związane z subkulturami. Musiałeś być w jakiejś subkulturze, to było widać na ulicy. Ludzie chodzili ubrani tak, że każdy wiedział, kto czego słucha. Wśród nastolatków nie było wtedy rapu. Subkultury wywodziły się z ciężkiego grania: punk rock, alternatywa, metal. Na początku lat 90. weszło granie cross, hardcore, i dopiero potem hip-hop. MTV zrobiło swoje, rozwaliło nam głowę, pokazało cały ten świat subkultur i muzyki. Czyli naturalnie: z metalu w stronę hardcore punku, a potem hip-hopu. Jako dzieciak słuchałem jazzu na siłę. W ogóle mi się nie podobał, ale czułem, że i tak z tym jazzem skończę. Nie wiedziałem czemu. Z jednej strony metal, z drugiej pierwszy Kaliber 44, bo na Śląsku wszyscy słuchaliśmy Kalibra. Każdy wiedział, że w tym 94, 95 roku coś się zaraz wywali, że przyjdzie kolejny gatunek, który nas wszystkich weźmie. Ale jazz zawsze wracał. Ciężko, nie czułem tego, ale intuicja mi mówiła, że warto sprawdzać. Pamiętam mocno tę scenę yassową, jak się rozwijał bydgoski Mózg, tematy związane z Wybrzeżem, Miłość Tymańskiego. Ciężkie rzeczy. Do rapu wszedłeś przez polski rap czy amerykański? Wychowywałem się w Mikołowie, tam gdzie ten rap się tworzył. 3xKlan Rahima to byli moi koledzy. Spotykaliśmy się na rynku w Mikołowie, ekipa jeździła na deskorolkach. Sot, który później robił beatbox z Paktofoniką, prezentował go nam na przystanku. Połowa lat 90., wszyscy dookoła chodzili w szerokich gaciach i bluzach. Byłem elementem tego, to siedziało cały czas wokół mnie. Widziałem, jak to się tworzy. Czyli to, co w amerykańskich filmach z lat 70. i 80. widać jako kulturę tworzącą się na ulicy, ty przeżyłeś w Polsce. Tak, w środowisku śląskim. Wiele historii mógłbym opowiedzieć. Było bardzo ciekawie, bo dzieciaki, które miały kilkanaście lat, dostawały kontrakt, szły do studia, coś nagrywały. To było wariactwo. Kupowanie bardzo dobrej karty muzycznej, żeby zrobić muzykę na pececie. Pamiętam, jak mój kolega Arek Bak, też beatboxer, w zasadzie pierwszy beatboxer w Polsce, upgrade’ował komputer, żeby zrobić tam coś fajniejszego. Mega zajawa. To im wszystko porozwalało głowy. Kto chciał iść w muzykę, wchodził w to na całego. A teraz widzisz, jakie to jest proste. Wtedy to była abstrakcja. Ta determinacja i młodzieńcza intuicja, wywalanie drzwi, pokazały, że się da. Dzieciaki są teraz na stadionach. Myślisz, że teraz jest prościej? Technicznie na pewno. Nie chcę robić za boomera, że kiedyś to było. Prościej, nie prościej, nie wiem. Teraz jest po prostu inaczej. Mam do tego sentyment, bo miałem wtedy czternaście, piętnaście lat i byłem wokół tego, więc mówię o tym bardzo emocjonalnie. Mieszkasz w Bytomiu i masz tam swoje miejsce, Jazzy Spot. To biuro, mało powiedzieć, że lokal. To bardziej taka zipera. Jest sprzęt, odsłuch, gramofony, płyty, ale to przede wszystkim miejsce spotkań z lokalsami, żeby robić sobie DJ sety. Mam tam też miejsce, żeby obrobić parę kartonów pod Paul’s Boutique, dodać coś do bazy danych. Miejsce pracy, żebym nie musiał codziennie jeździć do Krakowa. Bytom ma swoją muzyczną historię. Jak pogrzebać od lat 70., Bytom