Skip to content
Artwork for Diggin' it Podcast
MusicMusic Interviews

Diggin' it Podcast

Diggin' it

Entrevistas de Barcelona con los dueños de tiendas de discos

digginit.substack.com
Play
  • 8 episodes
  • Avg 33 min
  • Spanish
  • Tuesday · 39 min

    „Handlowanie płytami interesowało mnie najmniej”

    Krakowski sklep Paul’s Boutique, uznany przez Financial Times za jeden z najlepszych sklepów winylowych na świecie, właśnie świętował swoje dziesięciolecie. Przez ten czas zagrali tu DJ Food z Ninja Tune, Diamond D z D.I.T.C. i japoński DJ Koco, czarodziej miksu z siódemek. Nową lokalizację na Starowiślnej otworzył w czerwcu wyprzedany koncert Wildchilda z Lootpacku. Grała z nim krakowska Omasta, która swój debiut zawdzięcza znajomości nawiązanej na jednym z tutejszych koncertów. Dla fanów rapu nazwa brzmi znajomo, ale nie wzięła się wprost od albumu Beastie Boys. Paul’s Boutique to butik Pawłów. Apostrof został jak na okładce. Rozmawiam z Pawłem Twardoniem, który odkąd pamięta zbierał kompakty i kasety, a w połowie lat 90. odkrył winyle. Jak sam mówi, dzięki Mariuszowi Klepackiemu i jego komisowi przy ul. 3 Maja w Katowicach, który zresztą działa do dziś. Paweł został na Śląsku, mieszka w Bytomiu, skąd zajmuje się sourcingiem płyt do sklepu i rozkręca lokalną scenę winylową. Udało mi się go złapać w Krakowie i porozmawiać o prowadzeniu sklepu, jego inspiracjach muzycznych i o tym, jak scena na Śląsku rozwijała się w czasach transformacji. Spotykamy się w Paul’s Boutique 18.08, dwa dni przed dziesięcioleciem sklepu. Możesz opowiedzieć o najważniejszych dla ciebie momentach z tych dziesięciu lat? Rzeczywiście, gdzieś to było pod koniec sierpnia. Nie przywiązuję do tego wagi, bo dzieje się tyle rzeczy, że czuję się, jakbyśmy mieli urodziny raz w miesiącu. Cały czas coś celebrujemy, więc nie wyobrażam sobie, co musielibyśmy zrobić, żeby uczcić dziesięciolecie. Będzie nam miło, jak ludzie przyjdą i ktoś będzie pamiętał, tak jak ty sprawdziłeś, ale czas płynie, idziemy do przodu. Fajnie, że to się tak rozwinęło. Zaczynaliśmy na Miodowej, 20 metrów z antresolą, ale już wtedy próbowaliśmy nie ograniczać się do przestrzeni. Głowę mieliśmy dużo szerszą. Graliśmy nie na tych dwudziestu metrach, tylko na całym pasażu: DJ sety, paczki sprowadzane z Ameryki, pierwsze wydania jazzu i funku, soboty, które nazywaliśmy wtedy “DigujTo!” Dużo się działo. Dziesięć lat, wow. Był taki moment, w którym poczułeś, że to się składa w całość? Zawsze miałem intuicję, że jak coś robisz z pasji, to zadziała. W płytach siedzę ponad trzydzieści lat, to zawsze było dla mnie ważne: zbieranie, otaczanie się nimi, chodzenie po record store’ach, nawiązywanie relacji i kontaktów. Kiedy otworzyliśmy sklep z drugim Pawłem, i zaczęliśmy robić to biznesowo, naturalne było rozwijanie modelu. To, czego nie mogłem zrobić z pozycji zwykłego kolekcjonera płyt, udało nam się zrobić tutaj. Od czego zaczęły się Twoje inspiracje muzyczne? Z tego co wyczytałem to pierwszy Twój koncert to był Kat. Mocno pośledziłeś. Urodziłem się na Śląsku, a Śląsk w latach 80. słynął z tego, że dużo ludzi słuchało metalu i punka, więc to grało mi w głowie. Kat to był mój zespół numer jeden, byłem na nich wiele razy. Znałem się z Romanem Kostrzewskim, bo kiedy ja mieszkałem w Bytomiu, on też tam mieszkał. Metal to była nastoletnia fascynacja? Bo z tego co rozmawialiśmy to teraz słuchasz sporo jazzu i hip-hopu. Lata 80. były barwne i mocno związane z subkulturami. Musiałeś być w jakiejś subkulturze, to było widać na ulicy. Ludzie chodzili ubrani tak, że każdy wiedział, kto czego słucha. Wśród nastolatków nie było wtedy rapu. Subkultury wywodziły się z ciężkiego grania: punk rock, alternatywa, metal. Na początku lat 90. weszło granie cross, hardcore, i dopiero potem hip-hop. MTV zrobiło swoje, rozwaliło nam głowę, pokazało cały ten świat subkultur i muzyki. Czyli naturalnie: z metalu w stronę hardcore punku, a potem hip-hopu. Jako dzieciak słuchałem jazzu na siłę. W ogóle mi się nie podobał, ale czułem, że i tak z tym jazzem skończę. Nie wiedziałem czemu. Z jednej strony metal, z drugiej pierwszy Kaliber 44, bo na Śląsku wszyscy słuchaliśmy Kalibra. Każdy wiedział, że w tym 94, 95 roku coś się zaraz wywali, że przyjdzie kolejny gatunek, który nas wszystkich weźmie. Ale jazz zawsze wracał. Ciężko, nie czułem tego, ale intuicja mi mówiła, że warto sprawdzać. Pamiętam mocno tę scenę yassową, jak się rozwijał bydgoski Mózg, tematy związane z Wybrzeżem, Miłość Tymańskiego. Ciężkie rzeczy. Do rapu wszedłeś przez polski rap czy amerykański? Wychowywałem się w Mikołowie, tam gdzie ten rap się tworzył. 3xKlan Rahima to byli moi koledzy. Spotykaliśmy się na rynku w Mikołowie, ekipa jeździła na deskorolkach. Sot, który później robił beatbox z Paktofoniką, prezentował go nam na przystanku. Połowa lat 90., wszyscy dookoła chodzili w szerokich gaciach i bluzach. Byłem elementem tego, to siedziało cały czas wokół mnie. Widziałem, jak to się tworzy. Czyli to, co w amerykańskich filmach z lat 70. i 80. widać jako kulturę tworzącą się na ulicy, ty przeżyłeś w Polsce. Tak, w środowisku śląskim. Wiele historii mógłbym opowiedzieć. Było bardzo ciekawie, bo dzieciaki, które miały kilkanaście lat, dostawały kontrakt, szły do studia, coś nagrywały. To było wariactwo. Kupowanie bardzo dobrej karty muzycznej, żeby zrobić muzykę na pececie. Pamiętam, jak mój kolega Arek Bak, też beatboxer, w zasadzie pierwszy beatboxer w Polsce, upgrade’ował komputer, żeby zrobić tam coś fajniejszego. Mega zajawa. To im wszystko porozwalało głowy. Kto chciał iść w muzykę, wchodził w to na całego. A teraz widzisz, jakie to jest proste. Wtedy to była abstrakcja. Ta determinacja i młodzieńcza intuicja, wywalanie drzwi, pokazały, że się da. Dzieciaki są teraz na stadionach. Myślisz, że teraz jest prościej? Technicznie na pewno. Nie chcę robić za boomera, że kiedyś to było. Prościej, nie prościej, nie wiem. Teraz jest po prostu inaczej. Mam do tego sentyment, bo miałem wtedy czternaście, piętnaście lat i byłem wokół tego, więc mówię o tym bardzo emocjonalnie. Mieszkasz w Bytomiu i masz tam swoje miejsce, Jazzy Spot. To biuro, mało powiedzieć, że lokal. To bardziej taka zipera. Jest sprzęt, odsłuch, gramofony, płyty, ale to przede wszystkim miejsce spotkań z lokalsami, żeby robić sobie DJ sety. Mam tam też miejsce, żeby obrobić parę kartonów pod Paul’s Boutique, dodać coś do bazy danych. Miejsce pracy, żebym nie musiał codziennie jeździć do Krakowa. Bytom ma swoją muzyczną historię. Jak pogrzebać od lat 70., Bytom był na mapie Polski Mekką muzyczną. SBB grało tu koncerty, Kat, prężne domy studenckie, domy kultury, kluby. Dużo się działo. Ale wiesz, jak to się skończyło. Miasto dostało po dupie w transformacji lat 90., przemysł, takie rzeczy. Pamiętam, że pierwsze prężne sklepy muzyczne były właśnie w Bytomiu, nawet tematy wydawnicze. Jeden z lepszych klubów jazzowo-headowych to był bytomski Fantom. Zanim powstała Hipnoza w Katowicach, ten kultowy klub, przez który przewinęła się masa ludzi z całego świata, ekipa Hipnozy zaczynała właśnie w Fantomie. Jak gadałem z Igorem, to pierwszy czy drugi koncert Skalpela na trasie był chyba zagrany w Fantomie. Kiedy Skalpel wywalił drzwi w świecie nu-jazzu, tego samplowego jazzu, i zrobił kontrakt z Ninja Tune, pierwszy koncert zrobili u siebie we Wrocławiu, a drugi w Bytomiu. Masa ludzi związanych z Ninja Tune, moim ulubionym labelem tamtych lat, grała w Bytomiu. Zrobiliście też tam warsztaty dla dzieciaków. Jest prężna ekipa, która pomaga mi łączyć te wszystkie elementy kulturowe, mamy tam gościa, Jurka, Dean One, który prężnie działa w graffiti, więc robi warsztaty graffiti dla dzieciaków. Jest przyjaciel Marcin, który robi warsztaty DJ-skie. Na to wszystko potrzeba czasu, ale parę takich tematów już było i pewnie będziemy robić kolejne. Nie jesteś w sklepie na co dzień, skupiasz się na sourcingu. Na ile możesz zdradzić, jak znajdujecie płyty? To nie jest żadna tajemnica, każdy w tym biznesie wie. Dwa razy w roku jest największa światowa giełda płyt winylowych i innych nośników. Teraz w ‘s-Hertogenbosch, wcześniej w Utrechcie, czyli Holandia. Jak tam jeździmy, widzimy mnóstwo znajomych, którzy prowadzą inne sklepy w Polsce, całe środowisko się spotyka, bo masz ponad 500 dealerów z całego świata. Jesteś w stanie wydać każde pieniądze, które masz ze sobą. I zawsze tak się kończy. Świetne miejsce do zakupów. Obserwuję nawet, że coraz więcej Amerykanów się wystawia, wcześniej ich tam tak nie widziałem. Ostatnio robiłem zakupy na stoisku z Phoenix, kupiłem trochę fajnego jazzu. To główny szlak: kupujesz szybko, dużo, jesteś w stanie zatowarować się na kilka miesięcy do przodu. Mamy też swój nieformalny szlak amerykański, jazzowo-funkowy, wypracowany lata temu. No i łowimy całe kolekcje. Ktoś chce sprzedać swoją kolekcję, wtedy da się uzyskać normalniejszą cenę i jesteśmy w stanie to kupić. A jaki był Twój najlepszy score? Wyczailiśmy gościa na południu Anglii, w Portsmouth. Polecieliśmy tam zobaczyć, o co chodzi. Anglicy nie przywiązują wagi do przechowywania płyt, te z Wielkiej Brytanii zawsze wypadają gorzej niż te z Europy kontynentalnej. Ale był przepastny garaż. Ogromny. Grzebiemy tam piątą, szóstą godzinę, a tego garażu nie da się przegrzebać nawet przez tydzień. W końcu zrobiliśmy deala i kupiliśmy to wszystko w ciemno. Przyjechało dwoma busami. Ponad dwieście kartonów, prawie dwadzieścia tysięcy płyt. To był jeden spektakularny i dobry zakup. Pełno Davida Bowiego, mnóstwo angielskiego glam rocka, świetne rzeczy. Mamy nawet film nagrany, jak rozładowujemy jednego busa. Stoi nas siedmiu, ośmiu chłopa i gęsiego podajemy sobie kartony do sklepu. A największa wtopa? Nie mam wtop. Jakieś są, ale jak kupujesz całą kolekcję, to zawsze część to jakiś szrot, a część podbija tę cenę. Więcej mam sukcesów niż wtop. Tak jak ten Paternoster. Kupiliśmy tę płytę za przysłowiową złotówkę, a sprzedaliśmy za 8 700 euro. Historycznie w danym roku byłaby jedną z droższych płyt sprzedanych przez Discogs, ale ze względu na uwarunkowania paypalowe i fee zdjęliśmy ją z Discogsa, bo odezwał się prywatny kolekcjoner z Niemiec. Pojechaliśmy ją zawieźć bezpośrednio do klienta pod granicę z Holandią. A leżała pośród kilkuset innych płyt, też wartościowych, ale nie na taką skalę. To jest piękne w tym biznesie: przy kupowaniu i digowaniu zawsze coś fajnego się przydarzy. Lubisz digować prywatnie, kiedy podróżujesz? Jezu, to jest największa zmora. Poleciałem z najstarszym synem do Sztokholmu. Piękne miasto, tramwaje wodne, łódki od wyspy do wyspy, możesz tam spędzić mnóstwo fajnego czilu. A co robi ojciec? Cztery dni siedzę w record storze i nie umiem z niego wyjść. Siedziałem w piwnicy u gościa i cały czas grzebałem, chodziłem tylko do bankomatu i kupowałem płyty. Później logistyka, bo poleciałem tanimi liniami, więc załatwiłem kuriera door to door. Coś tam pozwiedzaliśmy, ale nie poświęciłem zbyt wiele czasu na eksplorowanie Sztokholmu. Od otwarcia do zamknięcia w tej piwnicy. Teraz miałem pierwsze wakacje, byłem z dzieciakami w Gruzji. Też są record story, ale pierwszy raz świadomie odpuściłem. Poszedłem do jednego, zerknąć. Nie rozwalił mnie, nie było chemii, i stwierdziłem, że nie idę dalej. Chciałem mieć pełnoprawne wakacje. Jakie masz najlepsze wspomnienia na przestrzeni tych dziesięciu lat? Zawsze aktywnie wchodziliśmy w tematy poza handlowaniem, bo handlowanie płytami interesowało mnie najmniej. Najbardziej interesowało mnie kupowanie płyt, jeżdżenie na giełdy, zdobywanie towaru, bycie w drodze. To nadal mnie determinuje, żeby iść dalej. A z drugiej strony ludzie: DJ-e, koncerty. Po pierwszym roku zaprosiliśmy DJ Fooda, którego label Ninja Tune, wytatuowałem jeszcze zanim to wszystko się zaczęło. Legenda Ninja Tune zgodziła się przylecieć do małego sklepu w Krakowie na Miodową, zagrał set tylko z siódemek, a później zorganizowaliśmy mu pełnoprawny koncert w Alchemii. Robiliśmy takie rzeczy, nie baliśmy się. Masa polskich DJ-ów, DJ Feel-X. Później to miejsce już samo żyło. Mieliśmy na początku świetnego gościa, Mateusza, też związanego z branżą muzyczną, więc masa klientów waliła do niego. Ten team cały czas był zbudowany wokół ludzi muzyki. Naturalnie się rozwijało, potem poszliśmy na większy metraż i jesteśmy tu, gdzie jesteśmy. Jak udaje Wam się znaleźć dojścia do DJ-ów na międzynarodowym poziomie? Łapanie takich artystów przeważnie dzieje się przez agencję. Działa jakaś forma booking managementu i tam się to załatwia, tam się ich łowi, brzydko mówiąc. My tak nie robimy, bo nie stać nas na pełną gażę, szczególnie że to są in-store DJ sety albo koncerty. Ale trafiamy na ludzi, którzy czują muzykę i chcą bywać w takich miejscach. Dla nas nie ma problemu zaprosić kogoś z Wielkiej Brytanii, Węgier czy zza oceanu. Jeżeli trafimy na ludzi, którzy myślą tak samo jak my, widzą nasz sklep, widzą tę zajawkę na to, co robimy, i widzą, kto u nas grał, to są na tak. Wtedy omijamy całą akcję z booking managerami i wynagrodzeniami, umawiamy się na normalne fee, recordstorowe, i chętnie ich gościmy. W jednym z wywiadów mówiłeś, że większym sukcesem jest dla ciebie wyprzedanie sklepu niż wyprzedanie stadionu. Zawsze cieszy, że to, co robisz oddolnie, co sam sobie z ekipą wymyśliłeś, w co włożyłeś trud i pracę, bez PR-u i ludzi obok, działa. To bardzo buduje. Wyprzedany record store znaczy dużo więcej niż ten stadionowy. Szczególnie że żeby zrobić booking, powiedzmy, Diamond D, gościa z D.I.T.C., który produkował The Score Fugees, legendy, to nie jest tak, że on to robi charytatywnie. Więc bilety muszą być drogie. Czasami między 100, 150, a nawet 200 złotych. Musimy zadbać o to, żeby zapłacić mu gażę, zrobić nocleg, a miejsce mieści zawsze jakieś 100, 110, 120 osób maksimum. I to jest najbardziej budujące, w tym haśle wyprzedanego record store’u: że ludzie chcą zapłacić za taką intymność, za coś zupełnie innego. To też okazja, żeby złapać kontakty w środowisku artystycznym. Pewne relacje dzieją się właśnie w tym miejscu. Zauważ, że artyści zamiast być w trasie, jeździć od wsi do wsi i grać wszędzie, żeby być z ludźmi, wolą zrobić trzy duże koncerty stadionowe, nawet jeden po drugim na tym samym stadionie, żeby infrastruktury nie rozwalać, tylko żeby się pieniądze zgadzały. A potem latami nie koncertują i znowu jeden stadion, drugi stadion. Tam nie zbudujesz relacji. Przeżyjesz coś wyjątkowego, będąc na tym koncercie, ale nie dla nas jest latanie na linie po Narodowym. To wszystko odleciało w jakimś dziwnym kierunku. A intymność, spotkanie się z artystą, to co innego. To jest piękny temat, kiedy nasi ludzie z branży kupują płyty od artysty, który występuje, i w prezencie dają mu swoje. Podpisują się nawzajem, wymieniają kontaktami. To jest fenomenalne. Jak był DJ Koco, gościu, który rządzi światem, jeżeli chodzi o miks siódemek, Japończyk, to była rewelacja. Cała branża, całe środowisko headów, którzy siedzą w temacie, była tego dnia na tych występach. Wielu z nich brało udział za konsoletą i wymieniali się płytami. Zasialiście też ziarno pod krakowski zespół jazzowy. Zrobiliśmy koncert Yoniego Mayraza z Astigmatic Records, jego płyta wychodziła w tym labelu. Dwójka chłopaków z Omasty, jeszcze wtedy nie było tej nazwy, przyszła na ten koncert i skomunikowała się tu z Łukaszem, założycielem świetnego labelu, który pokazał, że jazz w Polsce może iść inną stroną. Szacun im za to. Pamiętam dokładnie, jak EABS zaczęli wydawać, od samego początku byliśmy z labelem związani, też jakieś dziesięć lat. A wracając do krakowskiego podwórka: nawiązała się relacja, która świetnie się rozwinęła, i efektem jest debiutancki album Jazz Report from the Hood krakowskiej Omasty. Talent chłopaki mieli od zawsze, ale zaistnieli tutaj, w krakowskim Paul’s Boutique. A teraz zaraz wyjdzie ich kolejna płyta. Jak oceniasz krakowską scenę winylową? W Warszawie jest ponad 20 sklepów, w Barcelonie ponad 30, a w Krakowie na dobrą sprawę pięć. Jest jeszcze przestrzeń na rynku? Rynek jest ogromny, są lokale, miasto jest turystyczne, wiele form można robić. Ale to nie jest prosty biznes. Nie jest tak, że otworzysz sobie sklep spożywczy. Tu jest potrzebny know-how, trzeba mieć poukładane w głowie, jeżeli chodzi o zakupowość, wiedzieć, co kupować. Otworzyć sklep to nie problem, pojechać na giełdę i kupić pięć tysięcy płyt. Ale utrzymać go później przez rok, przez miesiąc, cały czas mieć płyty. My praktycznie każdego dnia coś dokładamy na półki. To jest robota na całego. Zdobywanie produktu, szczególnie że w Polsce coraz ciężej o polskie płyty. Coś, co kiedyś było do kupienia za kilkanaście złotych, teraz kosztuje tyle, że można popłynąć z kasą. Towar jest totalnie wyprzedany. Mieliście sklep internetowy i z niego zrezygnowaliście. Mamy sklep stacjonarny z dziesięcioma tysiącami nośników, a żyjemy w czasach online. W trakcie covidu online żarł mocno, wszyscy mówili, że bez tego nie da się prowadzić takiego biznesu. Mieliśmy platformę i płyty, na pewno było to jakoś dochodowe. Ale ja jestem wychowany w latach 90., mój customer service jest na zupełnie innym poziomie. A teraz jest taka roszczeniowość: nie wyślesz płyty na czas i ludzie oczekują, że będę mieć infolinię. Chcieliby kupować z pozycji fotela, bo łatwo. Zamknęliśmy tę stronę świadomie, bo nie podobała mi się energia, która wytworzyła się wokół całego mechanizmu kupowania płyt. Pewnie odcięliśmy się od jakiegoś źródła, ale zyskaliśmy wolność. Sklep jest duży, jest w Krakowie, dostępny dla każdego w godzinach otwarcia. Można przyjść i spędzić trochę czasu. Chcemy tu być z ludźmi, a nie z botami. Teraz mamy stronę, na której wystawiamy te najbardziej unikatowe egzemplarze. Trafiliście na listę najlepszych sklepów wg Financial Times. Był z tego jakiś zauważalny boost? To była dla nas mega niespodzianka, w ogóle nie wiedzieliśmy, że coś takiego się wydarzy. Dowiedzieliśmy się dzień przed ukazaniem się artykułu, parę miesięcy po tym, jak ta historia miała miejsce. Był tu w Krakowie, jeszcze na Bożego Ciała, wysłannik, redaktor z Financial Times, kupował płyty, rozmawiał, ale nic nam nie powiedział. Nie byliśmy świadomi. Chciał jeszcze coś dokupić, a to było święto. Pisze do nas na socialach, że chciałby, ale sklep jest zamknięty, bo święto, i co się da zrobić. Otworzyliśmy mu sklep dosłownie na pięć minut, żeby mógł to zrobić. I zapomnieliśmy, że taka sytuacja w ogóle była. Parę miesięcy później pisze, że był u nas, że podoba mu się sklep i koncept, że nakupował dużo polskiego jazzu, że widać te eventy, koncerty. Że mają w Financial Times taką misję w dziale kultura, odwiedzali sklepy na świecie i jego rekomendacją jest nasz sklep, i żebyśmy podesłali zdjęcia. Fajne było to, że jak wejdziesz na ten artykuł, to na rozkładówce, na pierwszej stronie jest nasz sklep. Czy był boost? Na pewno w środowisku, dużo się o tym mówiło, poszły za tym kolejne artykuły. Ktoś z radia chciał robić wywiad. To jest karta przetargowa na kolejnych etapach, możesz się tym pochwalić i ludzie patrzą na ciebie trochę inaczej, że jesteśmy wiarygodni w branży. Ale bezpośredniego przełożenia na ruch nie widzieliście? To nie jest tak, że nagle zjeżdżają ludzie, jakbyś trafił na listę UNESCO, i wszyscy z aparatami przyjeżdżają, bo jest sklep z Financial Times. To jest bardziej miłe, taka niespodzianka. Ale czy przełożyło się na ogromne profity finansowe? Na pewno nie. Zmiana lokalizacji była waszą decyzją, ale trochę wymuszoną okolicznościami. Gentryfikacja, modne teraz słowo w Europie i na świecie, co się dzieje z miejscami kulturowymi w dużych miastach. Coś jest na rzeczy. Byliśmy w sytuacji nieprzewidywalnej, nie wiedząc, na ile zostanie nam przedłużona umowa, czy nas stamtąd wyrzucą, wypowiedzą umowę. Nie chciałem w to wchodzić, bo potrzebuję spokoju, jeżeli chodzi o wynajem miejsca. Nie czekaliśmy na rozwój sytuacji, tylko się zawinęliśmy. Nie mam do nikogo pretensji, każdy robi, co chce, nie jestem od oceniania i nakładania kar, od tego są politycy i rządzący, niech oni wymyślają, jak to ma wyglądać. Podjęliśmy świadomą decyzję, że chyba czas na nas i trzeba szukać nowych możliwości. A zmiany są fajne, każdemu polecam. Z tego co czytałem ma tam powstać hotel. Tak, cały kwartał, dwie ulice, Bożego Ciała i Józefa. Będziemy obserwować, co się z tym miejscem stanie. Mam nadzieję, że koledzy, którym udało się zostać jeszcze chwilę, zamienią tę chwilę na coś dłuższego. Niekomfortowa sytuacja, ta nieprzewidywalność. Słyszałem, że max do września, bo politycy dokręcili im śrubę z budową tego hotelu. Czas pokaże. Jakie macie kierunki na kolejne dziesięć lat? Przetrwać. Nie wiemy, co się stanie. Nawet nie chodzi o winyl, ale prowadzenie biznesu w Polsce jest ciężkie. Masa pieniędzy idzie na podatki, na ZUS-y, do tego dokręcanie unijnych dyrektyw. Mówi się teraz, że nie wyślesz paczki za granicę w Unii, bo musisz się najpierw zarejestrować w jakimś systemie recyklingu. Nie siedzę w tym za bardzo, bo unikam wysyłania płyt gdziekolwiek. To jest wyzwanie na te dziesięć lat. My jako osoby, które mają zajawkę i chcą jeździć po świecie kupować płyty, na pewno to będziemy mieć. Zobaczymy, na ile państwo, politycy i dziwne rozporządzenia europejskie będą nam dokręcać śrubkę. Przygotowany na godzinę rozmowy, ze sklepu wyszedłem po dwóch. Nie mogłem oczywiście nie wykorzystać okazji do digowania i zgarnąłem dla siebie debiutancki album Omasty oraz Donutroit Metro, polski tribute dla Donuts J Dilli. Do tego bonusowy prezent od Pawła: 2071, składanka wrocławskiej sceny rapowej z przełomu tysiąclecia, wydana przez Paul’s Boutique wspólnie z Whitehouse Records. Nowa lokalizacja jest na Starowiślnej 17, u progu Kazimierza. Mieszkałem w Krakowie osiem lat i powiem tak: zapiekanki na placu Nowym możecie sobie darować. Paul’s Boutique nie ✌️ Bonus: 📀 5 albumów reprezentujących Paul’s Boutique This is a public episode. If you would like to discuss this with other subscribers or get access to bonus episodes, visit digginit.substack.com

