Skip to content
Artwork for Akademia Płodności

Akademia Płodności

Akademia Płodności

Cześć, tu Ania i Zosia. Od ponad 10 lat układamy diety płodności, które pomogły spełnić marzenia o rodzicielstwie tysięcy osób. Otulamy wsparciem tych, którzy wciąż czekają – bo wiemy, jak smakuje widok 1 kreski na teście ciążowym i jak wielkie znaczenie ma czuła obecność kogoś, kto naprawdę rozumie jak „tam” jest.

Play
  • 22 episodes
  • Avg 33 min
  • Polish
Counted on this page — what you have heard stays on this device, so it is not something the list can be paged by.
  • Thursday · 23 min

    #111 Rzeczy, które robiłyśmy niechętnie podczas starań, a później byłyśmy za nie wdzięczne

    Są takie rzeczy, na które podczas starań kompletnie nie miałyśmy ochoty. Wyjazdy, spotkania, wydawanie pieniędzy na coś „niepotrzebnego”, wpuszczanie innych ludzi do naszego świata. Wtedy najchętniej zostałybyśmy w domu i skupiły się tylko na jednym celu. Dziś wiemy, że niektóre z tych momentów były nam bardzo potrzebne. W tym odcinku opowiadamy o rzeczach, do których czasem trzeba było nas wręcz namawiać, a za które później byłyśmy naprawdę wdzięczne, bo na chwilę przypominały nam, że poza staraniami nadal istnieje życie. Plan odcinka Wyjazdy, na które kompletnie nie miałyśmy ochoty Dlaczego tak trudno było „odpuścić” choć jeden cykl Odkładanie życia na później podczas starań Wpuszczanie bliskich w temat starań i przyjmowanie ich wsparcia Małe rytuały, które pomagały nam przechodzić przez trudne wizyty Rzeczy, do których ktoś musiał nas namówić, a za które później byłyśmy wdzięczne Znajdziesz nas również tutaj: Podcast VIDEO SPOTIFY Ania: Cześć, tu Ania i Zosia. Zosia: Wspólnie tworzymy Akademię Płodności. Miejsce, w którym towarzyszymy Wam podczas starań. Ania: Dzień dobry, dzień dobry. Witamy się w kolejnym podcaście. Zosia: Witam i ja. Przybyłam do Was dzisiaj znowu z Anną. Ania: To ja. Zosia: Moim ziomalem, moim współlasem, a dzisiaj moją partnerką do rozmów wszelakich, które toczymy razem od dekady. I te rozmowy przechodzą różne metamorfozy. I dzisiaj zapraszamy Was do kolejnej naszej rozkminy na tematy okołostaraniowe, bo doszłyśmy do wniosku z Anią, że są takie rzeczy, które robiłyśmy podczas starań bardzo niechętnie. W ogóle nie miałyśmy na nie ochoty, wręcz się czasami do nich zmuszałyśmy, a po jakimś czasie stwierdzałyśmy, że to było bardzo dobre, że jednak się do tego zmusiłyśmy. I chcemy Wam dać dzisiaj zalążek tego, bo może okaże się, że w Waszym życiu też Wam się nie chce czegoś robić teraz, obecnie, w tym momencie, a potem, jak to zrobicie, to za jakiś czas pomyślicie sobie: w sumie dobrze, na przykład, że nie zostałam wtedy w domu. Ania: I to chcę powiedzieć, że my tak patrzyłyśmy już dawno, dawno temu na te rzeczy, które się działy. Nawet jeszcze podczas starań. Zosia: W sensie, że wtedy nam się nie chciało. Ania: Tak, że nie chciało się, ale jak minął jakiś tam czas, nie wiem, od tego wydarzenia… Zosia: To wciąż byłyśmy staraczkami, ale wdzięcznymi za ten moment, rozumiem. Czyli nie musiało upłynąć 10 lat, żebyśmy się poczuły wdzięczne za to, co wtedy zrobiłyśmy. Czego Ci się nie chciało podczas starań, Anna, a potem byłaś za to wdzięczna, że to zrobiłaś? Ania: Podczas starań takich rzeczy dużo mi się nie chciało, bo nie miałam wtedy na to głowy, mózgu i przestrzeni. I chęci przede wszystkim. Więc chciało mi się tylko jeździć do lekarzy. A mój mąż próbował właśnie wyrywać