był na mapie Polski Mekką muzyczną. SBB grało tu koncerty, Kat, prężne domy studenckie, domy kultury, kluby. Dużo się działo. Ale wiesz, jak to się skończyło. Miasto dostało po dupie w transformacji lat 90., przemysł, takie rzeczy. Pamiętam, że pierwsze prężne sklepy muzyczne były właśnie w Bytomiu, nawet tematy wydawnicze. Jeden z lepszych klubów jazzowo-headowych to był bytomski Fantom. Zanim powstała Hipnoza w Katowicach, ten kultowy klub, przez który przewinęła się masa ludzi z całego świata, ekipa Hipnozy zaczynała właśnie w Fantomie. Jak gadałem z Igorem, to pierwszy czy drugi koncert Skalpela na trasie był chyba zagrany w Fantomie. Kiedy Skalpel wywalił drzwi w świecie nu-jazzu, tego samplowego jazzu, i zrobił kontrakt z Ninja Tune, pierwszy koncert zrobili u siebie we Wrocławiu, a drugi w Bytomiu. Masa ludzi związanych z Ninja Tune, moim ulubionym labelem tamtych lat, grała w Bytomiu. Zrobiliście też tam warsztaty dla dzieciaków. Jest prężna ekipa, która pomaga mi łączyć te wszystkie elementy kulturowe, mamy tam gościa, Jurka, Dean One, który prężnie działa w graffiti, więc robi warsztaty graffiti dla dzieciaków. Jest przyjaciel Marcin, który robi warsztaty DJ-skie. Na to wszystko potrzeba czasu, ale parę takich tematów już było i pewnie będziemy robić kolejne. Nie jesteś w sklepie na co dzień, skupiasz się na sourcingu. Na ile możesz zdradzić, jak znajdujecie płyty? To nie jest żadna tajemnica, każdy w tym biznesie wie. Dwa razy w roku jest największa światowa giełda płyt winylowych i innych nośników. Teraz w ‘s-Hertogenbosch, wcześniej w Utrechcie, czyli Holandia. Jak tam jeździmy, widzimy mnóstwo znajomych, którzy prowadzą inne sklepy w Polsce, całe środowisko się spotyka, bo masz ponad 500 dealerów z całego świata. Jesteś w stanie wydać każde pieniądze, które masz ze sobą. I zawsze tak się kończy. Świetne miejsce do zakupów. Obserwuję nawet, że coraz więcej Amerykanów się wystawia, wcześniej ich tam tak nie widziałem. Ostatnio robiłem zakupy na stoisku z Phoenix, kupiłem trochę fajnego jazzu. To główny szlak: kupujesz szybko, dużo, jesteś w stanie zatowarować się na kilka miesięcy do przodu. Mamy też swój nieformalny szlak amerykański, jazzowo-funkowy, wypracowany lata temu. No i łowimy całe kolekcje. Ktoś chce sprzedać swoją kolekcję, wtedy da się uzyskać normalniejszą cenę i jesteśmy w stanie to kupić. A jaki był Twój najlepszy score? Wyczailiśmy gościa na południu Anglii, w Portsmouth. Polecieliśmy tam zobaczyć, o co chodzi. Anglicy nie przywiązują wagi do przechowywania płyt, te z Wielkiej Brytanii zawsze wypadają gorzej niż te z Europy kontynentalnej. Ale był przepastny garaż. Ogromny. Grzebiemy tam piątą, szóstą godzinę, a tego garażu nie da się przegrzebać nawet przez tydzień. W końcu zrobiliśmy deala i kupiliśmy to wszystko w ciemno. Przyjechało dwoma busami. Ponad dwieście kartonów, prawie dwadzieścia tysięcy płyt. To był jeden spektakularny i dobry zakup. Pełno Davida Bowiego, mnóstwo angielskiego glam rocka, świetne rzeczy. Mamy nawet film nagrany, jak rozładowujemy jednego busa. Stoi nas