  • August 3 · 38 min

    De tocar con leyendas del reggae a despachar discos

    Bite It Records está escondida en un callejón, difícil de encontrar si no sabes exactamente qué buscas. Una vez llegas, te vas a encontrar con miles de discos originales en prensajes de Estados Unidos y Reino Unido, estanterías llenas de jazz, funk, soul, reggae, y también un buen rincón de folk y rock, por si eso es más lo tuyo. Pau es uno de los tres dueños. Antes de todo esto, pasó años de gira como batería, tocando junto a leyendas del reggae salidas de Studio One: Alton Ellis, Ken Boothe, Derrick Morgan. ¿Cómo acabaste montando la tienda? Pau: Es una historia larga. He sido coleccionista toda la vida, hace unos treinta y cinco años que compro y colecciono discos. Estudié arquitectura en la universidad, donde coincidí con Juan, que también era músico. Tocaba, hacía giras por todo el mundo, y cuando empecé a cansarme de tocar y de viajar, y también tuve un hijo, llevaba tiempo dándole vueltas a una idea: nunca había encontrado en Barcelona la tienda que a mí me hubiera gustado encontrar. Coleccionaba música negra en ediciones originales, y en las tiendas de Barcelona, muy buenas tiendas, no había el material que buscaba: discos americanos originales de la época. ¿Y cómo pasó esa idea a ser la tienda? Pau: Cuando empecé a plantearme dejar de tocar, pensé: ¿y si vendo lo que yo no encuentro aquí pero me gustaría encontrar? Como coleccionista, cuando encontraba discos baratos me los compraba aunque ya los tuviera, solo porque eran baratos, esa necesidad de acaparar que tenemos los coleccionistas. Un día me di cuenta de que tenía un montón de discos repetidos. Los vendí, tuve dinero para comprar otros que no tenía, y dije: voy a probar. Hice una web muy rústica y de repente vi que se vendían bien. Pensé: esto podría tener futuro. Hablando con Juan, llevábamos mucho tiempo comprando juntos. Él vivió seis años en Canadá y conocíamos gente allí. Yo fui por primera vez a Estados Unidos a comprar en el noventa y dos, con mi familia, pero ya estaba metido en el mundo de los discos. Durante años fuimos, conocimos gente, y en un momento dado dijimos: vamos a comprar material, ya no solo para nosotros, sino en volumen, a ver qué pasa. Empezamos en una especie de coworking escondido: tenías que llamarnos para poder entrar. No era una tienda oficial, no se veía desde la calle. Con la pandemia, cuando los locales bajaron de precio, dijimos: ya llevamos tiempo con este sistema de pedir cita para ver los discos, vamos a hacerlo legal, vamos a abrir una tienda. Eso fue hace cinco años. Alquilamos un local aquí cerca y en todo ese proceso la cosa fue creciendo: cada vez más discos, cada vez más clientes. Después de tres años, el propietario del local nos dijo que lo quería vender. Nosotros no queríamos comprarlo, así que nos cambiamos aquí. Llevamos dos años en este local, más grande, con más discos. Todo un proceso natural de ir creciendo poco a poco, a medida que crece el público y crece la colección. ¿Por qué son tan importantes para ti las ediciones originales? Pau: Existe todo ese debate de si suenan mejor los prensajes originales. No es tanto un tema de audio: sí creo que se oye mejor, pero para darte cuenta necesitas un equipo muy bueno, un espacio bueno para escucharlo, y el oído entrenado. Lo que a mí me hace coleccionar originales es un tema de colección, como el que colecciona arte: no busca una fotocopia de un cuadro de Dalí, quiere el cuadro original, físicamente. Hay tantas colecciones como gente que colecciona: la mía busca originales en perfecto estado, ese es mi estándar. Me gusta el objeto original, porque hay una historia detrás de buscarlo, imaginas que ese disco tiene toda una vida detrás. No es tanto una cuestión de volumen, de decir “tengo tantos discos”: cada coleccionista tiene su enfoque, y en mi caso prefiero pocos, pero de calidad, en buen estado y originales. Y eso se traslada a la tienda: al final es un reflejo de nuestras colecciones. Esa era una máxima que teníamos los tres: poder defender lo que vendíamos. Los tres somos bastante parecidos, aunque tenemos colecciones un poco diferentes, pero todos tenemos esta idea del original: ya que te gastas el dinero, vas a la raíz. Hablo por mí, pero lo podría extender a Juan y a Edgar: de música actual no sabemos, nos costaría un montón venderla porque no sabríamos defenderla. Lo que conozco es lo que vendo, y lo conozco porque lo compro, porque lo colecciono. ¿Y cuándo notaste este cambio? Empezaste a coleccionar siendo muy joven, ¿no? Pau: La verdad es que empecé con esto desde el principio. Empecé escuchando música desde muy pequeño. Soy el pequeño de tres hermanos, así que tenía terreno ganado: mis hermanos ya habían hecho esa labor por mí, la de escuchar música. A los once, doce, trece años ya escuchaba música, pero lo que empecé a comprar fue reggae, que es la columna vertebral de mi vida como coleccionista. Colecciono de todo, pero lo que siempre he coleccionado es reggae. Ha habido muchas reediciones, pero la cantidad de discos originales en reggae, hablando de Jamaica, aunque cuando digo originales en Inglaterra también me refiero al mismo año, porque muchas veces los discos salían en Jamaica e Inglaterra al mismo tiempo. Estamos hablando de singles, que es básicamente el formato del reggae. Era casi igual de difícil encontrar el original que una reedición, aunque es verdad que se hicieron muchas reediciones de los singles. En algunas tiendas de Inglaterra a las que iba había originales, estoy hablando de principios de los noventa, los precios eran otra cosa. Si alguien escucha esto ahora y compra desde hace cuatro años, pensará que yo era rico, pero no: los precios se han vuelto locos hace poco tiempo. Hace treinta y cinco años, o treinta, te podías comprar discos originales a buen precio. Estaba también en un entorno de gente que ya compraba ese formato original, así que entré por ahí de manera natural, no es que empezara comprando reediciones y luego cambiara. Tuve suerte: si tuviera que comprar ahora la parte de la colección que tengo, no podría, por cómo están los precios, pero la compré en los noventa, cuando era mucho más asequible. ¿Qué tipo de música tocabas? Pau: Tocaba la batería, sobre todo reggae. No sé si se deja de ser batería, pero lo dejé hace ocho años. Empecé a los doce o trece años, en paralelo con el consumo de discos, y estuve veinticinco años tocando. Hice varias cosas, pero la mayoría de las veces tocaba con grupos normales, y hubo una época bastante grande en la que teníamos una backing band, una banda de acompañamiento, porque históricamente los cantantes de reggae son jamaicanos, los buenos y los orígenes son de Jamaica, pero desde Europa, como promotor, te sale mucho más barato contratar solo al artista y una banda europea que haga la gira. La música reggae te permite eso: aunque hay grupos formados en la historia del reggae, lo habitual eran cantantes que después tenían músicos de estudio, y lo que la gente consumía era al cantante. Si eran los Wailers, sí llevabas banda, pero el noventa y cinco por ciento de la música es el cantante. Hice eso durante mucho tiempo: cuando venía un artista jamaicano o inglés, éramos su banda. Me imagino que en el reggae tocabas también mucha percusión, no solo batería. Pau: Nos especializamos en ska y rocksteady, no tanto en roots, que es donde la percusión pesa más. Prince Buster, por ejemplo, con “Oh Carolina,” uno de los primeros singles que sacó con Blue Beat, es todo percusión. Nosotros hacíamos algo, pero sin percusionista. Siempre he tenido mucho respeto por la percusión: estudié percusión cubana con un cubano, en Cuba, pero percusión aplicada al reggae nunca la estudié, y no sé si me hubiera atrevido a hacerla. ¿Cómo fue tocar con tus músicos favoritos? Pau: Empecé escuchando los fundamentos del reggae, los clásicos: Alton Ellis, Ken Boothe, Derrick Morgan, Heptones toda la gente de Studio One. Con el tiempo acabé tocando con parte de esa gente: con Derrick Morgan, con Ken Boothe, con The Heptones, con Alton Ellis. Cantantes que había escuchado toda la vida, los jefes de todo, la gente que inventó esta música, y de repente estaba tocando con ellos. ¿Te sentías deslumbrado, como un fan, al tocar con ellos? Pau: La verdad es que no, porque no soy muy fan en ese sentido. No tengo ninguna foto ni ningún disco firmado de toda esta gente: no lo pedía, no por vergüenza, sino porque no soy de ese tipo, aunque muchos compañeros músicos me decían “toma, que te firmen esto.” Lo que sentía, más que nervios, era respeto: era gente que había inventado lo que yo he amado toda mi vida, y yo era un chico blanquito metido en medio de eso. Con el tiempo noté un patrón muy claro: cuanto más grande y más original era el artista, más amable y más normal era. Ken Boothe, una de las mejores voces del reggae, y de la música en general, es un tío súper agradecido. Alton Ellis, con quien crecí escuchando sus discos para Coxsone, era igual de normal. En cambio, cuanto más joven era el artista, más chulería tenía. Los que yo idolatraba, los que me ponían la piel de gallina, eran los mayores: gente que llevaba su vida de cantante tan normalizada que le dabas tú más valor del que se daban ellos mismos. Le hablabas de un single y él, “sí, lo grabé en el sesenta y siete,” ni se acordaba, y para ti era el disco perfecto. ¿Era difícil encontrar en Barcelona los discos que buscabas? ¿Tenías que viajar? Pau: Tenías que comprar por correo, no por internet, por correo. Te enviaban a casa un cassette físico con segundos de las canciones, y tú pedías los discos del cassette: “este, este, este disco, de estas canciones, quiero que me los envíes.” También viajaban otros coleccionistas. Cuando físicamente aparecía aquí, en Barcelona o en Girona, un disco original, era una fiesta, porque realmente era muy difícil. Como coleccionista y como dueño de la tienda, ¿recuerdas tu mejor y tu peor compra? Pau: La mayoría de discos que he comprado en mi vida los compré mucho más baratos de lo que valen ahora, hace treinta años, cuando todo era barato. Y desde que abrimos la tienda, es como el que vende jamón: acabas comiendo el mejor, porque compras volumen, y comprando mucho volumen aparecen cosas. Eso sí, desde el principio decidimos que lo que entra en la tienda es de la tienda: si compras un lote de veinte discos y te quedas uno, el lote no tiene sentido, así que se queda todo. He comprado en todo el mundo: desde Etiopía hasta Irán, por todos los Estados Unidos, por toda Europa, y al principio de eBay era relativamente fácil encontrar discos muy baratos cuando ya eran caros. Una cosa es comprarlos baratos porque eran baratos en su momento, y otra es empezar a comprar barato cuando ya eran caros, eso pasaba al principio. Y cuando compras colecciones grandes, de repente aparece un disco que vale a lo mejor tres mil euros, metido en un lote que te ha costado muy barato. Al contrario también me ha pasado, no demasiado, hemos tenido mucha suerte. Pero sí, alguna vez has comprado un disco caro y lo has recibido roto. Recuerdo especialmente una vez que compré una colección bastante grande y bastante cara, y lo que recibí fueron las portadas sin los discos. Fue muy decepcionante, porque había discos muy interesantes en esa colección, y resultó que solo eran las portadas. Es un poco raro, porque tampoco es tan fácil encontrar solo las portadas. Pau: Por eso en ningún momento se me pasó por la cabeza que pudieran ser solo las portadas, porque además eran discos muy difíciles. Es verdad que a veces se te rompe un disco y te quedas con la portada porque aprecias el disco, o porque es raro, o simplemente caro: dices, “me quedo la portada.” Pero es que había un montón, era muy raro, y resultó que sí, que solo eran las portadas. Comprar fuera, muchas veces con el desfase horario con Estados Unidos, obliga a decidir rápido, y así fue como pasó esto: la colección parecía muy buena, hubo poca comunicación, “cómpralo, cómpralo,” y cuando fue demasiado tarde vimos qué era, aunque eran discos tan especiales que por eso se guardaron las portadas. Pero si hago balanza de toda la suerte que he tenido, la buena gana por goleada: en miles y miles de discos comprados, para mí y para la tienda, las decepciones han sido muy puntuales. ¿Hay algún disco en concreto que recuerdes especialmente? Pau: A lo mejor no son los más espectaculares, pero sí las primeras, las que más te impactan. Recuerdo siempre dos discos en dos colecciones diferentes. Uno es un disco de Blue Note, uno de los sellos de jazz que más nos gustan. Compramos una colección pequeña, un poco a ciegas: había discos que parecían interesantes, pero lo mejor fue lo que el vendedor nunca mencionó. Entre esos discos apareció un Hank Mobley que vale unos dos mil doscientos euros, y nos costó casi regalado, como la punta de lanza de una colección llena de Blue Note originales en un estado difícil de encontrar. El otro es el Led Zeppelin, su primer disco. El noventa y nueve coma nueve por ciento de las portadas originales tienen las letras rojas, pero la original original es turquesa: la discográfica planchó unas cuantas así sin consultar a los músicos, que al ver el color pararon la producción y lo cambiaron a rojo. Salieron al mercado muy pocas en turquesa, y hay tres variantes según la matriz. Una de esas tres apareció en otro lote, sin que nadie la mencionara, y la vendimos por algo más de dos mil euros. Son discos que, aparte de ser muy bonitos, son muy especiales. La diferencia entre lo que vendiste y cómo lo compraste es muy grande. ¿Hay algún sitio que no esperarías que fuera tan bueno para comprar discos? Pau: Bogotá me sorprendió. Iba a Sudamérica un par de veces al año a tocar con diferentes grupos, y aprovechaba para comprar. La primera vez que fui a Bogotá me escapé un poco de la banda en los días de descanso, y hay unas galerías por ahí con libros de segunda mano, pero también muchos discos. Hay mucho volumen. El tema es que cuesta encontrar discos en buenas condiciones, pasa un poco como en Jamaica: un sitio que también me pareció increíble para discos, aunque se parecen sobre todo en el clima y en el valor que le daban a los discos. Ahora más, porque ya saben lo que valen, pero en los ochenta o noventa era muy bajo, y con un clima adverso los discos han sobrevivido mal. Empecé a hablar con gente y todo el mundo tenía discos, muchísimos. No sé si es políticamente correcto decirlo, pero la gente del latin, aunque no tenga un poder adquisitivo muy alto, tiene clarísimo que una parte importante de su dinero va a discos. Eso cada vez pasa menos: salvo sellos como Fania, esta música se grabó en tiradas muy cortas, y hoy es de los estilos más difíciles de encontrar. Aun así, hemos comprado un montón, porque en Latinoamérica realmente le dan valor al formato. ¿Y ves lo mismo en los latinos que viven en Barcelona? Pau: Es gente que se gasta dinero, que le gusta, que sabe de verdad lo que compra. Hay de todo en cualquier estilo, en el jazz, en el reggae, pero en la música latina mi impresión es que la gente sabe mucho, porque lo vinculan con el baile, con la comunidad. El coleccionista de jazz tiene un consumo más individual, más de casa, música más relajada. En cambio la música latina es mucho más de comunidad: corren los discos, la gente habla, forma parte más del día a día de su vida. Creo que eso hace que haya mucho conocimiento y que la gente esté dispuesta a pagar mucho dinero por los discos. Ahora sois tres socios. ¿Cómo os repartís el trabajo entre los tres? Pau: Para nosotros hay mucho trabajo porque solo tenemos segunda mano, discos originales en su mayoría, un noventa y cinco por ciento. Cada día tenemos que comprar segunda mano, y todo es overseas, Estados Unidos, Inglaterra. Eso es mucho trabajo. Hay una tarea grande de conseguir el material y traerlo hasta aquí en palés, no en un paquete, y después está la de venderlo. Eso hace que cada uno de los tres tenga tareas asignadas. Yo soy la parte más visible, porque soy el que está en la tienda. Los otros dos están en Girona, donde tenemos un almacén: tuvimos también una tienda ahí un tiempo, pero ahora es solo almacén. Hay un trabajo más de gestión que se puede hacer desde Girona, y un trabajo más presencial de vender, que es donde estoy yo. El hecho de ser tres también está bien a la hora de tomar decisiones, porque nunca hay empate: o todos estamos de acuerdo, o hay dos que sí y uno que no. ¿Tenéis alguna red montada para el sourcing de los discos? Pau: Sí, si no sería imposible tener los discos que tenemos. Vas creando relaciones, vas hablando con gente: al principio, cuando eres muy joven, no haces ninguna conexión real, pero a medida que vas hablando, mucho antes de que se nos pasara por la cabeza tener una tienda, ya teníamos gente, ya hablábamos con gente. Si vas de manera periódica a buscar discos, los vendedores también te conocen, hablan contigo, y cuando empezó la tienda empezamos a cristalizar las cosas: “hostia, esa gente que siempre habla...” La gente no se piense que tenemos quinientas personas, pero sí tenemos unas cuantas, Costa Este, Costa Oeste, gente que te busca cosas. Tenemos gente que son como nuestros delegados, que gestionan los discos ahí y nos ayudan, si no, sería muy difícil. También hay gente en Inglaterra, donde buscamos más discos. Empezasteis vendiendo en Discogs, ¿no? Yo también tengo mi colección ahí, pero veo el problema que le genera a las tiendas. Pau: Discogs ha sido un elemento distorsionador de este mundo, tiene las dos caras de la moneda. Cuando empezó, no era un marketplace, era un sitio donde la gente ponía discos, más una biblioteca, un sitio de referencia para investigar. Empezó como un archivo. Si no recuerdo mal, el paso intermedio fue que podías decir que lo tenías o que lo querías, pero no comprarlo, un sitio donde ponías un disco y decías “ojalá lo tuviera,” eso todavía se puede hacer. Y el último paso fue que se convirtió en marketplace. Nosotros empezamos también ahí, sobre todo cuando no teníamos tienda física y la gente no tenía un acceso tan fácil a los discos: era una manera muy fácil de que todo el mundo viera tus discos y, si le interesaban, los comprara. ¿Y qué pasó cuando abristeis la tienda física? Pau: Se complicó el tema. Somos bastante ordenados, tenemos stock en la tienda, y eso chocaba: si tenías un disco aparte para que la gente de la tienda no lo viera, era difícil encontrarlo cuando alguien lo compraba por Discogs; y si lo sacabas de la tienda, la gente que viene aquí cada día, que para mí es el valor real del negocio, no lo veía. Después está el tema de “el disco no suena como se decía.” Teníamos una política de devolver el dinero sin discusión si alguien se quejaba. A veces era verdad, a veces sonaba un poco peor de lo que yo había dicho, pero cuando has vendido bastante por Discogs te das cuenta de que hay gente que se queja solo para conseguir un descuento, porque los vendedores intentan no tener votos negativos. Todo se fue complicando: subieron los envíos, subieron las comisiones, y llegó un punto en que decidimos dónde queríamos poner la energía, la tienda física de Barcelona. Viene mucha gente, tenemos clientes fijos, y dijimos: fuera, salimos de Discogs. Está bien tenerlo, es un buen aporte, pero lo vendemos en la tienda, priorizo a la gente que viene. Ahora, si un disco especial lleva tiempo sin salir, a veces lo subimos, y los singles la mayoría los tenemos ahí, porque es un formato fácil de enviar, pero en general nos salimos. ¿Qué opinas del efecto que ha tenido Discogs en los precios? Pau: Lo que ha hecho Discogs en el mundo del disco, la parte mala para mí, es que ha inflado los precios. Los discos se han encarecido, como todo. El problema es que equipara al mismo nivel tiendas y particulares: si eres tienda, sales en desventaja, porque tienes una infraestructura que sostener y la sostienes vendiendo un disco; si eres particular, no tienes nada que sostener. Hay una competencia desleal ahí. Muchas tiendas, creo, subieron un poco los precios para cubrir las comisiones que se llevan PayPal y Discogs. Y luego está la dinámica de los particulares que no conocen bien el terreno: en Discogs puedes poner el precio que te dé la gana, eso no quiere decir que lo vendas. Puedes decir “este disco lo vendo a cien,” pero si vale diez, no lo vas a vender. El problema es que si alguien más tiene ese disco y lo pone a cien, y otro a ciento cinco, y otro a noventa, y alguien que tampoco sabe entra, ve un disco a cien y otro a noventa, piensa que vale noventa, y lo compra a ochenta, de repente se crea una base: si alguien lo ha vendido a ochenta, ahora “vale” ochenta. Esa dinámica ha hecho que los precios escalen de una manera muy loca. Hay una parte muy buena de Discogs como fuente de información, pero como comprador, la parte negativa es que los precios se han disparado de una manera muy loca. Para acabar, ¿qué planes de futuro tenéis? Pau: Cuando cambiamos de sitio hace dos años, ya buscamos uno más grande, porque veíamos que la tienda crecía, y de momento no se nos ha quedado pequeño. Mientras eso no pase, esta tienda nos encanta, nos encanta el sitio donde está, aunque parezca un poco loco porque está en un callejón sin salida: si no vienes buscándolo, no pasas por delante. Eso pensábamos, pero de repente vino mucha más gente de la que esperábamos. A nivel arquitectónico también nos gusta el espacio. De momento no tenemos ningún plan de expansión: seguir la línea en la que estamos, tener cada vez más discos especiales, más bonitos, ir creciendo de manera sostenible, hacer que la rueda gire, más clientes, más discos. No tenemos una mente expansiva en ese sentido. Entonces invitamos a todos a visitar y verlo con sus propios ojos. Muchas gracias. Los discos están ordenados con cuidado en estanterías de madera, hay pósters en las paredes y equipos de alta fidelidad vintage por todas partes. Si no te atiende Pau, hablarás con Jordi, bajista de blues y jazz, o con MJ, fan del horror punk y fotógrafa musical, ambos auténticas enciclopedias de música negra que además organizan las sesiones de escucha en los Hi-Fi bars de Barcelona. Prometo que no trabajo en su departamento de comunicación, pero es una de mis tiendas favoritas de la ciudad. Ven y compruébalo tú mismo: si me equivoco, te invito a un café en Gràcia. Gracias por leer. Suscríbete gratis y recibe la próxima historia de tiendas de discos 🫶 Bonus 📀 5 discos que representan Bite It! Records This is a public episode. If you would like to discuss this with other subscribers or get access to bonus episodes, visit digginit.substack.com

  • July 28 · 29 min

    Prensando a Rafa: vino y vinilo

    Siempre me gusta encontrar tiendas de discos con un toque diferente. En Perros Mediterráneos puedes disfrutar de focaccias crujientes y vino natural fresquito, seleccionado por Xavi, en la planta baja. Una vez satisfechas las papilas gustativas, el festín para los oídos te espera subiendo las escaleras: una selección de discos centrada en la electrónica, escogida por Rafa a través de sus conexiones boloñesas. La semana pasada hablamos con Rafa sobre música, vino y la filosofía del white label. ¿Cómo acabaste montando la tienda? Me mudé aquí en julio de 2020, durante la pandemia. Fue una aventura un poco freestyle abrir la tienda. Conocí a mi socio Xavi a través de un amigo en común, por la música y el amor por el vinilo. Acabamos siendo amigos y al poco, durante el COVID, antes del 2021, encontramos la ocasión de coger este local. Desde el momento que lo vimos, entendimos que la combinación entre un bar de vinos naturales y una tienda de discos sería algo muy divertido y contundente en la ciudad, y fuimos para adelante. Yo trabajaba en una tienda de discos en Bolonia con uno de mis mejores amigos, que me enseñó todo lo que sé para llevar una tienda, sobre todo con la segunda mano que tenemos aquí. Empezamos a encontrar lotes de discos en Italia, y unos cuantos en España y en Francia, y de ahí salió la primera parte de la colección y del catálogo. La tienda es peculiar, está dentro de un espacio que no es solo bar, también exposiciones, eventos y workshops. Es un espacio creativo y la tienda a veces es complementaria, pero también un foco para que haya comunidad alrededor de la música. Abrir justo en plena pandemia, ¿desafío u oportunidad? Fue un poco un desafío porque no sabíamos hasta dónde podía llegar, pero también podía ser una oportunidad, porque había incertidumbre para el futuro. Fue lanzarse con nuestras pasiones y nuestro entusiasmo a algo que podía ser un trabajo, pero también una forma de expresar nuestro camino en la música. Yo colecciono discos desde hace más de 10 años, empecé en Bolonia y era algo que me llamaba la atención. Antes trabajaba en comunicación de eventos y como social media manager, o sea que quería escaparme un poco de ese mundo. No me escapé, porque todavía lo hago, lo hago para Perros. Es duro llevar una tienda de discos. Ahora es un desafío en Barcelona porque hay muchísimas tiendas de discos, pero también es algo que alimenta a nivel cultural a la ciudad: la cantidad no te quita trabajo ni mercado, creo que puede ampliar el consumo del vinilo y el coleccionismo. Solo en esta manzana somos cinco tiendas: las cuatro de Galerías Olimpia y nosotros. ¿Hay algo especial en Sant Antoni que explique tantas tiendas? Los chicos de Galerías Olimpia vienen de un movimiento más old school, son más veteranos que nosotros. No sé exactamente cuándo empezaron ahí, pero creo que Vinilarium, Rhythm Control y Crokan empezaron todos a la vez en ese espacio. Es un sitio bastante peculiar: una antigua galería comercial con un toque underground. Hay mucho apoyo entre nosotros. El primer año, como era COVID y había muchas limitaciones, les propusimos hacer piña y colaborar, e hicimos algún evento en la calle cuando se podía, con licencias especiales, DJ set y tal. Ahora ya no podemos, pero con Crokan, Lupin y Fari de Vinilarium hubo apoyo desde el minuto uno, y también con Dani de Glove. Hay mucho respeto y amistad entre los proyectos de la manzana de Sant Antoni. Entre el bar y la tienda, ¿qué es más difícil de gestionar en Barcelona? El bar, sin duda. Por los horarios, el personal que hay que gestionar, el problem solving semanal, pero también es lo que nos hace sobrevivir a nivel económico como negocio. La tienda de discos es complementaria, sobrevive sola, no va mal, pero entre Discogs y lo presencial sobrevive y ya, no es algo que nos dé un salario digno. Y depende de qué tipo de tienda de discos es la nuestra: una que está dentro de un bar que es también espacio creativo y de eventos. Hay diggers que necesitan un sitio más íntimo, cómodo y menos ruidoso que este, así que depende mucho de las variables. Discogs para nosotros es clave: si los coleccionistas ven que tenemos algo en Perros, vienen adrede a por ese disco o a por un pedido. Los que vienen solo a diggear por gusto suelen ser gente que ya nos conoce, o turistas que nos descubrieron por Instagram o Discogs. Tener la tienda dentro de un bar crea desafíos únicos con los clientes, ¿no? A veces se pierde un poco de tiempo, pero no mucho, porque hay bastante respeto con esa parte. Nunca hemos tenido problemas de volcar un vaso sobre los discos ni robos, la gente respeta el espacio de la tienda. Pero hay gente que es solo curiosa y no sabe ni cómo coger el disco ni cómo poner la aguja. Cuando merece la pena, siempre con sentido común, intentamos ayudar y formar, entre comillas, a quien quiere lanzarse a conocer el mundo del vinilo. Es importante, es algo cultural. Si alguien está atento, tanto Xavi como yo nos ponemos ahí, le enseñamos a poner el disco, le explicamos un poco. Y hay quien se lleva un disquito sin tener tocadiscos, porque la primera pregunta que hacemos es: ¿sabes usarlo?, ¿tienes tocadiscos en casa? Crea un mecanismo muy interesante: siendo un espacio cultural, hacer accesible un mundo tan de nicho como el vinilo a gente que no tiene ni idea es algo interesante. Fuera de tener bar, tienda y eventos, también tenéis un sello de vinos, Funky Dogs Wines. Más allá de la ortografía, ¿qué tienen en común el vino y el vinilo? Lo que vemos en común es que el vino natural también tiene esta forma de digging. Para llegar a un producto de calidad, que suene bien entre comillas, hay que conocer mucho el mundo y saber distinguir lo que es de calidad y lo que no, y tener el interés de ir a buscar, a diggear formas de expresión que no están en una atmósfera comercial. El vino natural y el vinilo comparten ese punto underground: tienes que ir a buscarlo para entenderlo, disfrutarlo y coleccionarlo. Por eso el artwork de las botellas es como una metáfora del white label, de los vinilos que no tienen portada ni a veces logo. Es algo inesperado, donde seleccionas lo esencial de la música sin una fachada, sin una imagen. Bastante puro y esencial, en plan less is more. Es un poco el paralelismo entre los white labels y este tipo de mundos. Entre todas estas iniciativas, tienda, bar, actividades culturales y vino, ¿hay una filosofía única o lo tratáis todo por separado? Hay una filosofía única, un hilo, seguro que lo hay. No es algo estudiado, no hay una forma precisa de llevar cada actividad. Hay un modus operandi y una filosofía, como decías, para no alejarnos de nuestros valores y principios, pero manteniéndolo con bastante libertad y sin forzar la cosa. Obviamente también hay un aspecto comercial, tiene que funcionar y sobrevivir como la tienda de discos, pero tratamos cada actividad con bastante flexibilidad. Nos une un hilo de pasiones en común, entre nosotros y el equipo que trabaja con nosotros, que son parte de nuestra familia y comunidad. Hay gente que lleva aquí tres o cuatro años y cada uno aporta su matiz, su visión. Como es un espacio de encuentro, una cosa tira de la otra, se transmite a la otra, y va un poco con el flow del proyecto. Entre tú y Xavi, ¿cómo lo gestionáis? ¿Hacéis todo juntos o os repartís? Somos bastante yin y yang, nos complementamos mucho en lo que hacemos dentro del local. Yo me ocupo más de la tienda de discos, los eventos, la comunicación junto a Greta, las expos tanto de arte como de fotografía, y un poco del aspecto creativo del local y la presentación de la marca, las colaboraciones y eso. Xavi es el gurú del vino natural, lleva más la parte de bar; yo, la de cocina. Luego delegamos en nuestros managers. Él se ocupa de toda la gestión un poco aburrida, aunque para él no lo es porque es importantísima: la cuestión fiscal, los números, la gestoría, la burocracia. Es quien mantiene el proyecto limpio y vivo. Volviendo a tu vida antes de Perros, ¿qué tipo de música tenía la tienda donde trabajabas en Bolonia? Un poco de todo, sobre todo como aquí: un buen 80% electrónica, entre house, techno y breaks, tanto de segunda mano como nuevo, aunque la mayoría de segunda mano. Pero también tenía mucho disco, mucho funk. En Italia hay muchas colecciones de esa época americana; el país tuvo una conexión muy rica con Estados Unidos en los 80 y 90, con el Italo Disco y todo eso, así que había muchas colecciones de ese estilo. También había hip hop, soundtrack, easy listening, world music. Era variado, como aquí, pero en una versión un poco más grande. ¿Cómo compararías la escena del vinilo en Bolonia y en Barcelona? Totalmente distinta. Antes Bolonia tenía muchísima actividad, eventos, era una ciudad muy rica a nivel cultural y musical, y todavía lo es. Cuando viví yo ahí, hace casi 10 años, aún tenía ese espíritu universitario, era un poco la Berlín de Italia. Desde los 90 hasta 2010 fue uno de los melting pots del país por la música independiente. Había unas cuantas tiendas de discos en el centro, cuatro o cinco de las clásicas, que tienen de todo, y había mucho coleccionismo. Ahora hay algo más de decoro en la ciudad y el mundo del vinilo se fue limitando. La tienda de mi amigo, por ejemplo, ya no existe, solo vende desde casa. ¿Qué ciudad de Italia recomendarías para viajar a comprar vinilo? Buena pregunta. Creo que Nápoles tiene un mundo escondido, también de tiendas de discos. Y en Milán seguro que hay tiendas interesantes. Lo que pasa es que en Italia hay muchos vendedores, pero también en zonas provinciales remotas: puedes encontrarte una tienda de discos de 40 años en un pueblo de 50.000 habitantes que sobrevive, no se sabe cómo, pero sobrevive. Por eso no te sabría decir una ciudad concreta. Y hay muchas ferias, es un país con muchos vendedores de discos, sigue bastante vivo, solo que no te sabría señalar una ciudad con una escena de tiendas importante. Con la tienda, ¿sigues siendo coleccionista o buscas discos para vender? Sí, sigo coleccionando mucho, compro tanto en tiendas como por Discogs. Obviamente aquí me cruzo con cosas que me quedo yo. Últimamente me cuesta un poco ir a hacer digging, pero cuando me puedo escapar voy a Vinilarium y a Discos Paradiso, son mis tiendas top en Barcelona. ¿Y cuáles eran tus inspiraciones musicales de adolescente De adolescente me formé con el hip hop, vengo de esa escena, del R&B, de toda la black music, el funk, el disco. De los 13 a los 17 solo escuchaba hip hop, sobre todo hip hop italiano old school de los 90. Cuando me hice un poco más mayor, a partir de los 17, empecé a escuchar más ramificaciones: broken beat, R&B, algo más soul. Y de ahí soy la clásica persona a la que le gusta desde el folk hasta el techno oscuro. No tengo un estilo concreto, voy por temporadas: una estás a tope con el hip hop y la otra a tope con el house. ¿Cuáles eran tus inspiraciones más grandes del rap americano? Un top 3 sería The Pharcyde, luego Method Man y Redman, y Notorious B.I.G., que es mi favorito, también tiene que estar ahí. Tengo que confesar algo: siempre me gustó mucho el hip hop, incluso los beats instrumentales, pero la música electrónica nunca me ha enganchado. ¿Hay algún artista o estilo que sea un buen punto de entrada? Hay muchas referencias, sobre todo en el broken beat y el breakbeat, muchas cosas que vienen del hip hop, porque al final son las mismas baterías, esos sonidos más fat, más gordos y deep. Y la música es infinita, se nota cuando algo tiene esas referencias, también el sampling. El house tiene mucho sampling del disco y del hip hop. Mira Moodymann, por ejemplo. Su sello, Mahogani Music, tiene influencias de hip hop. Y toda la escena de Detroit: Kyle Hall, Moodymann, Andrés tiene muchas canciones que suenan hip hoperas. Una pregunta de la comunidad de Substack: ¿algún artista más underground, menos conocido, de tus favoritos actuales? Te doy tres estilos distintos. Para lo más universal, soy fan evergreen de Motor City Drum Ensemble, Danilo Plessow, porque es un genio. Lleva 15 o 20 años sacando, con su sello y con su música personal, cosas sin un estilo preciso: desde disco edits y house edits hasta un disco que sacó hace un año para Rush Hour, más techno, acid, house, un poco de todo. Un genio contemporáneo. Luego alguien más misterioso, no sé si está sacando música ahora, pero sacó bastante y muy ecléctico: se llama Project Pablo, ahora firma como Patrick Holland, cambió de nombre. Tiene discos medio house, balearic, muy ambient, muy chulos. Y alguien actual de un estilo más techy, más duro: Carl Finlow, que también firma como Random Factor. Una pregunta más: en Polonia había mucha influencia del Italo Disco, cosas como Al Bano y Romina Power. ¿Tienes algo de aquella época? Tengo una canción polaca que creo que conoces: “Pola Monola + Coca Cola” ¡Qué hallazgo! Ese es Franek Kimono, el personaje rapero de un actor muy famoso, tipo De Niro polaco, de una época de disco rap paródico. ¿Y de los oldies italianos, qué recomendarías? Para el hip hop y el soul recomiendo el Chicopisco de Neffa, que tiene un poco de todo: hip hop, funk, soul, un súper álbum. Y de otro estilo, para no hablar siempre de hip hop, Franco Battiato, que es algo timeless. Un músico, un genio siciliano, muy famoso, hizo millones de discos. Era una especie de vanguardista, porque usaba también música electrónica en las producciones, synths, drum machines. Has mencionado Sicilia. Vais a organizar un festival en agosto, ¿no? Sí, vamos a hacer un boutique festival con unos amigos que tienen un colectivo, una asociación cultural en Trapani. Somos amigos desde hace mucho, los conocí cuando vivía en Bolonia. Hacía dos o tres años que íbamos a verles en verano a hacer fiestas, digamos free party, y llegamos al punto de organizarnos con varios días de eventos. Es un pequeño festival de cinco días en Trapani, la primera semana de agosto. ¿Cómo ves el futuro de la tienda y las iniciativas que tenéis planeadas? Ahora cerramos el 1 de agosto y volvemos el 20. Nada nuevo importante, vamos a seguir con nuestro programa. Lo que sí, a la tienda le llegó un lote muy grande de UK, así que a partir de septiembre saldrán muchas cosas nuevas en Discogs, vamos a ampliar el catálogo en unos mil o dos mil discos. Y siempre tenemos novedades con las distribuciones de aquí de Barcelona, las new releases; la selección la hacemos por criterio personal, de lo que puede funcionar aquí, y también por gusto propio, para tener algo que nos guste como propuesta. A nivel de proyecto seguiremos haciendo eventos en el Village Underground de vez en cuando. Perfecto, les hacemos un shoutout. Muchas gracias, Rafa. Gracias, y buena suerte con el Diggin’ It. En Sant Antoni hay siete tiendas de discos en un radio de diez minutos a pie, y muchas más en Poble Sec y el Raval. Si necesitas un descanso de tanto crate digging, pásate por Perros a tomarte una copa de vino y a encontrar algunos discos más. Porque ¿quién necesita descansar de eso? Gracias por leer. Suscríbete gratis y recibe la próxima historia de tiendas de discos 🫶 Bonus Una selección de 5 discos que representan la tienda. 💿 Artistas mencionados * The Pharcyde * Method Man & Redman * Notorious B.I.G. * Moodymann * Kyle Hall * Andrés * Motor City Drum Ensemble (Danilo Plessow) * Project Pablo / Patrick Holland * Carl Finlow / Random Factor * Al Bano y Romina Power * Franek Kimono * Neffa * Franco Battiato Tiendas mencionadas * Perros Mediterráneos (tienda y bar de Rafa y Xavi) * Vinilarium * Rhythm Control * Crokan’s Mutant Store * Glove Records * Discos Paradiso This is a public episode. If you would like to discuss this with other subscribers or get access to bonus episodes, visit digginit.substack.com