siedmiu, ośmiu chłopa i gęsiego podajemy sobie kartony do sklepu. A największa wtopa? Nie mam wtop. Jakieś są, ale jak kupujesz całą kolekcję, to zawsze część to jakiś szrot, a część podbija tę cenę. Więcej mam sukcesów niż wtop. Tak jak ten Paternoster. Kupiliśmy tę płytę za przysłowiową złotówkę, a sprzedaliśmy za 8 700 euro. Historycznie w danym roku byłaby jedną z droższych płyt sprzedanych przez Discogs, ale ze względu na uwarunkowania paypalowe i fee zdjęliśmy ją z Discogsa, bo odezwał się prywatny kolekcjoner z Niemiec. Pojechaliśmy ją zawieźć bezpośrednio do klienta pod granicę z Holandią. A leżała pośród kilkuset innych płyt, też wartościowych, ale nie na taką skalę. To jest piękne w tym biznesie: przy kupowaniu i digowaniu zawsze coś fajnego się przydarzy. Lubisz digować prywatnie, kiedy podróżujesz? Jezu, to jest największa zmora. Poleciałem z najstarszym synem do Sztokholmu. Piękne miasto, tramwaje wodne, łódki od wyspy do wyspy, możesz tam spędzić mnóstwo fajnego czilu. A co robi ojciec? Cztery dni siedzę w record storze i nie umiem z niego wyjść. Siedziałem w piwnicy u gościa i cały czas grzebałem, chodziłem tylko do bankomatu i kupowałem płyty. Później logistyka, bo poleciałem tanimi liniami, więc załatwiłem kuriera door to door. Coś tam pozwiedzaliśmy, ale nie poświęciłem zbyt wiele czasu na eksplorowanie Sztokholmu. Od otwarcia do zamknięcia w tej piwnicy. Teraz miałem pierwsze wakacje, byłem z dzieciakami w Gruzji. Też są record story, ale pierwszy raz świadomie odpuściłem. Poszedłem do jednego, zerknąć. Nie rozwalił mnie, nie było chemii, i stwierdziłem, że nie idę dalej. Chciałem mieć pełnoprawne wakacje. Jakie masz najlepsze wspomnienia na przestrzeni tych dziesięciu lat? Zawsze aktywnie wchodziliśmy w tematy poza handlowaniem, bo handlowanie płytami interesowało mnie najmniej. Najbardziej interesowało mnie kupowanie płyt, jeżdżenie na giełdy, zdobywanie towaru, bycie w drodze. To nadal mnie determinuje, żeby iść dalej. A z drugiej strony ludzie: DJ-e, koncerty. Po pierwszym roku zaprosiliśmy DJ Fooda, którego label Ninja Tune, wytatuowałem jeszcze zanim to wszystko się zaczęło. Legenda Ninja Tune zgodziła się przylecieć do małego sklepu w Krakowie na Miodową, zagrał set tylko z siódemek, a później zorganizowaliśmy mu pełnoprawny koncert w Alchemii. Robiliśmy takie rzeczy, nie baliśmy się. Masa polskich DJ-ów, DJ Feel-X. Później to miejsce już samo żyło. Mieliśmy na początku świetnego gościa, Mateusza, też związanego z branżą muzyczną, więc masa klientów waliła do niego. Ten team cały czas był zbudowany wokół ludzi muzyki. Naturalnie się rozwijało, potem poszliśmy na większy metraż i jesteśmy tu, gdzie jesteśmy. Jak udaje Wam się znaleźć dojścia do DJ-ów na międzynarodowym poziomie? Łapanie takich artystów przeważnie dzieje się przez agencję. Działa jakaś forma booking managementu i tam się to załatwia, tam się ich łowi, brzydko mówiąc. My tak nie robimy, bo nie stać nas na pełną gażę, szczególnie że to są in-store DJ sety albo koncerty. Ale trafiamy na ludzi, którzy czują muzykę i chcą bywać w takich miejscach. Dla