  • #5
    July 20 · 41 min

    Una tienda de discos Ultra Local con una conexión internacional muy especial

    Cuando le conté a Gonzalo, mi profesor de batería, que estaba haciendo la serie de entrevistas a tiendas de discos, me dijo de inmediato: tienes que ir a Ultra Local. Ultra-Local Records, creada por Raül y su pareja Carme, es una institución en el Poblenou, un barrio de Barcelona progresivamente tomado por los hubs tecnológicos y el café de especialidad. Raül nos cuenta cómo dejó su trabajo y lo apostó todo a los discos en 2012, cuando el glorioso regreso del vinilo apenas empezaba, y cómo convirtió a una de sus bandas favoritas, Yo La Tengo, en visitantes habituales. Hola Raül, estamos aquí en Ultra-Local Records y siempre empiezo con la pregunta más sencilla: ¿cómo has llegado a este punto de tener una tienda de discos? Raül: Este año haremos 14 años que estamos en la tienda. La cosa empezó porque yo estaba un poco harto de trabajar y quise dejarlo todo, y Carme, mi pareja, con quien abrimos la tienda, me dijo: haz algo que te guste o que te apetezca. Y yo decía: no sé nada, solo me gustan la música y los discos, es lo único que le encuentro gracia. Siempre había soñado con una tienda de discos, pero nunca pensaba que la podría tener. Y dije: pues sí, lo voy a hacer. Dejo el trabajo e intento hacer una tienda de discos, aunque sea un suicidio; la cerraré y ya está, a otra cosa, pero al menos lo habré intentado. Y lo intenté y, al final, de momento, me ha salido bien. He leído que una de las ideas para el nombre era Suïcidi Records. Raül: Sí, me quedaba bastante guay, algo punky. Pero sí que es verdad que nunca pensamos que pudieran salir los números. De hecho tuve que hacer como un plan de viabilidad, algo así. Lo tuve que hacer porque capitalicé el paro para poderlo montar. Y estaba haciendo aquel plan y te ponían ahí como ejemplo una zapatería, y yo lo aplicaba a una tienda de discos y pensaba: claro, tengo que vender muchos discos para que esto empiece a ser rentable. Pero bueno, lo hice para justificar la capitalización, y mientras lo hacía pensaba: esto no tiene ningún sentido. Si lo pensaba, realmente no salían los números. Cuando abrimos la tienda era 2012, y fue durante 2011-2012 que la cosa ya era: venga, vamos a hacerlo. Era una época en que en Barcelona quedaban pocas tiendas. Yo, por ejemplo, había dejado de ir a comprar hacía tiempo y en esa época volvía a arrancar, pero estaban cerrando las principales tiendas. Era un momento nada óptimo y nada hacía pensar que volvería el tema de comprar discos. ¿Y al principio también seguías trabajando? Raül: Dejé el trabajo, capitalicé el paro y pude montar la tienda con ese dinero. Con el dinero que tenía ahorrado pude mantenerme. El primer año fue un desastre, pero bueno, era todo según lo previsto. Pero sí que es verdad que era como: hostia, ahora tengo la tienda y quiero aguantarla. Porque fue muy bonito, los primeros años: conoces gente, tener una puerta abierta a la calle, que también es muy bonito. Era todo como: hostia, ahora tengo esto, no lo quiero dejar. Y entonces, dándole vueltas, llamé al jefe que tenía antes y le dije: ¿puedo volver? Y me dijo: sí, claro. Y volví a trabajar, estuve en otra parte de la fábrica, pero volví. Hice como una jornada intensiva por las mañanas y por las tardes abría la tienda. Y gracias a ese trabajo que tenía por las mañanas, la podía ir aguantando sin pensar que la tendría que cerrar. ¿Y cuándo notaste que la tienda se había convertido en un negocio del que podías vivir, sin otro trabajo? Raül: Que salgan los números bien, sin preocuparme, hará tres años. Los tres o cuatro primeros años fueron duros a ese nivel. Lo que pasa es que, como teníamos el dinero, Carme tenía su trabajo, yo tenía el mío, la tienda se iba manteniendo, pero realmente no salían números por ningún sitio. Claro, con el tiempo, lo que has creado en la tienda es que tienes también un stock de discos, la gente te va conociendo, va pasando más gente. Todo eso, poco a poco, es como una gotita que va llenando el vaso, y hay un momento en que el vaso está lleno y puedes ir tirando con eso. Y sobre todo el paso más importante fue cuando volví a dejar el trabajo, que fue justo antes de la pandemia, el 2019, porque fue en octubre, cuando volví de vacaciones, que le volví a decir a mi jefe que me iba. Y fue un poco porque te dabas cuenta de que si le pongo un poquito más de tiempo a la tienda, puede ser que empiecen a salir los números. Y Carme también consiguió un trabajo mejor, con lo cual económicamente estábamos más tranquilos, y fue el momento de dar el paso. Lo que pasa es que llegó la pandemia y fue como: a ver qué hacemos. Y como estaba solo centrado en la tienda, dentro de lo malo, me salió bien. Ya teníamos una parroquia, una especie de comunidad de gente que nos compraba, y en la pandemia nos ayudaron mucho. Todo esto fue como: vale, dentro de la mierda, está saliendo bien. Y cuando ya pasó todo, la tienda realmente ha salido a números. Yo tengo ya una nómina, que nunca había tenido. Antes tenía una cuenta donde estaba todo, e iba tirando con eso, la vida y la tienda. Ahora he separado las cuentas, lo he hecho como si fuera un profesional, y hay dinero para mí y para la tienda, para ir comprando discos. Ahora estoy como normal, como tendría que ser un negocio. Durante la pandemia, he leído que también entregabas los discos en bicicleta. Raül: Claro, la pandemia fue como cerrarlo todo. No entraba dinero, era todo muy complicado, y la única manera que veíamos era empezar a imaginar cosas, y en eso somos bastante ocurrentes y graciosos. Hicimos unos mercados desde casa: yo compraba los discos, montábamos en casa como si tuviéramos la tienda, con unas cubetas y los discos por ahí, y hacíamos vídeos en directo por Instagram y la gente compraba desde ahí. Era como una locura. Ahora he visto que en TikTok la gente lo hace, vender cosas así, haciendo un vídeo, como una teletienda pero en directo. Entonces, como la gente no podía salir de casa y yo como autónomo tenía una especie de permiso, decidí ir con la bici a llevar los discos a la gente. Y eso nos salvó, porque la gente vio que aquello era también una manera de ayudarnos y le pusieron ganas de comprar, y nosotros encantados de hacer la tontería e ir con la bici para arriba y para abajo. Para mí fue súper guay, porque además ibas a casa de la gente. De hecho, hay un libro de Dimas Rodríguez, que es un cantante que tiene una banda, Invisible Harvey, y la historia es un poco esa: a la protagonista se le inunda la tienda y va repartiendo los discos a casa de los clientes. Es bonito, el hecho de ir a casa de la gente. Fue un momento bastante guay. Y en esos 14 años, ¿has tenido dudas alguna vez? ¿La sensación de que esto no tiene sentido, de que hay que dejarlo? Raül: No, la verdad. Como vengo de trabajar, para mí esto casi no es trabajar. No quiero volver a trabajar nunca más. Me puede mucho más la idea de tener la tienda, tener un sitio donde estar rodeado de discos, que es algo que me encanta, y poder vivir de esto sin tener un jefe, sin que nadie te diga nada, sin aguantar tonterías de nadie, sin tener que levantarte por las mañanas e ir a hacer algo que no te apetece. Me compensa mucho más que el hecho de pensar: ¿qué estoy haciendo? Al final sois mucho más que una tienda de discos, casi una institución cultural, con vuestros festivales, conciertos, un sello... Y también tenéis una relación especial con Yo La Tengo. Raül: Mira, esto era... una vez venían Yo La Tengo a un festival que hacían en el Tibidabo, aquí en Barcelona, un par de noches con Mogwai y Yo La Tengo de cabezas de cartel. No me acuerdo qué año era, sería 2015, algo así; era una época en que aquí no venía nadie. Nos pasábamos el día fuera sentados tomando el sol o aquí dentro, a veces con gente tocando, amigos que venían y se improvisaban pequeños conciertos. Y uno de esos días Edu Mató, que es un amigo de la tienda de hace muchos años, dijo: ostras, podríamos hacer como un request a Yo La Tengo, para que cuando vengan a Barcelona pasen por la tienda: grabamos una versión de una canción suya y se la hacemos llegar. Total, que aquella tarde, de manera improvisada, se versionó aquí el You Can Have It All, que de hecho ya es una versión, se grabó en vídeo y se lo pasamos a Ignacio Julià, que es un periodista de aquí de Barcelona bastante amigo de ellos. Ignacio nos comentó: ostras, esto les va a hacer gracia. Pero bueno, a ver qué pasaba. Entonces, casualidades de la vida: cuando Yo La Tengo llegaron al aeropuerto de Barcelona, los fue a buscar Tule, que es un promotor, de la gente que acompaña a los músicos, y que nos conoce. Y se ve que bajaron del avión y dijeron: ¿sabes dónde está Ultra-Local? Tule me llamó y me dice: tío, acaban de llegar Yo La Tengo y me están preguntando dónde está Ultra-Local. Y yo: no jodas. Yo entonces estaba en el trabajo por la mañana, y Tule me dijo: tengo que llevar unas cosas por el Poblenou y recoger su backline para el concierto, muy cerca de la tienda; los acerco. Y yo: vale, vale, ahora voy para ahí. En el rato de venir para aquí empecé a llamar a los amigos: que vienen Yo La Tengo. Cuando llegué ya empezaba a venir gente, y apareció la furgoneta de Tule con James e Ira. Bajaron y se sorprendieron, porque estábamos todos fuera esperando. Eran súper majos, y fue muy bonito: nos juntamos un montón de fans, 15 o 20 personas muy fans de Yo La Tengo. Ellos al principio un poco cortados, pero luego ya empezaron a preguntar. A Ira, por ejemplo, le gustan mucho los singles sixties españoles; yo tenía cajas por aquí y estuvo mirando. James buscaba más cintas de música experimental. A partir de ahí se hizo una relación muy bonita entre la tienda y ellos. No sé si tienen muy claro cómo funciona la tienda ni si saben que yo soy el dueño, porque somos varios amigos los que estábamos por ahí y alguno contactó con ellos también. Pero han seguido viniendo. Ira, por ejemplo, vino un día, entró en la tienda, y yo estaba aquí. Fue muy bonito. Y luego, a partir de ahí, también con el sello discográfico que tenemos aparte con Àlex, edita la servidumbre, que es un sello con propuestas alrededor de la tienda: editamos cassettes de grupos que han pasado por aquí. Entonces, cuando pasó lo de Yo La Tengo, se le dijo a James, que tiene un proyecto propio, Dump, si quería editar un cassette con nosotros. Y él dijo: vale, lo hablamos. Volvía a tocar aquí, en otro concierto; nos invitaron, fuimos a hablar con él y nos dio permiso para hacer un cassette con unas canciones suyas, una especie de recopilatorio. También encantador, súper bonito, muy buena gente. Y yo creo que nosotros también éramos buena gente, y todo salió muy bien. Le hicimos el cassette y tenemos una relación bonita: cuando vienen a Barcelona, se pasan por aquí. Y luego James tocó aquí en la tienda para un Microclima Sound, el festival este que hacemos cuando pasa el Primavera Sound. Le dijimos a James si quería venir a tocar, y justo tenía el hotel aquí detrás y dijo: vengo y toco. Fue muy guay. Gonzalo, que es mi profesor de batería, guarda muy buenos recuerdos de ti y de la tienda. Me contó que tocaba en Pararrayos y que también hicisteis un cassette con versiones de Yo La Tengo por bandas locales. ¿Eso fue antes o después de conocerlos? Raül: Yo creo que después de la primera vez. Porque aquí hacíamos un programa de radio que se llamaba Hip Hip Ultra, y ahí siempre salían ideas. Una vez salió esta de las versiones: como nosotros teníamos la nuestra, animamos a la gente a que nos enviara versiones de Yo La Tengo, y se hicieron un montón. No se pudo editar en cassette porque era demasiado, pero está en Bandcamp; creo que hay un Bandcamp con todas las versiones de bandas locales. Pararrayos creo que hicieron una, sí, varias bandas. A Pararrayos, de hecho, también les editamos su primer cassette desde edita la servidumbre, el sello de Àlex con el que editamos el de Dump. Para la gente que no conoce a Yo La Tengo: ¿tu disco favorito? ¿Y un disco para empezar, si alguien no los conoce de nada? Raül: Mira, yo con Yo La Tengo entré tarde, a principios de los 2000, y me enamoró un recopilatorio que tenían que se llamaba Prisoners of Love. Ahí estaba lo mejor de Yo La Tengo, y a partir de ese recopilatorio fui descubriendo las canciones que más me gustaban y en qué discos estaban. Y para mí I Can Hear the Heart Beating as One es el disco en el que realmente dije: hostia, este grupo me gusta mucho. Era una banda que a muchos amigos les gustaba y yo no acababa de entrar: había canciones muy ruidosas y muy tranquilas, y no sabía qué era lo que me gustaba de ellos. Entonces los vi una vez en directo y ahí sí que dije: esta gente mola mucho. I Can Hear the Heart Beating as One seguramente sería el disco que recomendaría para entrar en la banda, o si no el recopilatorio: si vienes de cero, empezar por ahí es muy buena idea. Claro, luego han seguido sacando discos, pero para tener los primeros 15 o 20 años de la banda es un buen resumen. Yo tampoco conocía mucho a la banda antes, pero he escuchado un poco y parece que cambian de estilo de un disco a otro. Raül: Tienen una cosa muy bonita, que es una esencia: escuchas las canciones y son ellos. Sí que es verdad que han ido cambiando, pero creo que hay un hilo común en todo. Lo que pasa es que dentro de su música están las partes más eléctricas y ruidosas y luego las partes más ambientales y pop; hay como una canción pop súper bonita entre un montón de distorsiones. Pero es más o menos todo lo mismo: no están probando a hacer otras músicas, son muy de lo suyo, muy cerrados en su música y muy auténticos. Y luego la historia esta de que empezaron tarde. Ira era periodista musical, crítico, creo que lo sigue siendo, y empezó en la música ya mayor, con Georgia, su pareja, para probar. Y les ha salido una carrera súper bien. Creo que es una de las bandas más coherentes y sinceras del rock alternativo. También he leído que es una banda de críticos, que siempre la mencionan como referencia. Raül: Por eso al principio me costaba entrar. Medios como Rockdelux, por ejemplo: todo lo que decían, yo me lo tomaba un poco a la contra, y cuando hablaban mucho de una banda, yo la ponía un poquito en cuarentena. Pero cuando realmente los descubres, pues sí: es una banda valorada por la crítica, pero con un público que sigue yendo a verlos, y gente joven que se va incorporando. Es una banda interesante. Yo escucho más folk, country y americana que indie, y tienen un disco, Fakebook, que me encanta porque va un poco por ese sonido. Raül: Ese disco, por ejemplo, marcó mucho a Ran Ran Ran, una banda a la que también le publicamos discos y que son muy fans de Yo La Tengo. Fakebook es uno de los discos que les motivaron a hacer música, supongo; un disco muy importante en su carrera, creo. No sé si es solo mi burbuja, pero me parece que la gente está contestando un poco el mundo de los algoritmos. ¿Te parece que las bandas locales están creciendo entre las generaciones más jóvenes, o al contrario? Raül: A nivel de aquí, que es lo que vivo más, Cataluña, hay una sensación de que a la gente joven, a diferencia de nosotros, no le da vergüenza escuchar grupos de aquí o música en catalán. En nuestra época escuchar música en catalán era casi un prejuicio: sonaba raro, estaba politizado, había muchas cosas que no molaban. Que esté politizado también mola, pero la sensación era extraña. Ahora todo eso se ha quitado, los prejuicios, y las bandas locales llenan sitios grandes. Está pasando con bandas como Oques Grasses, que son el mainstream local. Es algo súper curioso, porque a nivel de aquí lo petan, pero se van a 100 kilómetros y no va nadie. A mí eso me gusta: la idea de que haya bandas que apasionan a la gente de aquí y que a nivel internacional no lleguen. Eso también es un poco culpa del algoritmo, de alguna manera, porque esa banda por los algoritmos nunca llegará a alguien de Inglaterra, y a lo mejor, si la escuchara, le molaría. No se sabe. Oques Grasses vendieron como cuatro conciertos en el Estadi Olímpic, como Bruce Springsteen. Raül: Sí que hay, pero son cosas muy puntuales, y cosas que se han trabajado mucho, supongo, a nivel de promoción. El caso más bestia es Rosalía: al final es una artista local que, aparte de que lo que hace esté bien o no, también tiene detrás una campaña para que funcione, y todo eso va cogiendo más sectores. Es una movida rara, porque luego hay muchas bandas que no venden discos y nadie las escucha, nadie les hace caso. Y en las bandas locales, aquí, además, la frontera del idioma también es un cierto problema. Pero a la vez, mira Kneecap: es una banda que está defendiendo precisamente eso, alguien desde Irlanda, con su idioma y su manera de hacer las cosas, que está llegando a todo el mundo. Yo eso, cuando abrí la tienda, lo pensaba mucho, porque a principios de los 2000 aquí se escuchaban mucho grupos islandeses. Nos gustaban múm, Sigur Rós, todas esas bandas, y si lo piensas, ni sabes lo que dicen: es un sitio apartado, totalmente diferente al Mediterráneo, y en cambio te gustaban y te llegaban. La idea es que aquí también algún día pase eso: que alguien de fuera escuche a El Petit de Cal Eril o a alguien que tenga un estilo propio de aquí y pueda decir: ah, mira, esto me gusta. Aquí lo único que ha triunfado a nivel más global fue la música que se llamaba fusión: la rumba con ritmos más latinoamericanos. Manu Chao fue el súper representante, pero a partir de ahí había un montón: Ojos de Brujo, Muchachito y toda esa peña. Hubo un tiempo en que triunfaban a nivel europeo, salían y podían hacer giras. Eso, por ejemplo, ahora no pasa. Hablando de festivales: lleváis casi desde el principio con el Microclima Sound y tenéis esta filosofía de anticrecimiento, de decrecer. Raül: Cuando abrimos la tienda ya estaba la idea, porque la tienda también se abrió un poco porque existía, por ejemplo, Luchador Records, una tienda que había en el centro, de Pol Rodellar, que es uno de los miembros de Mujeres, y de Esteban. Ellos hacían conciertos en la tienda, era algo muy guay, y yo siempre pensaba: ostras, si abrimos la tienda, haremos también presentaciones. Luego le dimos un giro más, aprovechando que hacían el Primavera Sound aquí cerca: la idea de montar el Microclima Sound. Teníamos el nombre, que nos parecía genial, y dijimos: pues lo hacemos. Hay un dicho en catalán, “el nom fa la cosa”, el nombre hace la cosa, y eso fue: teníamos el nombre y queríamos aprovecharlo. Empezamos a hacer conciertos coincidiendo con el Primavera. El primer año no vino nadie: el público eran las bandas. Eran dos bandas, una tocaba y la otra hacía de público, y al revés. Pero fue muy guay la sensación de estar aquí totalmente al margen de algo tan bestia que estaba pasando en la ciudad; era una sensación muy interesante. Y la seguimos haciendo, y ha llegado un momento en que la gente ya lo conoce y viene. Es todo muy pequeño y viene poca gente, pero ya era como: ostras, esto ya es demasiado, ha perdido un poco la gracia de estar en contra todo el rato, porque el Microclima al final es ir en contra de todo lo que esté pasando. Y también a nivel vital, lo de decrecer pensamos que es algo bastante importante, y tenía gracia que algo tan pequeño encima jugara a decrecer. En los últimos años hacemos la coña esta de decrecer hasta desaparecer: intentar hacer un festival que sea cada vez más pequeño. Los festivales luchan por ser más grandes o por consolidarse; nuestra lucha es hacerlo más pequeño. No sabemos qué pasará. Es toda una broma, pero también es una broma bastante anti-todo, y creo que también mola: te lo puedes tomar como algo gracioso, pero detrás hay un poco de rabia antisistema. Tú eres del Poblenou de toda la vida, ¿no? El barrio ha cambiado mucho con todo el tema del 22@. ¿Cómo lo has visto cambiar y cómo ves el futuro? Raül: Bueno, mi padre nació aquí, pero yo nací en la Verneda, que es un barrio que está más hacia las afueras. Luego volvimos: vivimos aquí con Carme desde el 2005. Y a nivel musical el barrio ha cambiado mucho. El Poblenou era un poco un oasis a nivel de bares, discotecas, salas de conciertos y, sobre todo, locales de ensayo. Cuando abrimos la tienda, la idea era también que la gente que iba a ensayar pasara por aquí y se llevara discos, que se creara una especie de rueda que tenía sentido, y luego ir a ver los conciertos al Razzmatazz, a la Bóveda o a las salas que había. En los últimos años, que son los que hemos vivido más aquí en la tienda, toda esta industria musical, por llamarlo de alguna manera, ha ido desapareciendo. Locales de ensayo en el Poblenou ya no hay; alguno aguanta de manera irregular, pero ya no hay. Salas de conciertos: se cargaron la Rocksound, la Bóveda lleva un par de años intentando reabrir, el Razzmatazz aguanta porque de momento es una institución en la ciudad. El BeGood se recuperó gracias a La VOL, y tenemos una sala pequeña. Todo eso se ha ido rompiendo y desapareciendo a favor de las oficinas. Y con las oficinas también han hecho viviendas, y viene gente nueva que se encuentra un barrio que no es el que imaginaban que era Barcelona, porque es un barrio donde hay gente, hay bares, hay cosas, y les molesta. Todo eso va apagando el fuego musical que había en el barrio. Lo más bestia de los últimos años es la llegada de las oficinas y de la gente que viene a trabajar, que es otro tipo de gente de la que había aquí. La gentrificación está pasando a nivel mundial en varios sitios; lo curioso es que aquí lleva ya muchos años, porque el primer cambio ya fue con las Olimpiadas, y ha sido todo muy lento y sigue siendo muy lento. Nosotros todavía estamos apartados de los hoteles, por ejemplo; esta es una parte más de oficinas. Pero con la pandemia hubo un paso muy grande en este sentido: tiraron muchas cosas, muchos solares, locales; asociaciones que teníamos por aquí cerca desaparecieron, y todo se va moviendo. Y claro, ¿cómo veo el futuro? Todo se mueve hacia mal, por lo que vemos nosotros. No están abriendo sitios, no hay gente que se anime a alquilar un local porque no hay precios para alquilar un local, y el ayuntamiento tampoco te va a dejar hacer según qué: lo tienes que hacer de manera clandestina, y se va a quejar el vecino que ha llegado nuevo. De momento no veo un buen futuro en este sentido. A lo mejor mejoran otras cosas, pero no abrirán salas, no abrirán cosas para la música. ¿Y hay algún movimiento vecinal en contra de todo esto? Raül: Aquí el problema, en el trozo este donde estamos nosotros, es que somos muy pocos. Estamos más afectados por las oficinas, y cuesta mover algo con tan poca gente. Y hay una preocupación más grande, que es la vivienda: al final la gente está más por intentar tener un piso que por una sala de conciertos. La poca fuerza que se hace va a la vivienda justa, a los alquileres, no a que haya una sala de conciertos. Lucharíamos por eso si tuviéramos la vivienda; es por prioridades. Y creo que también hay un poco la impotencia de ver que tampoco puedes hacer nada. Muchas veces los sitios desaparecen porque tampoco iba gente: cierran un sitio y, ala, qué pena, pero si la gente no va, acabará cerrando. Yo creo que tampoco se puede hacer una lucha vecinal para defender algo que, hasta cierto punto, no sabemos hacia dónde defenderlo. Y con el tema del ayuntamiento también es muy delicado. Si intentas abrir algo, es todo un lastre. Aquí en Barcelona abrieron La Deskomunal, un sitio perfecto para hacer conciertos, y ahora la gente que lo llevaba deja la gestión porque es inviable: ni ayudas del ayuntamiento, ni nada. Es muy complicado en Barcelona. ¿Y notas esos cambios en la comunidad de la tienda? ¿Ves menos vecinos y más turistas comprando discos? Raül: Aquí estamos un poco al margen del turismo. Ha pasado de ser algo que no era nada de la tienda a ser una parte más: el turista que puede pasar por aquí. Y mola, porque si alguien viene hasta aquí es porque tiene cierto interés en encontrar bandas locales, ganas de conocer cosas que se están haciendo aquí, o simplemente de comprar un disco en un sitio diferente que no sea el centro. Es una parte muy pequeña, pero ahora es una parte. A nivel de la tienda, cada vez ha ido pasando más gente: tenemos los vecinos, la gente de Barcelona... Y ahora han abierto más tiendas, entonces se está repartiendo más, y mola porque la gente va haciendo sus rutas. Yo creo que eso es lo que más está cambiando: hay más tiendas, y el que antes venía aquí cada semana ahora lo combina: una semana viene aquí, otra va a El Genio Equivocado, otra a Revólver. Y eso también mola, porque hace que cada tienda tenga su rollo: que vayas y sepas que ahí puedes encontrar esto, o descubrir cosas. Tenemos una pregunta de la comunidad de Substack: ¿hay algún disco que la gente sigue pidiendo pero que tú odias completamente y no quieres vender por nada? Raül: La tienda está hecha con los discos que a mí me gustan y una parte de discos que sé que a la gente le pueden gustar, pero en principio son discos que nos gustan. Tuvimos una época un poco fea con Taylor Swift, por ejemplo, que a mí no me gusta nada, pero nada. Hubo un momento en que la gente lo pedía y al final lo traía, pero he dejado de traer discos de Taylor Swift porque hay otros sitios donde comprarlos. La mayoría de los discos, el 99% de los que tengo, es porque me gustan, y no me sabe mal que los compre alguien. Has contado que, al abrir la tienda, decidiste que no podías seguir comprando vinilos para ti mismo. Antes de la tienda, ¿cómo eras como coleccionista? Raül: Yo nunca me he considerado coleccionista; a lo mejor sí que lo soy un poco. Empecé a comprar discos a los 18 años, en el 98 más o menos, que es cuando empecé a trabajar y a tener dinero, y una de las cosas que me gustaban era comprar discos. En aquel momento venía de escuchar más rollo punk, pero cuando empecé a tener ganas de comprar discos fue más con los maxi singles, house, por ejemplo, y música electrónica. Me apetecía tener unos platos, pinchar, todo eso; ese mundillo me flipaba, y empecé a comprar mucho maxi single. En aquella época podías ir a cualquier sitio a comprar música disco súper barata; mucha gente estaba sacándose los discos de encima. Ibas a las ferias, comprabas un montón, y aquello era como un cúmulo: tenía una habitación en casa de mis padres con todos los discos allí. Pero nunca tuve la sensación de estar coleccionando; yo siempre decía que acumulaba. Tenía ahí cosas y cosas que no conocía, compraba mucho sin saber lo que era, y luego, con el tiempo: hostia, ¡si este disco lo tengo! Y me gustaba, así que no estaba tan equivocado. Y con la tienda al final ha sido un poco esto: seguir teniendo discos aquí y poderlos vivir. Vivir, no solo escuchar: es tener, saber la historia que hay detrás, que alguien te diga: mira, este disco... Cuando la gente me explica historias de su colección o de sus discos, me encanta, es muy interesante. No te voy a preguntar por los planes de crecimiento, pero ¿qué podemos esperar? ¿Qué va a pasar con Ultra-Local Records? ¿Qué ideas tienes? Raül: De momento, como en los últimos años, es mantenerlo así y a ver si realmente salen los números. A nivel más técnico de la tienda, empezar a modernizarme: tener una página web, un programa. Son ideas que a lo mejor acaban pasando y estoy intentando reflexionar sobre eso. Y a nivel de la tienda, mantenerla así; ahora mismo estamos en un momento que nos gusta. Querríamos hacer menos presentaciones, menos conciertos, para darle más importancia realmente al disco. Pero también es muy importante la parte esta de comunidad. Me gusta hacer cosas y que venga la gente: la tienda está un poco apartada de todo, entonces, ya que vienes hasta aquí, poder ofrecer algo diferente, poder ver un concierto o estar charlando con la gente que hay fuera. Este sentido comunitario querría trabajarlo más, no sé cómo hacerlo, pero que pasen más cosas entre la gente que viene. Eso sería bonito, en un futuro. Lo de los precios escritos a mano, como cliente te puedo decir que mola, porque es como: vale, son dueños que ponen la mano en cada disco. Raül: Sí, cada disco tiene su etiqueta escrita a mano, y eso sí que lo quiero mantener, porque a mí me gusta escribir y la gente también me lo dice. Hay otras cosas muy manuales, como los tickets de venta, donde sí molaría modernizarse, más que nada para quitar faena y estar por otras cosas. Pero el hecho artesanal de la tienda creo que es un punto diferencial, y a mí me gusta, porque lo hago porque me gusta: escribir, dibujar, es algo que me relaja, y me sirve para hacer todos los cartelitos de la tienda. Es como: vale, estoy agobiado, pues hago un cartel de discos de segunda mano. ¿Tienes alguna historia con esta bufanda de Rock y Amistad? Gonzalo también me la mencionó. Raül: Es una bufanda de Mujeres, una banda de Barcelona que hace rock, garage. Es una banda que admiramos mucho; en su momento tuvimos algo de merch suyo, y esa bufanda la quería, así que la colgamos ahí. Es una bufanda súper buscada: la gente siempre pregunta, oye, ¿no está a la venta? No, no, es algo que queremos tener ahí. De hecho, en Discos Oldies, en Valencia, creo que también tienen una colgada. Mujeres es una de las bandas locales que más apoyan a las tiendas de discos, y eso con los años se va notando: las bandas que saben, que van a comprar discos, porque ellos vienen aquí a comprar, van a otras tiendas, y saben lo que es intentar aguantar una tienda, mantenerla. Entonces la apoyan, y toda la pasión que ponen en su música la ponen también en las tiendas de discos, que al final es el sitio donde va a estar su disco. Esa relación con las bandas es muy bonita. Y también al revés: si quieres apoyar a un artista, comprar un disco es la mejor manera, porque de Spotify no les llega casi nada. Es una relación muy importante entre los dos lados. Raül: Sí. Aquí lo notas con las bandas locales: la gente ya no compra solo para escucharlo, para tenerlo, porque le guste; es también un gesto de apoyo a las bandas. Es la única manera de intentar sobrevivir. Pues muchísimas gracias. E invitamos a todos: si venís a Barcelona o vivís aquí, visitad a Raül en Ultra-Local Records. Raül: Aquí estaremos. Como buen dueño de una tienda de discos, Raül me vendió una copia de Fakebook durante la entrevista. Con un poco de suerte, quizá me lo firmen la próxima vez que la banda visite su tienda de discos favorita de Europa. No te puedes perder Ultra-Local si te gusta la escena musical de Barcelona. También hay muchos discos internacionales muy buenos, escogidos por Raül, cada uno con su etiqueta de precio escrita a mano. Me encantan las tiendas de discos locales e independientes, y no hay nada mucho más local e independiente que Ultra-Local Records. Gracias por leer. Suscríbete gratis y recibe la próxima historia de tiendas de discos 🫶 Mencionados en la entrevista Música * Yo La Tengo: Prisoners of Love (2005), I Can Hear the Heart Beating as One (1997), Fakebook (1990) y su versión de You Can Have It All (2000) * Dump, el proyecto en solitario de James McNew * Mogwai * Pararrayos * Ran Ran Ran * Oques Grasses * Rosalía * Kneecap * múm * Sigur Rós * El Petit de Cal Eril * Manu Chao * Ojos de Brujo * Muchachito * Mujeres * Invisible Harvey, la banda de Dimas Rodríguez * Taylor Swift Libro * Ayer estuve en Lenina, de Dimas Rodríguez Tiendas de discos * Ultra-Local Records (Poblenou, Barcelona) * El Genio Equivocado (Barcelona) * Revólver Records (Barcelona) * Discos Oldies (Valencia) Salas * Razzmatazz * Sala VOL (antes BeGood) * La Nau * La Deskomunal This is a public episode. If you would like to discuss this with other subscribers or get access to bonus episodes, visit digginit.substack.com