nas nie ma problemu zaprosić kogoś z Wielkiej Brytanii, Węgier czy zza oceanu. Jeżeli trafimy na ludzi, którzy myślą tak samo jak my, widzą nasz sklep, widzą tę zajawkę na to, co robimy, i widzą, kto u nas grał, to są na tak. Wtedy omijamy całą akcję z booking managerami i wynagrodzeniami, umawiamy się na normalne fee, recordstorowe, i chętnie ich gościmy. W jednym z wywiadów mówiłeś, że większym sukcesem jest dla ciebie wyprzedanie sklepu niż wyprzedanie stadionu. Zawsze cieszy, że to, co robisz oddolnie, co sam sobie z ekipą wymyśliłeś, w co włożyłeś trud i pracę, bez PR-u i ludzi obok, działa. To bardzo buduje. Wyprzedany record store znaczy dużo więcej niż ten stadionowy. Szczególnie że żeby zrobić booking, powiedzmy, Diamond D, gościa z D.I.T.C., który produkował The Score Fugees, legendy, to nie jest tak, że on to robi charytatywnie. Więc bilety muszą być drogie. Czasami między 100, 150, a nawet 200 złotych. Musimy zadbać o to, żeby zapłacić mu gażę, zrobić nocleg, a miejsce mieści zawsze jakieś 100, 110, 120 osób maksimum. I to jest najbardziej budujące, w tym haśle wyprzedanego record store’u: że ludzie chcą zapłacić za taką intymność, za coś zupełnie innego. To też okazja, żeby złapać kontakty w środowisku artystycznym. Pewne relacje dzieją się właśnie w tym miejscu. Zauważ, że artyści zamiast być w trasie, jeździć od wsi do wsi i grać wszędzie, żeby być z ludźmi, wolą zrobić trzy duże koncerty stadionowe, nawet jeden po drugim na tym samym stadionie, żeby infrastruktury nie rozwalać, tylko żeby się pieniądze zgadzały. A potem latami nie koncertują i znowu jeden stadion, drugi stadion. Tam nie zbudujesz relacji. Przeżyjesz coś wyjątkowego, będąc na tym koncercie, ale nie dla nas jest latanie na linie po Narodowym. To wszystko odleciało w jakimś dziwnym kierunku. A intymność, spotkanie się z artystą, to co innego. To jest piękny temat, kiedy nasi ludzie z branży kupują płyty od artysty, który występuje, i w prezencie dają mu swoje. Podpisują się nawzajem, wymieniają kontaktami. To jest fenomenalne. Jak był DJ Koco, gościu, który rządzi światem, jeżeli chodzi o miks siódemek, Japończyk, to była rewelacja. Cała branża, całe środowisko headów, którzy siedzą w temacie, była tego dnia na tych występach. Wielu z nich brało udział za konsoletą i wymieniali się płytami. Zasialiście też ziarno pod krakowski zespół jazzowy. Zrobiliśmy koncert Yoniego Mayraza z Astigmatic Records, jego płyta wychodziła w tym labelu. Dwójka chłopaków z Omasty, jeszcze wtedy nie było tej nazwy, przyszła na ten koncert i skomunikowała się tu z Łukaszem, założycielem świetnego labelu, który pokazał, że jazz w Polsce może iść inną stroną. Szacun im za to. Pamiętam dokładnie, jak EABS zaczęli wydawać, od samego początku byliśmy z labelem związani, też jakieś dziesięć lat. A wracając do krakowskiego podwórka: nawiązała się relacja, która świetnie się rozwinęła, i efektem jest debiutancki album Jazz Report from the Hood krakowskiej Omasty. Talent chłopaki mieli od zawsze, ale zaistnieli tutaj, w krakowskim Paul’s Boutique. A teraz zaraz wyjdzie