  • #4
    July 5 · 31 min

    Inside Analogija, Croatian Record Store Keeping Yugoslavia's Vinyl History Alive

    We met Žare outside the store in the scorching heat of a Split June. Its entrance is covered with a Stairway to Heaven mural, the Dark Side of the Moon prism, and pictures of Queen, The Beatles, Hendrix, and Jim Morrison. While we waited for his wife Zorana to join us, we talked about the store, music, and sports betting, a few days after Croatia’s 4-2 loss to England. Žare’s face lit up most when the conversation turned to music. They’d just seen Robert Plant at an old fortress in Šibenik, overlooking the Adriatic Sea. “He can still do it,” he said. “Some of these older guys, like Clapton, don’t have it anymore. But he still does.” I begged to differ, after my own recent Eric Clapton show in Kraków, and we spent a while trading concert stories. At one point, the conversation drifted briefly into politics. Žare said that there’s no room in his shop for the war or the old divisions, only music. I wasn’t planning on dwelling on past conflicts. As Zorana joined us, we continued the conversation on the record: Can we start with your backstory, how did you end up with the store? Žare: Thirty years ago, I had a small dream to open a vinyl store. Four years ago, that dream became a fact. I worked 43 years in a primary school as a teacher, and it was only after retiring that I finally opened it. Zorana: He says he had to open the store because it was some kind of deal between us: either open the store and bring all the records from the house into it, or get a divorce. But now I like them even more, and I’ve got my own collection at home. What are your biggest music inspirations? Žare: Always Pink Floyd, King Crimson, Frank Zappa, and Zeppelin, of course. My favorite song is “Stairway to Heaven,” from their fourth album. You mentioned you saw Robert Plant in Šibenik yesterday. Did he play “Stairway to Heaven”? Žare: Unfortunately, no. He played maybe three or four Zeppelin songs, but mostly new material, from his new album. How about you, Zorana? Do you have similar taste? Zorana: I like a few Zeppelin songs, but my favorite is Bruce Springsteen. We saw him in Vienna, I think two or three years ago, Žare, me, and our daughter. It was great. Were you always more into international music, or also into Yugoslav music? Žare: Both. My taste leans more international, all the rock, blues, jazz. But if you ask me which artists sell best in the store, it’s completely equal, half ex-Yugoslav bands, half international. Zorana: Yes, but you personally lean more international, even when you were younger. But we had a few great bands in ex-Yugoslavia in the early ‘70s that I love. Korni Grupa, Time, September, Indexi, Bijelo Dugme, which Polish people also love. When you were younger in Yugoslavia, was it easy to get Western records? Žare: Here’s how it worked. We couldn’t just walk into a bank and pay 10 English pounds for a record. We ordered through the UK’s Cob Records, Virgin Records, and Tandy’s Records, but if the state caught us doing that, we could get two years in prison. Sending dollars or marks out of Yugoslavia was a serious crime under the law at the time, prosecuted by the state. So we mailed 10 pounds inside postcards, and we had arrangements with a few workers at record shops and pressing plants in the UK. That’s how we got our vinyl. Zorana: Tell them about the Mexican music. People listened to Mexican music because it had no political weight, it was about love, simple things. Žare: It was easier to let people listen to that than to something progressive. In ‘59 the Party decided that all young people in Yugoslavia should prefer Mexican music. It was a Party decision. So no Western music was pressed in Yugoslavia at all? Žare: Very rare. But we had a few things, like A Nice Pair, first and second album of Pink Floyd, Zeppelin’s third album, and the Beatles. During the ‘60s there were several Beatles editions, later some Queen, some Doors, but not much. So your own taste is reflected in what the store stocks? Žare: Yes, of course. Zorana: He also has to stock everything else, because people ask for it. When we started we had a little electronic music, maybe a little punk or house. Now he carries more electronic because people ask for it, we don’t know much about it, but you have to have it. Metal, black metal too. Did you start with the store, or were you also selling at markets? Žare: Yes, we still go to several fairs every year, especially one in Podgorica, the capital of Montenegro. Everyone from ex-Yugoslavia goes, Serbia, Novi Sad, Belgrade, Macedonia, Bosnia and Herzegovina, Zagreb, Split, Croatia. Zorana: But the best fair is here in Croatia, in Imotski, about an hour from here. Every summer they run a three-day vinyl festival. We go every year, sell records in the evenings, and there are DJs playing off vinyl. Sometimes they bring in famous Croatian performers to play their own music. Great fair, great DJing. Since you’re a bit outside the old town, do you get a lot of tourists, or mostly locals? Zorana: We get tourists even though we’re away from the center, probably people find us online. Not huge numbers, but they come. Locals come too, but in summer we actually get more foreigners, maybe because locals go on vacation. Do you see a lot of younger customers in Croatia? Zorana: Yes, plenty. We get kids from maybe sixth grade, around 12 years old. They start listening because they got a turntable or some records from their grandparents, and then they come and buy. Žare: Our youngest customer is 7, we have another who’s 9. They pick out Iron Maiden, Guns N’ Roses themselves, with their parents’ permission, standing right there. You mostly stock second-hand. Are people interested in new music too? Zorana: Especially the young buyers, they want Lana Del Rey, Ariana Grande, Kanye West, Kendrick Lamar. Older customers mostly want the second-hand stuff. Do you see the new generation getting into Yugoslav records too? Žare: Yes. We were surprised to find that some foreigners who come in already know Azra, Bijelo Dugme, and buy ex-Yugoslav records. I’ve read that the pressing quality from Yugoslavia was very good compared to elsewhere. Žare: Yes, especially during the oil crisis, from around 1972 to 1979. We had very good vinyl quality, mostly 160 grams. Jugoton, based in Zagreb, had the best of it. It ran until Yugoslavia collapsed in 1991, and some of its pressing equipment was sold off to Czechoslovakia and, I believe, part of it to London. Can you tell us about how you source records? Žare: I do my best with colleagues across ex-Yugoslavia, different republics, different states. Mostly Serbia and Montenegro, sometimes Bosnia and Herzegovina. We’re a very small community, but very honest people, I call them friends. We trade, and when I’m missing something, they try hard to find it for me. That’s how it works. Are records from all the ex-Yugoslav countries popular in Croatia? Žare: Yes, but everyone knows what happened here during the war. Some people in Croatia hate certain artists just because they’re Serbs or Muslims. That’s not allowed in my store. That’s b******t. Zorana: I don’t fully agree. Personally, I wouldn’t stock some Serbian records, like Riblja Čorba. Bora Čorba was a terrible guy, he said terrible things about us during the war. It was a long time ago, but it’s still fresh. Žare: I see it differently. A few great artists, like Đorđe Balašević from Vojvodina and Rambo Amadeus from Montenegro, distanced themselves from the Milošević regime early on, before the war even started in the early ‘90s. But none of that is about the music, and I hate mixing the two. I have issues with some artists for being Chetniks or nationalists in their politics, but I try to keep music and politics separate, and I try to be fair about it. Zorana: But if they sing about those politics directly, I can’t separate it. That’s the problem. Maybe it’s because I’m younger, not as wise as him. Are there bands not internationally known that you’d recommend to readers? Žare: From the golden era of Yugoslav prog rock: Leb i Sol from Macedonia, Korni Grupa from Belgrade, Time from Zagreb, September, and a few others. In the early ‘70s we had a handful of excellent prog rock bands, we’re very proud of them. Indexi, of course, from Sarajevo. Bijelo Dugme, from Sarajevo too. Sarajevo gave us so much, Zabranjeno Pušenje as well. For my generation, Bregović’s the most recognized name from ex-Yugoslavia, partly because of the record he made with the Polish artist Kayah. Is he seen as more of a commercial artist here in the Balkans, or still well respected? Žare: Like I said, it depends on taste here, and mostly people lean prog rock. Goran Bregović always knew how to sell his music, and that’s why he’s famous worldwide, but not necessarily the best. Which city is the best for record shopping today? Žare: Belgrade. It’s a city of maybe 2 million people, with around 20 record stores. Zagreb has maybe 8 or 9 now. In Split there’s just us and Dancing Bear, but they mostly focus on new records, a different kind of shop, different music, different politics. If you could travel to shop for records anywhere, what’s your favorite city? Žare: The Netherlands, near Den Bosch, there’s the biggest record market in Europe, maybe the world. Maybe one day. Zorana: One client from the US also told us that Nashville is amazing. Do you see the same growing interest in vinyl here as in the rest of Europe? Žare: Yes. Vinyl’s come back. In our language, “vinyl” is a feminine word, my wife pointed that out, and she beat the CD and came back from the grave for revenge, and now reigns supreme. Interest in vinyl keeps growing, prices too, and a lot of young people get infected, addicted, and start their own collections. We talked before about you liking a bit of sports betting. How’s betting on records? Have you bought anything you thought would really go up in value? Žare: Everyone in our little community tells me that new pressings push prices down. I think the opposite, a new edition just as often helps the value of the original first pressing hold or grow. I started with 3,000 records, and what’s left at home now is mostly Krautrock from Germany, 1968 to 1975: Can, Amon Düül, over 150 records, all original first pressings. King Crimson, prog rock from the ‘70s, Frank Zappa, over 100 of his records altogether. Zeppelin, Beatles, Stones too. We’ve got one here, a Đorđe Balašević record, Marim ja... (”I Care...”), from 1991, that’s gone up to 1,000 euros. Zorana: He’s got the record, the CD, and the cassette of that same album, and it’s locked under key. You’ve also got some excellent hi-fi equipment here. Žare: I’m proud of my turntable collection, mostly from Japan, in excellent condition. Only one is belt-drive, an old Thorens TD-850. Everything else is direct-drive. I have a few contacts who source them from Japan, we upgrade them, put on a new cartridge, a new needle. Zorana: I told him, if he doesn’t sell that Kenwood, or that Yamaha, we should just take it home. He writes little cards for the turntables, and for the records too, everything about them, the year, the condition, by hand. Žare: That’s the one thing I’m really proud of. I’ve seen a lot of people selling records across Europe, and I think I might be the first to handwrite notes like that. Zorana: He spent months doing that. It helps a lot, especially for someone who doesn’t know much about a record, they can read the card and understand what they’re looking at. Žare: Every one of them has its own story. This Yamaha GT-2000L, with a special tonearm, I spent two or three years looking for it. I found a seller with two nearly identical units, one a GT-2000 and one the L version with the slightly better setup, and I ended up buying both. Long story. Can you tell us more about the community side? I saw you’ve organized some events or concerts? Zorana: Not as a shop directly, no, but we cooperate with others. A few DJs run evenings at cafe bars, they invite someone to play, and we bring the records. It’s happened a handful of times. Whenever someone asks us to cooperate, we say yes. In Split there isn’t really a vinyl lovers’ association like there is in Podgorica, Montenegro, where they get funding from the city. We don’t have that here, unfortunately, not from the city or the state. Maybe we should push for that, get support from the city and organize more gatherings and fairs. In the future, maybe. Any future plans for the store? Zorana: My plan is to find a way into a bigger market in Split, if I can find the right partners here. We’re also planning to start selling online, on Discogs, for example. Does checking Discogs affect what you can charge? Žare: People compare prices there, but it’s not binding. I don’t just follow Discogs, I price things on my own knowledge. If a buyer wants more records, we can always negotiate. Some records aren’t just objects, they carry emotional value, and I price accordingly. Subscribe to not miss the next one! A few more pictures, an Instagram reel, and a last dig through the crates. I’d asked Žare to pick a handful of Yugoslav 7”s that could fit in my small backpack. He handed me a great Rani Mraz single, “Računajte na nas,” and a beautiful copy of Teška Industrija’s “UFO / Karavan,” with a silver locomotive on the inner sleeve. He refused to let me pay for any of it. Instead I walked out with a T-shirt of Split’s own vinyl-wielding Bishop Gregory, which I’ll proudly wear around Barcelona. After two hours, Žare mentioned, in the nicest way possible, that he was getting a bit tired of talking in English. Zorana said he feels just as tired after long calls with his American cousin. Those two hours flew by. Talking to both of them was a real window into vinyl culture in Croatia, and a little trip back in time to Yugoslavia. If you also want to go on a journey to the land of Tesla and Kusturica, Žare’s album picks below are the best place to start. This is a public episode. If you would like to discuss this with other subscribers or get access to bonus episodes, visit digginit.substack.com

  • #3
    June 26 · 23 min

    🎙️ La Crema Kiosk: un dúo musical que convirtió un kiosco en un espacio cultural

    Edu Montoya y Lidia Anaut son una pareja de músicos con un enfoque alternativo al de las tiendas de discos tradicionales. En el barrio de Sant Antoni de Barcelona, con su larga tradición comercial alrededor del famoso mercado y cada vez más tiendas de discos cerca, han creado algo un poco diferente. El concepto de "Cultura Take Away" es mucho más amplio que una tienda. En su quiosco y el concept store que abrieron el año pasado venden discos de vinilo nuevos y de segunda mano, libros de música, obra gráfica, ropa y regalos creados por artistas barceloneses. Es un espacio donde los artistas locales pueden mostrar su trabajo y donde la comunidad del barrio puede disfrutarlo fuera de las frías y silenciosas paredes de una galería, justo ahí, en la esquina, y llevárselo para llevar. La semana pasada nos reunimos con Edu y Lidia y hablamos sobre su historia, sus inspiraciones musicales, la filosofía detrás de la tienda y sus planes de futuro, entre los que se incluye su propia versión de uno de los formatos de concierto más queridos del mundo. ¿Podéis contarnos un poco sobre vuestra trayectoria antes de la tienda? ¿Tenéis también un proyecto musical propio? Edu: Nos dedicábamos a otra cosa. Éramos más bien usuarios de lo que ahora vendemos, no grandes coleccionistas, aunque sí teníamos nuestra pequeña colección de discos y de obra gráfica. Yo estudié Dirección de Arte y trabajaba como director de arte y diseñador. Lidia: Yo venía del marketing. Un mundo totalmente diferente. Edu: Nuestro proyecto musical se llama Tú no existes. Antes de eso teníamos otras bandas también. Así que conocíamos el mundo de las distribuidoras, los sellos, el management, la comunicación cultural, pero desde el lado artístico, como músicos. ¿Y también habéis prensado vuestro propio vinilo, no? ¿Cómo han influido estas experiencias en la filosofía de la tienda? Edu: Sí, tenemos un 7”, el primer single de la banda, que se llama Carl Sagan, del que quedan muy poquitas copias. Una está en casa y, no sé, el otro día vi que había uno en Discogs por ahí. Y el primer LP también lo sacamos en vinilo, que se llama Tercera República. Haber conocido la industria desde el otro lado hace que conozcas más bandas locales. Con diez años de experiencia aquí en Barcelona, tocando en salas, conociendo gente de otras tiendas de discos, hemos llegado a conocer bien el circuito musical de nuestra generación. Y eso se nota en la curación: tenemos muy en cuenta proyectos que conocemos personalmente, discos que creemos que son representativos de una generación aquí en Barcelona. Antes intentabais colocar vuestro disco en tiendas. ¿Ahora os llegan bandas locales queriendo poner los suyos aquí? Edu: Sí, de hecho una de las primeras cosas que intentamos fue contactar con sellos locales. Nos sorprendió tener que pasar por distribuidoras para conseguir discos de sellos de Barcelona. Pensábamos que sería más sencillo: ir directamente a la discográfica, que hasta sabíamos dónde tenían la oficina, y decirles que queríamos tal disco. Pero en algunos casos nos dijeron que no podían trabajar así, que tenían que hacerlo a través de una distribuidora. Al final sí hemos acabado trabajando directamente con sellos locales, que era lo que queríamos. ¿Y también os llegan artistas directamente, con sus discos bajo el brazo? ¿Cómo es la relación con las distribuidoras en comparación? Lidia: Sí, ha pasado. Siempre nos hace ilusión que quieran tener sus discos aquí. Vienen, nos los dejan, y vemos si se venden. Con las distribuidoras es más corporativo, quizás. Edu: Hay un intermediario, que es normal. Al final la música es un negocio, y las distribuidoras hacen su trabajo. Sobre todo las de aquí, que normalmente llevan a los grupos más pequeños, pues bien, todo correcto. Tampoco nos hemos encontrado con querer traer un grupo local y que esté con Sony o similar. A esos no hemos ido a pedirles, porque ya son otra escala. ¿Qué bandas o discos de vuestra adolescencia han influido en la selección de la tienda? Lidia: Oasis, sin duda. Creo que a los dos nos marcó bastante. Siempre hay algo suyo aquí. Edu: Sí, además nuestros gatos son dos hermanos y se llaman Liam y Noel. Y luego está La Crema, una banda de rock de Barcelona, los Sidonie, que para nosotros han sido una referencia constante desde que nos conocemos. Hemos ido a sus presentaciones de discos, y tienen una canción que se llama La Crema, que es uno de los motivos por los que se llama así la tienda. Y hay algo que me di cuenta hace poco: la colección de vinilos que tenemos en la tienda se parece más a nuestra colección de CDs de casa que a la de vinilos. Artistas como Lauryn Hill, Lenny Kravitz, Lori Meyers, cosas que en su momento ni se editaban en vinilo y que ahora tenemos aquí porque creemos que tuvieron una importancia generacional para gran parte de nuestro público, que tiene más o menos nuestra edad. Prácticamente todos los discos que tenemos son discos que nos gustan. No tenemos un volumen tan grande como para permitirnos tener cosas que no nos convencen. Lidia: Gran parte de la colección la podríamos tener en casa. Es nuestro bagaje musical, nuestra historia. Y aquí también vamos descubriendo cosas nuevas, hablando con clientes, entrando en territorios musicales que igual no habíamos explorado antes. Al final esos descubrimientos también acaban formando parte de la colección. El kiosco lo ocupaba antes Lost Format. ¿Lo veis como una evolución de aquello o algo completamente nuevo? Edu: Una evolución, sin duda. Ellos tuvieron la idea de empezar a poner discos aquí, y nosotros lo que hemos hecho es coger esa idea, apostar más fuerte, ampliarla y ponerle nuestro sello personal. De hecho seguimos en contacto con ellos de vez en cuando. Lidia: Y luego añadimos otras partes del negocio: arte local, libros, cómics, ropa, marcas locales. Lo ampliamos y a la vez lo diversificamos. La idea de usar un kiosco como espacio de venta era algo que llevábamos tiempo pensando, lo habíamos imaginado antes. Y la otra parte del negocio también era algo que teníamos en la cabeza desde hacía tiempo. Lo de los vinilos llegó un poco por casualidad: estaba ahí, encajaba con todo lo que queríamos hacer, y se unió de manera muy natural. Unas ideas previas que de repente encontraron el sitio perfecto. ¿Cuándo llegó la idea de expandirse con la tienda? Lidia: El kiosco empezó en septiembre del 24, y pocos meses después nos ofrecieron el local de al lado. La idea de tener un espacio con galería era algo que ya teníamos en la cabeza, pero quizás no era el momento todavía. Aun así, la oportunidad estaba ahí, todo encajaba, y nos lanzamos. La tienda lleva ya un año y está a diez pasos del kiosco. Los dos espacios se retroalimentan. Edu: Es una manera de hacer pivotar los dos negocios. El kiosco funciona como escaparate en la calle de lo que hay en la tienda. A veces la gente se sorprende y piensa que es un pop-up, cuando en realidad fue primero. Lo otro vino después, y vino pronto. Era una oportunidad y la cogimos, pero también multiplicó el trabajo. De pronto pasas de trabajar en una oficina a tener un kiosco, y en menos de un año estás abriendo una tienda desde cero. Fue todo muy intenso. Lidia: Y también era una cuestión de espacio. Aquí en el kiosco, sin un sitio donde mover el stock y guardar más cosas, todo se queda muy limitado. La tienda nos da ese extra. Edu: Claro, allí podemos tener un tocadiscos para probar los discos de segunda mano, obra gráfica en tamaños más grandes, cosas que en la calle son difíciles de mantener. El kiosco tiene sus ventajas, pero también bastantes inconvenientes. ¿Hay sinergia entre los productos? ¿El que viene por vinilos acaba comprando una gráfica, o al revés? Lidia: Es curioso porque hay un poco de todo. El objetivo es que todo el mundo encuentre algo, ya sea para ellos o para un regalo. Hay gente que llega a los vinilos y no ve nada más, otros miran las dos partes, y a veces vienen familias enteras donde uno va a los discos y otro a lo otro. Y no siempre te esperas quién acaba yendo de un sitio al otro. Edu: O al revés, hay gente que directamente no ve los discos. El comprador de vinilos es un porcentaje pequeño de la población, por eso tiene tanto valor fidelizar. Hemos conseguido tener clientes habituales que vuelven a ver novedades, a pedir recomendaciones. Y nosotros trabajamos mucho en qué disco traer, qué idea se nos ha ocurrido, algo que el cliente quizás ya conocía pero que de repente ve aquí y piensa: ostia, este disco. Esa es un poco nuestra labor de curación. Lidia: Y esos mismos habituales de discos a veces vienen a comprar otras cosas, para un regalo o para casa. Al final el cliente habitual también acaba comprando la otra parte. Edu: Y hay una sinergia más profunda también. El mundo del arte visual y el de la música están muy conectados: ilustradores que hacen portadas de discos, artistas que diseñan carteles para grupos, gente de editoriales que es amiga de gente de discográficas. Es un mundo de intereses compartidos donde los que hacen las cosas también son público de las cosas. Para nosotros, venir de la escena musical hace que esa conexión sea muy natural. Lidia: Para nosotros siempre han estado muy conectados, y creo que para mucha gente también. Todo el mundo del arte visual está muy relacionado con la música. Por eso nos resulta tan natural, porque para nosotros siempre lo ha sido. Veo a la gente pasar y saludaros. ¿Cómo es la conexión con el barrio de Sant Antoni? Lidia: Curiosamente Edu y yo ya habíamos coincidido en Sant Antoni hace años trabajando. No vivimos aquí, pero es un barrio que funciona muy bien para este tipo de negocio. Es bohemio, tiene mucho movimiento, mucha gente que viene a tomarse algo o a quedar con alguien. Pero también es muy de barrio, y es la gente del barrio la que nos hace el día a día, la que conocemos cuando pasa por el kiosco. Edu: Hay mucha tradición comercial aquí, es uno de los barrios de Barcelona con el tejido comercial más arraigado. Y eso se nota. Lo más bonito ha sido que los vecinos nos hayan visto crecer. Cuando abrimos la tienda no llegamos de nuevas, nos conocían como los del kiosco. Eso ayuda mucho: que un negocio de nicho tenga una acogida así, de todas las edades, de gente que lleva años en el barrio y que te ha visto repartir el periódico durante un año y medio. Lidia: Hemos conocido a mucha gente a nivel personal por estar aquí. Edu: Empezamos a ver crecer a niños y a gente mayor haciéndose más mayor. Tiene sus cosas tristes, pero también sus cosas muy bonitas. ¿Y esa comunidad del barrio se convierte también en clientes? Edu: Sí, en las dos cosas, tanto en discos como en la tienda, quizás algo más en el tema de diseño y obra gráfica. Es la gente que luego confía en ti como tienda. Y creo que hay un gesto de apoyo ahí: a mí me gustaría que en mi barrio hubiera un comercio como el nuestro, y trataría de apoyarlo. ¿Cómo veis Barcelona para este tipo de negocio? Esta semana incluso ha abierto otra tienda de discos. Lidia: Parece que cada vez más. Puede que sea el boom del momento y luego baje, no lo sé. Ojalá que no, ojalá siga creciendo. Y las tiendas más antiguas llevan años manteniéndose, eso también dice algo. Edu: O que se mantenga, que ya es mucho. Yo confío en eso, porque el vinilo siempre ha estado ahí. Incluso en los peores momentos, cuando el CD se lo comió todo, había gente que no vendió su colección y seguía yendo a las tiendas. Es un nicho que ahora está creciendo, pero si deja de crecer creo que se mantendrá estable. Es algo que no perece, ese es nuestro punto de vista y por eso estamos en esto. Y al final la gente busca autenticidad, busca la experiencia de salir a la calle, hablar con alguien. Lidia: Salir a ver qué hay nuevo, pedir recomendaciones, remenar las cajas. La experiencia de venir a comprar en persona es algo que internet no te da. Creo que eso es lo que ha hecho que mucha gente lo mantenga. Edu: Y estar un poco limitado también tiene su valor. Tenemos un abanico infinito de todo, y la sobreestimulación que vivimos hace que limitarse a una selección, por salud mental casi, sea algo que la gente necesita. Y cada vez más con el mundo de los algoritmos. He leído que vuestra filosofía es un poco la antítesis de Spotify. Edu: Sí, detrás de nosotros no hay una empresa pagándonos por recomendar un disco. Todo es natural. Y creo que eso se nota también en la experiencia de compra. En algunas tiendas puedes sentirte juzgado, como si el que te atiende fuera un súper experto y tú no estuvieras a su altura. Aquí hablamos de todo con naturalidad, sin juzgar. Si hay algo que no trabajamos, como el Hard Rock, pues simplemente no lo vas a encontrar aquí porque no es un género que conozcamos bien. Pero esa naturalidad y esa humanidad es lo que creo que nos diferencia de las plataformas. Para terminar, ¿cuál es la visión de futuro? ¿Expansiones, eventos? Lidia: En cuanto a eventos, estamos haciendo conciertos aquí en el kiosco. Hemos hecho uno con Carlota Flaneur, este fin de semana es el Día de la Música y habrá otro, y en julio otro más. También queremos hacer algo tipo Tiny Desk, a nuestra manera. Edu: Lo llamamos las Kiosk Tapes. En julio tendremos a KIW, un trío de jazz, y este domingo viene Vicente de Sax Lab, un saxofonista. La idea es conseguir una programación estable de este tipo de eventos. Y en la tienda, queremos arrancar una residencia de podcast, empezar con las Listenings, seguir con las exposiciones de obra gráfica, que muchas veces vienen acompañadas de DJs. Todo se retroalimenta. Hasta ahora hemos estado más en modo supervivencia como comercio, montando eventos de manera esporádica. Ahora la idea es convertir todo esto en un circuito cultural estable. Es difícil creer que un espacio tan pequeño pueda albergar tanta cultura. Edu y Lidia han transformado un rincón de la calle en una experiencia cultural, y justo mientras termino de publicar este artículo ya tienen otra exposición en marcha. Si vienes a Barcelona, no te pierdas La Crema Kiosk. ¿No quieres perderte la próxima entrevista? Suscríbete. Bonus 📹 Antes de la entrevista, les pedí a Edu y Lidia que eligieran sus 5 discos favoritos de la tienda. Aquí está su selección: This is a public episode. If you would like to discuss this with other subscribers or get access to bonus episodes, visit digginit.substack.com

  • June 18 · 22 min

    🎙️De descubrir tesoros a descubrir talento indie y discos escondidos

    Rafa Piera junto con su pareja Joan, también conocidos como Pin&Pon DJs, pincharon en grandes festivales como el Benicàssim y el Sónar. Viendo que había mucho talento esperando para lanzar su música, decidieron echarles una mano creando El Genio Equivocado. Un sello con 16 años de historia, con una enorme ilusión por mostrar al mundo el talento de otras personas y una única regla: lanzar la música que realmente les gusta. Desde el sello, en 2019 nació la tienda El Genio Equivocado La Botiga. Es un referente en Gràcia, mi barrio favorito de Barcelona. Incluso un lunes a las 11 de la mañana, cuando nos sentamos para la entrevista, ya había un buen puñado de gente buscando entre los crates. Te presento a Rafa: arqueólogo, DJ, periodista, y fundador de El Genio Equivocado. Rafa, fuiste arqueólogo, eres DJ, periodista, tienes un sello y una tienda de discos. ¿Cómo has llegado hasta aquí? Me licencié en Historia y Arqueología y trabajé de arqueólogo durante varios años. A la vez, con mi pareja empezamos a pinchar como DJs, primero por diversión, pero poco a poco se fue convirtiendo en algo más serio. Tocamos en festivales como el Benicàssim o el Sónar, y en salas durante muchos años. Paralelamente empezamos el sello, porque conocíamos bandas que no tenían posibilidad de sacar discos y nos parecía una pena que se perdiera esa música. Eso fue hace unos 16 años, con el primer disco de Joaquín Pascual, que es amigo nuestro. Y fuimos siguiendo con referencias cada año. Más adelante tuve un ictus, perdí fuerza en el lado derecho y ya no podía trabajar de arqueólogo. Fue entonces cuando me planteé qué hacer con mi vida y decidí abrir la tienda de discos. Y la tienda la abriste justo antes del COVID, verdad? ¿Y cómo saliste adelante? La abrí y al año llegó el COVID. Estuvimos cerrados unos cuatro meses sin saber qué iba a pasar. Pero al contrario de lo que podría parecer, fue un revulsivo: mucha gente del barrio empezó a pasear y descubrió la tienda como un local de proximidad. Y mientras estábamos cerrados, aproveché para trabajar la web, subir productos, y las ventas online se dispararon. ¿Notas diferencias entre los clientes más veteranos y las nuevas generaciones, en lo que buscan o lo que escuchan? Las nuevas generaciones se han enganchado al vinilo principalmente a través de artistas muy mainstream como Lana del Rey o Taylor Swift, comprando el vinilo más como merchandising que como formato musical. Pero poco a poco se van interesando más. Y luego hay una escena joven que viene de los conciertos, que empieza a comprar vinilo porque ve que los grupos de sus amigos lo sacan, y de repente se enganchan. ¿Y has notado si hay conexión entre el sello y la tienda, si los seguidores del sello se convierten en clientes o al revés? Pasan las dos cosas. Hay gente que viene a la tienda sin saber que tenemos un sello y lo descubre con el tiempo, y hay gente que seguía el sello y acaba convirtiéndose en cliente de la tienda. ¿Hay algún artista de vuestro catálogo que crees que podría tener proyección internacional? No, realmente no hay ningún artista que pudiera tener proyección mundial, porque o cantan en castellano o en catalán, y eso ya es un límite, es en serio. Pero por sonido y por afinidad, a lo mejor Pálida Tez que hacen shoegaze o dream pop, sí que han tenido oyentes en México y Latinoamérica porque tienen el añadido del idioma. Realmente creo que es difícil para los grupos que sacamos tener fuerza fuera de España. Latinoamérica sí, porque además de entender el idioma, de México a Chile hay una conexión fuerte con el shoegaze y lo recogen con ganas. Ladilla Rusa es ahora una de vuestras artistas más destacadas, pero al principio no teníais claro si encajaba. ¿Ha habido casos en los que decidisteis no fichar a un grupo y luego triunfaron en otro sello? Sí, con Ladilla Rusa, cuando nos propusieron sacar su música no terminábamos de verlo en El Genio Equivocado, así que creamos un sello alternativo. Pero luego era más lío que otra cosa y al final todo salió en El Genio Equivocado. Nos han escrito muchos grupos que luego han triunfado en otros sellos. Viva Suecia, por ejemplo, nos escribieron y no lo terminamos de ver. Pasa mucho. Y a veces no es que no te guste, es que no tienes el momento para encajar ese lanzamiento porque ya tienes otros programados. Empezasteis en 2010, solo con CDs. ¿Cómo ha cambiado el proceso de lanzar discos desde entonces? Mira, es curioso: cuando empezamos no se pensaba en el vinilo, solo fabricábamos CDs. De repente empezó el problema de las descargas y todo el mundo pensó que nos íbamos al traste, a la mierda. Y luego hemos vuelto al vinilo, y ahora solo fabricamos vinilo, ya no CD. Ha habido un viaje. Ahora todo depende de los plazos de fabricación porque las fábricas son las que son, y siempre te dicen que tienes que mandar todo tres o cuatro meses antes de recibirlos. Eso te condiciona el lanzamiento. Y ahora parece que vuelven las casetas también. Sí, estamos haciendo con algunos grupos que a lo mejor sacan un EP y no quieres fabricar una tirada de vinilos porque son pocas canciones, las juntas en un casete y haces una tirada de casetes. Lleváis 16 años en Barcelona con el sello. ¿Crees que la ciudad tiene algo especial? ¿Y cómo ves la escena catalana? No, no es algo especial. Hace años había una escena que se estaba moviendo, pero no ha terminado de despegar. Gran parte de los medios de comunicación están en Madrid, y eso condiciona mucho. Además, no hay una masa crítica de grupos que se apoyen entre ellos y generen una escena real. El mundo catalán es demasiado pequeño, son cuatro o cinco grupos que están ahí pero no crean escena. Y los festivales tampoco ayudan: no se preocupan por apoyar lo local, quieren headliners. Te meten alguna banda pequeña en el cartel, pero no es una apuesta real. Hablabas del panorama entre artistas. ¿Cómo es la relación entre tiendas de discos? Sé que tenéis buena conexión con Ultra Local Records, por ejemplo. Sí, con Ultra Local Records tenemos muy buena relación, somos muy amigos. Y precisamente una de las ideas que tenemos para el futuro es crear una asociación de tiendas de discos, como un gremio. Ya estoy en APECAT, que es una asociación de discográficas, pero queremos hacer algo equivalente para tiendas. Hemos hablado con algunas, y la idea es unir fuerzas, sobre todo para hacer frente a las condiciones que te imponen las multinacionales: pedidos mínimos, precios, ese tipo de cosas. Si tuviéramos una asociación, podríamos negociar mejor. La competencia entre tiendas existe, pero es sana. Cada uno tiene su espacio, no hay envidia. Hemos empezado a moverlo, pero todavía no se ha llevado a cabo. Volviendo al tema del vinilo, ¿te consideras coleccionista o es más una herramienta de trabajo? Sí, soy coleccionista de toda la vida. En el momento en que empecé a comprar vinilos y CDs, ya empecé a coleccionar. Siempre que visito una ciudad me informo de las tiendas que hay. Forma parte de mi visita cultural. Cuando fui a Londres, por ejemplo, me pasé por unas tiendas de segunda mano buscando singles que llevaba tiempo queriendo. Siempre tienes una lista de deseos. Hay cositas que me gustaría tener, primeras ediciones de discos de New Order sobre todo, porque soy muy fan. Pero si aparecen, bien, y si no, me conformo con una reedición. No soy de los que necesitan ese ejemplar único, no es algo que me quite el sueño. Y trabajando en una tienda es mucho más fácil, claro. Si quiero algo, me reservo una copia para mí y otra para la tienda. Habéis dicho en otras ocasiones que en el sello ficháis bandas que os gustan, no seguís tendencias. ¿En la tienda funciona con la misma filosofía? Con el sello siempre hemos fichado bandas que nos gustan, por eso tenemos de todo: rock, pop, electrónica. Como tenemos un gusto amplio, publicamos de todo. En la tienda es parecido, vas a encontrar desde un clásico como los Rolling Stones hasta las últimas novedades de electrónica o pop. Pero con la tienda pienso un poco más en lo que puede vender. Con el sello arriesgo a lo que yo quiero, con la tienda me ciño más a los gustos amplios de la gente. ¿Cuáles son los planes de futuro, para la tienda y para el sello? Hacemos eventos en la tienda, conciertos acústicos, el Día del Comerç al Carrer, y llevamos muchos años con el BIS Festival, que ha pasado de ser un festival de un día a una programación durante todo el año. Siempre intentamos dar visibilidad a grupos emergentes. Con la tienda nos gustaría habilitar el almacén para poder exponer más vinilos. Con el sello, seguir la dinámica y hacer crecer a los grupos que tenemos. Si aparece algo nuevo que nos convenza, adelante. Échale un ojo a los artistas de El Genio Equivocado. Mis descubrimientos favoritos fueron dos bandas de Málaga: Vis Viva, cuyo disco La Reminiscencia tuve la suerte de encontrar en la tienda, y Pequeño Mal, que lanzará el suyo en octubre y seguro que no me lo pierdo. Las dos tienen un sonido que recuerda al pop punk de los dos mil, aunque también podría llamarse power pop. El catálogo de El Genio Equivocado abarca desde el indie pop y el shoegaze hasta el synth-pop y el post-punk, con otras sorpresas musicales difíciles de clasificar. Dale un vistazo para descubrir música nueva y, si estás en Barcelona, pásate por la tienda. ¡Suscríbete para no perderte los próximos episodios! This is a public episode. If you would like to discuss this with other subscribers or get access to bonus episodes, visit digginit.substack.com