ich kolejna płyta. Jak oceniasz krakowską scenę winylową? W Warszawie jest ponad 20 sklepów, w Barcelonie ponad 30, a w Krakowie na dobrą sprawę pięć. Jest jeszcze przestrzeń na rynku? Rynek jest ogromny, są lokale, miasto jest turystyczne, wiele form można robić. Ale to nie jest prosty biznes. Nie jest tak, że otworzysz sobie sklep spożywczy. Tu jest potrzebny know-how, trzeba mieć poukładane w głowie, jeżeli chodzi o zakupowość, wiedzieć, co kupować. Otworzyć sklep to nie problem, pojechać na giełdę i kupić pięć tysięcy płyt. Ale utrzymać go później przez rok, przez miesiąc, cały czas mieć płyty. My praktycznie każdego dnia coś dokładamy na półki. To jest robota na całego. Zdobywanie produktu, szczególnie że w Polsce coraz ciężej o polskie płyty. Coś, co kiedyś było do kupienia za kilkanaście złotych, teraz kosztuje tyle, że można popłynąć z kasą. Towar jest totalnie wyprzedany. Mieliście sklep internetowy i z niego zrezygnowaliście. Mamy sklep stacjonarny z dziesięcioma tysiącami nośników, a żyjemy w czasach online. W trakcie covidu online żarł mocno, wszyscy mówili, że bez tego nie da się prowadzić takiego biznesu. Mieliśmy platformę i płyty, na pewno było to jakoś dochodowe. Ale ja jestem wychowany w latach 90., mój customer service jest na zupełnie innym poziomie. A teraz jest taka roszczeniowość: nie wyślesz płyty na czas i ludzie oczekują, że będę mieć infolinię. Chcieliby kupować z pozycji fotela, bo łatwo. Zamknęliśmy tę stronę świadomie, bo nie podobała mi się energia, która wytworzyła się wokół całego mechanizmu kupowania płyt. Pewnie odcięliśmy się od jakiegoś źródła, ale zyskaliśmy wolność. Sklep jest duży, jest w Krakowie, dostępny dla każdego w godzinach otwarcia. Można przyjść i spędzić trochę czasu. Chcemy tu być z ludźmi, a nie z botami. Teraz mamy stronę, na której wystawiamy te najbardziej unikatowe egzemplarze. Trafiliście na listę najlepszych sklepów wg Financial Times. Był z tego jakiś zauważalny boost? To była dla nas mega niespodzianka, w ogóle nie wiedzieliśmy, że coś takiego się wydarzy. Dowiedzieliśmy się dzień przed ukazaniem się artykułu, parę miesięcy po tym, jak ta historia miała miejsce. Był tu w Krakowie, jeszcze na Bożego Ciała, wysłannik, redaktor z Financial Times, kupował płyty, rozmawiał, ale nic nam nie powiedział. Nie byliśmy świadomi. Chciał jeszcze coś dokupić, a to było święto. Pisze do nas na socialach, że chciałby, ale sklep jest zamknięty, bo święto, i co się da zrobić. Otworzyliśmy mu sklep dosłownie na pięć minut, żeby mógł to zrobić. I zapomnieliśmy, że taka sytuacja w ogóle była. Parę miesięcy później pisze, że był u nas, że podoba mu się sklep i koncept, że nakupował dużo polskiego jazzu, że widać te eventy, koncerty. Że mają w Financial Times taką misję w dziale kultura, odwiedzali sklepy na świecie i jego rekomendacją jest nasz sklep, i żebyśmy podesłali zdjęcia. Fajne było to, że jak wejdziesz na ten artykuł, to na rozkładówce, na pierwszej stronie jest nasz sklep. Czy był boost? Na pewno w środowisku, dużo się o tym mówiło, poszły za tym kolejne artykuły. Ktoś z radia