  • June 3 · 38 min

    🎙️ DILLA Barcelona, la tienda de discos detrás de Jazztrònica Festival

    Cruzamos las fronteras con el Record Storey y nos movemos a Barcelona, donde vivo. Quería empezar con DILLA por su rollo musical - hip hop, jazz, soul, pero sobre todo porque es mucho más que una tienda. Es un sitio donde puedes relajarte y tomar algo entre un crate y otro. Además, organizan DJ sets y talleres musicales, enseñando a la gente sobre la producción y creando comunidad.Pere Manresa, el dueño, es una institución en el mundo musical de Barcelona. DJ con más de 30 años de experiencia y organizador del festival Jazztrónica, ha traído a la capital catalana a artistas como Yasiin Bey (Mos Def), Jeff Mills, Roy Ayers, Brian Jackson, Karriem Riggins o J.Rocc.J Dilla, la inspiración detrás del nombre de la tienda, es uno de los productores más influyentes de la historia. En sus 32 años de vida, que acabaron prematuramente por una enfermedad, J Dilla creó algunos de los beats más característicos para gigantes del rap como A Tribe Called Quest, Common, Slum Village, Erykah Badu y De La Soul. Su influencia se extendió también al mainstream: creó remixes y temas para Janet Jackson, D’Angelo y Busta Rhymes. Como explica su madre en el Rap Verified documental, empezó a pinchar discos en el parque cuando tenía 2 años y acabó en la cama del hospital, creando hasta los últimos días de su vida su disco final, Donuts.Como me explicó Pere, el nombre vino porque buscaban algo que sonara igual en la mayoría de idiomas. DILLA no solo encaja perfectamente con la filosofía de una tienda de discos; también es una referencia menos obvia que nombres como 2Pac o Biggie, y mucho más fácil de pronunciar para un español que Ghostface Killah o Black Thought. Pero mejor que os lo cuente él mismo. Hablamos sobre la historia de DILLA, el festival Jazztrónica, la escena musical barcelonesa de los 90 y las influencias que han marcado su forma de entender la música. Quería empezar hablando un poco de tu historia personal con la música. Mi historia personal con la música viene de una profesión. De pequeño escuchaba muchos tipos de música y poco a poco empecé a interesarme por el mundo del DJ. Practicaba en casa hasta que un día mi primo, que trabajaba en una discoteca, necesitaba un ayudante. Fui, lo probé y pensé: “esto es lo que quiero hacer”. Mientras estudiaba en la universidad compaginaba clases y trabajo, hasta que terminé la carrera y me metí de lleno en el mundo de la música. Empecé a pinchar en muchos sitios y supongo que no lo hacía mal porque no dejaban de llamarme. Terminé viajando por todo el mundo pinchando con vinilos. Hace unos 15 o 20 años empecé a cansarme de la vida nocturna. Al principio era como que te pagaran por salir de fiesta, pero acabé harto de vivir de madrugada, trabajar festivos y tener un horario completamente distinto al de los demás. Entonces empecé a buscar una manera de seguir vinculado a la música durante el día, y el vinilo apareció como esa alternativa. ¿Cómo empezó tu película dentro del mundo del vinilo? Conocía muchos vinilos, artistas y sellos de primera mano, así que empecé colaborando con tiendas de amigos vendiendo discos en discotecas. En aquella época existían los maleteros. Como muchos DJs tenían fama de no madrugar, cuando llegaban las novedades de la semana cargábamos una maleta llena de discos y nos recorríamos las discotecas justo cuando abrían, entre las doce y las tres de la mañana. Era literalmente llevar la tienda al DJ: si él no iba a la tienda porque estaba durmiendo, la tienda iba a él. Escuchaban los discos allí mismo, en la cabina, y compraban sin tener que moverse del club. Después monté mi propia tienda con un amigo, especializada en música de importación, sobre todo música de baile que aquí todavía no llegaba. Cada quince días subíamos a Londres, bajábamos con varias maletas llenas de discos, los vendíamos y volvíamos a empezar. Luego llegó el CD y el vinilo cayó en picado. Yo no quise seguir ese camino y decidí centrarme en conciertos, giras, producción y logística, algo que ya conocía bien después de tantos años trabajando en la noche. ¿Qué te hizo volver al mundo de las tiendas de discos? Hace unos cinco años cogimos un local en la calle Borrell, delante del Mercat de Sant Antoni. Yo todavía conservaba cajas de vinilos de la antigua tienda guardadas en un almacén y pensé: “aunque sea para quitármelos de encima, los pongo en el escaparate y listo”. Pero la sorpresa fue que el vinilo estaba volviendo. No solo se vendía lo que tenía guardado desde hacía años, sino que la gente empezaba a pedirme más cosas: más funk, más hip hop, discos concretos. Ahí vi que quizás podía volver a funcionar. Nosotros seguíamos con conciertos y eventos, pero poco a poco empezamos a comprar más discos. La oficina iba cada vez más hacia atrás y la tienda cada vez ocupaba más espacio, hasta que prácticamente se convirtió en una tienda de discos con la oficina en la trastienda. Como el local estaba en una zona muy transitada, veía que la gente se quedaba horas mirando discos y pensé: “¿por qué no servir también cafés o cervezas?”. Entonces conseguimos una licencia de espacio cultural y empezamos a hacer sesiones de DJs y pequeños eventos musicales por las tardes. Al final el espacio se nos quedó pequeño y en Navidad decidimos mudarnos aquí. ¿Y cómo encontrasteis este local? Este local era una antigua escuela de música, está insonorizado y tiene tres plantas, así que encajaba perfectamente con la idea que teníamos. Ahora estamos preparando el sótano como un espacio polivalente para unas 200 personas, con un pequeño escenario para conciertos y actuaciones, siempre intentando mantenernos fieles a los estilos de la tienda. La idea no es abrirnos a todo y hacer cualquier cosa, sino completar el círculo del proyecto. Yo empecé siendo DJ y mira dónde hemos acabado, así que nunca sabes dónde puede terminar esto. Pero prefiero hacer lo que conozco y lo que realmente me gusta. Como no conozco el mundo del rock o de la música clásica, prefiero no fingir que sé de ello. ¿Cómo empezó tu conexión con este tipo de música? Todo empezó en un local donde trabajé y que después acabó siendo mío. En aquella época, en Barcelona no existían clubs especializados como en Londres. Aquí un DJ ponía de todo: funk, house, disco, lentas, incluso música española. No había una cultura de escenas tan definida. La zona del Paral·lel ya tenía cierta conexión con la música negra gracias a salas como Studio 54, una de las pocas franquicias europeas del mítico club neoyorquino, donde empezaban a llegar discos importados de Estados Unidos. Pero aun así, casi todo seguía siendo una mezcla de estilos. Yo trabajaba en diferentes discotecas hasta que me llamaron para pinchar en un after hours muy distinto a lo habitual. Todos los afters eran de música electrónica, pero este estaba centrado en música negra, hip hop, soul y R&B. La gente venía después del trabajo, no para seguir destruyéndose, sino para relajarse un poco antes de irse a casa. ¿Cómo empezó a crecer esta escena en Barcelona? Como entonces no había internet y esta música apenas llegaba aquí, se creó una comunidad muy especial alrededor de ese sitio. Venían bailarines, DJs y gente de otros clubs que escuchaban allí la música que realmente les gustaba, aunque no pudieran ponerla en sus locales. Aquello me impactó muchísimo. Me metí de lleno en esa escena y decidí que quería dedicarme exclusivamente a esa línea musical. Poco después, un promotor que frecuentaba aquel after me propuso abrir un club centrado en ese sonido. Ese local terminó siendo el Jamboree. Durante los primeros años estaba lleno cada noche, prácticamente sold out todos los días durante dos o tres años. Ayudó a que empezaran a aparecer más bares y clubs dedicados al hip hop, el R&B y la música negra en Barcelona. Ahí fue cuando la escena empezó realmente a crecer. ¿Cómo influye tu gusto musical en la filosofía de la tienda? Al final el trabajo ocupa una gran parte de tu vida, así que siempre he pensado que, si puedes dedicarte a algo que realmente te gusta, trabajas con más ganas, amor y dedicación. Como yo empecé pinchando este tipo de música, decidí construir la tienda alrededor de eso, de lo que conozco y entiendo de verdad. Mucha gente me dice que debería abrirme a otros estilos, y seguramente lo haría si tuviera los recursos para contratar a personas especializadas en rock, pop o cualquier otro género. Pero prefiero no fingir conocimientos que no tengo. Hay bandas de rock que me gustan, claro, pero no es algo que me apasione ni a lo que quiera dedicarle energía ahora mismo. ¿Cómo nació Jazztrónica? La idea nació un poco siguiendo la misma filosofía de la tienda. En aquel momento no existía en Barcelona ningún festival dedicado realmente a la música negra. Había proyectos como Hypnótica, donde colaboré varios años con gente que después acabaría montando Curtis o Salvadiscos, pero seguía siendo una escena muy centrada en el hip hop nacional. Por ahí pasaron artistas como Afrika Bambaataa, Falsalarma o Violadores del Verso. Nosotros queríamos hacer algo más amplio, incluyendo estilos conectados con esa tradición como el jazz, el soul o el disco. Además, tampoco tenía sentido hacer un festival exclusivamente de hip hop, porque aquí no mueve lo mismo que en Estados Unidos. La idea era crear algo más grande que una simple fiesta en una discoteca: un festival al aire libre, de día, con mercadillo, comida y un espacio donde la gente pudiera pasar toda la jornada alrededor de la música. ¿Cuándo sentiste que Jazztrónica se había convertido en algo real? Nos ha pasado muchas veces, porque siempre hemos hecho las cosas más por amor que por dinero. Muchas veces apostamos por artistas que no son rentables simplemente porque nos gustan y creemos que aportan algo a la comunidad. Nuestra filosofía nunca ha sido traer al artista más fácil o más barato, sino construir cada edición con alma, intentando que la gente note ese cariño y esa intención detrás del festival. Pero si tengo que elegir un momento, diría Roy Ayers. Lo trajimos a una edición que hicimos en una nave de Poble Nou y aquello fue espectacular. Ahí me di cuenta de que estábamos haciendo algo importante, porque entre el público estaban prácticamente todos los músicos de Barcelona: gente del jazz, DJs, artistas de diferentes escenas… No era el típico concierto. Además, había un público súper diverso: desde músicos veteranos hasta familias, punks o turistas que simplemente habían visto que Roy Ayers tocaba en la ciudad. Todo el mundo estaba allí por la música y por la experiencia que se había creado alrededor. Ahí pensé: “vale, estamos haciendo algo especial”. Aunque económicamente haya sido siempre complicado, ese concierto fue uno de esos momentos que te confirman que el proyecto tiene sentido. ¿Si el dinero no fuera un límite, hasta dónde te gustaría llevar Jazztrónica? Muchísimo más lejos. Hay muchos artistas que giran por Europa pero nunca pasan por España, y eso demuestra que aquí todavía falta una conexión más fuerte con este tipo de música. Aun así, creo que Barcelona es probablemente la ciudad más preparada para algo así. Tiene una mezcla cultural y una escena musical que no encuentras fácilmente en otros lugares de España, incluso comparada con Madrid. Si el presupuesto no fuera un problema, me encantaría traer artistas como Lauryn Hill, D’Angelo o Erykah Badu. Pero la realidad es que ese tipo de artistas se mueven dentro de circuitos enormes gestionados por multinacionales. Cuando trabajas a esa escala, hay millones de por medio y las cosas funcionan de otra manera. Nosotros nunca hemos trabajado así. No con la idea de ganar dinero, sino con el deseo de vivir esa experiencia y disfrutarla. ¿Y cómo ves los cambios de la escena del vinilo en Barcelona? Me encanta cómo ha evolucionado la escena. Cuando yo empecé a comprar discos, casi todas las tiendas vendían prácticamente lo mismo: música muy comercial, lo que funcionaba en ese momento. Al final eran como pequeñas sucursales del FNAC o El Corte Inglés. Había muy pocos sitios especializados y casi nadie apostaba por estilos como el hip hop, el funk, el reggae o el soul. Además, sin internet ni acceso fácil a importaciones, dependías completamente de lo que las tiendas decidían traer. De alguna manera, eran ellas las que decidían qué sonaba en los clubs de Barcelona. Ahora es justo al revés, y me parece fantástico. Existen tiendas especializadas para cada escena: electrónica, jazz, soul, hip hop, rock… La gente ya no va simplemente a ver “qué hay”, sino a buscar exactamente lo que le interesa. Tiendas como Discos Paradiso, Discos Redondos, Revolver o incluso proyectos pequeños como La Crema demuestran que el vinilo vuelve a estar vivo en Barcelona. Y eso también se nota en bares, kioscos o cafeterías que empiezan a incorporar pequeños espacios para vender discos. Para mí, lo más importante es que ahora el público tiene la capacidad de elegir. ¿Te consideras coleccionista o siempre has tenido una relación más práctica con los discos? Yo diría que no, aunque tengo miles de discos. La última vez que conté eran unos 18.000, pero nunca los compré pensando en coleccionar, sino en trabajar y en escuchar música. Respeto mucho el coleccionismo, pero hay una parte muy obsesiva que no comparto. Hay gente que busca la primera edición japonesa, la segunda reedición, versiones rarísimas… y me parece perfecto, pero para mí el valor está en la música, no en acumular variantes del mismo disco. Muchas de las primeras ediciones que tengo ni siquiera las busqué: simplemente las compré en su momento, cuando salieron. A veces abro una caja años después, descubro un disco y pienso: “hostia, no me acordaba de que tenía esto”. Luego miras y resulta que ahora vale dinero o que es una primera edición. Pero nunca he sido de perseguir discos solo por el fetiche de tener una versión concreta. Si el disco suena bien, para mí ya cumple su función. Henry Rollins habla de discos “proteína” y discos “carbohidrato”: música que escuchas para expandirte y música que escuchas para relajarte. ¿Cuáles serían los tuyos? Aquí sí que soy bastante ecléctico. Muchas veces en estas entrevistas todo el mundo dice que creció escuchando jazz o Motown en casa y que por eso terminó haciendo cierta música. Puede ser verdad, pero a veces también suena un poco a respuesta demasiado buscada. En mi caso, simplemente crecí escuchando de todo. Entonces, pensando en lo de Henry Rollins, cuando necesito algo más “proteína” no escucho jazz ni hip hop: me pongo Rage Against the Machine, Prodigy, Fatboy Slim o Front 242. Y para relajarme también puedo escuchar de todo: jazz, hip hop tranquilo, pero también Phil Collins, Swing Out Sister, Level 42 o Dire Straits. Hay gente que se sorprende de que alguien tan asociado al hip hop escuche esas cosas, pero para mí la música cumple funciones distintas según el momento. A veces quieres relajarte, otras desconectar, activarte o incluso ponerte triste. La música es una herramienta para llegar a otro estado, por eso nunca he sido demasiado radical con los estilos. Siguiendo con la idea de los discos “proteína”, ¿hay algún álbum que creas que todo el mundo debería escuchar al menos una vez? Hay muchísimos. Al final depende mucho de la persona y del momento en que escuches un disco. Yo puedo recomendar algo que para mí es increíble y otra persona puede escucharlo y pensar: “vaya mierda”. Y al revés también me pasa a mí. A veces simplemente no estás preparado para conectar con cierta música. Pero si hablamos de hip hop, diría que cualquiera de A Tribe Called Quest. Especialmente Midnight Marauders. Es un disco que para mí lo tiene todo: canciones bailables, temas que funcionaban en clubs y al mismo tiempo muchísimo contenido musical. Me lo sé prácticamente de memoria. Y luego hay muchísimas cosas más: Lauryn Hill, Angie Stone, Rahsaan Patterson, Omar… todo ese universo del neo soul también me ha marcado mucho. ¿Cómo ves el futuro de la tienda? Para mí este proyecto es una evolución natural de todo lo que he hecho hasta ahora. Y aunque suene un poco viejo decirlo, casi lo veo como mi retiro: dejar de viajar constantemente con giras y producciones para asentarme en Barcelona. La idea no es dejar de trabajar con artistas, sino conseguir que los artistas vengan aquí en lugar de ser yo quien tenga que irse constantemente fuera. Por eso estamos preparando la planta de abajo como una sala para unas 200 personas, donde podamos hacer conciertos, sesiones y eventos más íntimos. Hace poco organizamos un concierto de Brian Jackson, el teclista de Gil Scott-Heron, e hicimos dos pases completamente llenos. Ese era precisamente el tipo de evento que imaginábamos para este espacio. Después de pasar tantos años viajando, incluso el año pasado me pasé nueve meses de gira con una banda internacional enorme de rock. He llegado a un punto en el que prefiero estar en mi casa, con mi familia y centrado en este proyecto. La idea es que todo conviva aquí: la tienda, los conciertos y también la parte formativa. Arriba tenemos aulas donde hacemos talleres de DJ, producción y sampling. Ahora quiero dedicarle el cien por ciento de mi energía a esto. Bueno, espectacular, muchas gracias. DILLA sigue creciendo y ampliando el concepto de lo que puede ser una tienda de discos. Si estás en Barcelona, síguelos y mantente al tanto de los próximos talleres, fiestas y sesiones de DJ en el nuevo espacio que están renovando. Pere me enseñó rápidamente la planta de abajo y tiene pinta de convertirse en un lugar muy especial para cualquiera que disfrute del hip hop, el soul, el jazz y todo lo que hay entre medias. Según me explicó, la idea es abrirlo con un concepto tipo speakeasy: una tienda de discos en la entrada y un club clandestino escondido en la parte de atrás. Tengo muchas ganas de volver y, si vivís en Barcelona o estáis de paso por la ciudad, es muy probable que me encontréis por DILLA más pronto que tarde. Mientras tanto, no os olvidéis de suscribiros para no perderos la próxima entrevista de Record Storey. Habrá más entrevistas en Barcelona, per también en otros países, así que aún queda mucho por descubrir! This is a public episode. If you would like to discuss this with other subscribers or get access to bonus episodes, visit digginit.substack.com

Showing 1–8 of 8 episodes