chciał robić wywiad. To jest karta przetargowa na kolejnych etapach, możesz się tym pochwalić i ludzie patrzą na ciebie trochę inaczej, że jesteśmy wiarygodni w branży. Ale bezpośredniego przełożenia na ruch nie widzieliście? To nie jest tak, że nagle zjeżdżają ludzie, jakbyś trafił na listę UNESCO, i wszyscy z aparatami przyjeżdżają, bo jest sklep z Financial Times. To jest bardziej miłe, taka niespodzianka. Ale czy przełożyło się na ogromne profity finansowe? Na pewno nie. Zmiana lokalizacji była waszą decyzją, ale trochę wymuszoną okolicznościami. Gentryfikacja, modne teraz słowo w Europie i na świecie, co się dzieje z miejscami kulturowymi w dużych miastach. Coś jest na rzeczy. Byliśmy w sytuacji nieprzewidywalnej, nie wiedząc, na ile zostanie nam przedłużona umowa, czy nas stamtąd wyrzucą, wypowiedzą umowę. Nie chciałem w to wchodzić, bo potrzebuję spokoju, jeżeli chodzi o wynajem miejsca. Nie czekaliśmy na rozwój sytuacji, tylko się zawinęliśmy. Nie mam do nikogo pretensji, każdy robi, co chce, nie jestem od oceniania i nakładania kar, od tego są politycy i rządzący, niech oni wymyślają, jak to ma wyglądać. Podjęliśmy świadomą decyzję, że chyba czas na nas i trzeba szukać nowych możliwości. A zmiany są fajne, każdemu polecam. Z tego co czytałem ma tam powstać hotel. Tak, cały kwartał, dwie ulice, Bożego Ciała i Józefa. Będziemy obserwować, co się z tym miejscem stanie. Mam nadzieję, że koledzy, którym udało się zostać jeszcze chwilę, zamienią tę chwilę na coś dłuższego. Niekomfortowa sytuacja, ta nieprzewidywalność. Słyszałem, że max do września, bo politycy dokręcili im śrubę z budową tego hotelu. Czas pokaże. Jakie macie kierunki na kolejne dziesięć lat? Przetrwać. Nie wiemy, co się stanie. Nawet nie chodzi o winyl, ale prowadzenie biznesu w Polsce jest ciężkie. Masa pieniędzy idzie na podatki, na ZUS-y, do tego dokręcanie unijnych dyrektyw. Mówi się teraz, że nie wyślesz paczki za granicę w Unii, bo musisz się najpierw zarejestrować w jakimś systemie recyklingu. Nie siedzę w tym za bardzo, bo unikam wysyłania płyt gdziekolwiek. To jest wyzwanie na te dziesięć lat. My jako osoby, które mają zajawkę i chcą jeździć po świecie kupować płyty, na pewno to będziemy mieć. Zobaczymy, na ile państwo, politycy i dziwne rozporządzenia europejskie będą nam dokręcać śrubkę. Przygotowany na godzinę rozmowy, ze sklepu wyszedłem po dwóch. Nie mogłem oczywiście nie wykorzystać okazji do digowania i zgarnąłem dla siebie debiutancki album Omasty oraz Donutroit Metro, polski tribute dla Donuts J Dilli. Do tego bonusowy prezent od Pawła: 2071, składanka wrocławskiej sceny rapowej z przełomu tysiąclecia, wydana przez Paul’s Boutique wspólnie z Whitehouse Records. Nowa lokalizacja jest na Starowiślnej 17, u progu Kazimierza. Mieszkałem w Krakowie osiem lat i powiem tak: zapiekanki na placu Nowym możecie sobie darować. Paul’s Boutique nie ✌️ Bonus: 📀 5 albumów reprezentujących Paul’s Boutique This is a public episode. If you would like to discuss this with other subscribers or get access to bonus episodes, visit digginit.substack.com