mnie z tych starań. On miał takie zadanie. Zresztą też w jednym z naszych podcastów, nie wideo, a wcześniejszych, wspominał o tym, że on próbował, bo on się sam dusił w tym wszystkim. Więc myślał, że jak będziemy gdzieś robić jakieś różne wypady, no to to pozwoli mi wyjąć mózg ze starań. Tak się oczywiście nie działo, bo ciężko jest wyjąć mózg podczas starań. Dosłownie chciałoby się wyjąć mózg, żeby odciąć te myśli, bo biorąc go wszędzie ze sobą, bierzemy ten ogromny bagaż. Natomiast był taki jeden wyjazd, który pamiętam do tej pory i naprawdę go wspominamy. I on był takim wyjazdem niskobudżetowym. No, tam gdzieś u jakiejś takiej kobiety wzięliśmy sobie nocleg, ale jak chodzisz po górach, to nie ma znaczenia, bo idziesz tam tylko spać. I był to wyjazd, na który nie miałam ochoty, ponieważ byłam po poronieniu i chciałam się zamknąć w domu. Więc byłam przymuszona przez mojego męża, który stwierdził, że to będzie świetnym pomysłem. A teraz myślę sobie — i zresztą nie tylko teraz, bo jak upłynął już pewien czas od tego poronienia, też tak myślałam — że to była bardzo dobra decyzja. Na chwilę. Na odcięcie. Na samo pójście pod górę i zmęczenie się. Pozwoliło na chwilę odetchnąć, no bo wtedy łapiesz oddech. I było, pamiętam, tak zimno. To ciało dostaje innych bodźców troszeczkę niż siedzenie w domu i myślenie. Pomimo tego, że naprawdę nie chciało mi się tam jechać, jestem wdzięczna za to, że on mnie wtedy wyrwał. Pamiętam, że szłam i jak było już płasko, to płakałam. Płakałam i jednocześnie pamiętam ten wiatr na samej górze. I pamiętam to zimno, jak siedziałam skulona. Już wtedy nie płakałam, bo było mi tak zimno. Pamiętam, jak mój mąż wszedł na sam czubek góry. Nawet mam takie zdjęcie, jak stoi przy znakach. Natomiast byłam mu wdzięczna, że pomimo mojego ogromnego niechcenia i naprawdę… Ja tam jechałam bez entuzjazmu. Ale pojechaliśmy. Zosia: Zabrałaś mózg w plecak? Ania: Zabrałam mózg, tak. Zabrałam mózg i poszłam. Ale byłam w innym miejscu. Zosia: Rozumiem. Ania: Byłam w innym miejscu, ale w domu byłabym bardziej… Zosia: Mhm. Ania: Bo w domu nic by mnie nie odcięło od myśli, a tam chociaż na chwilę. Na cokolwiek. Spojrzenie gdzieś tam, przestrzeń. Zosia: Więc warto się czasami zmusić. Ania: No, wtedy jak mnie zmuszał, to tak. Zosia: Nie chciało się. Ania: Nie chciało się. Ale później… To był smutny wyjazd, ale bardzo potrzebny. A Ty? Zosia: Ja pamiętam wyjazd, który był dość przełomowy, bo na nim zrodził się w mojej głowie pomysł projektu Żyćko. I pamiętam też, że na ten wyjazd… Może nie tyle nawet, co ja nie chciałam jechać, bo pewnie w innych okolicznościach życia pojechałabym pierwsza albo może nawet go zorganizowała. Ale pamiętam, jak moje psiapsi zorganizowały wyjazd do Florencji. I było to w okresie starań, naszych takich regularnych wizyt u lekarza, chodzenia dodatkowo na terapię. Więc to było takie po prostu, wiecie, wszystkie siły na pokład aktualnego leczenia ran niepłodnościowych plus aktywnych starań na zasadzie: może to będzie ten cykl. I pamiętam, że ciężko mi było sobie w głowie pozwolić na to, że, no, po pierwsze stracę ten cykl. Bo polecę tam w newralgicznym momencie okołoowulacyjnym. Więc trochę szkoda, nie? Bo może to akurat byłoby to. A po drugie, że chociaż to był wyjazd organizowany bardzo budżetowo, no to jednak to było te kilka stówek, które można było poświęcić na coś w stylu leki, na coś w stylu suplementy, na coś w stylu, rozumiesz, jakieś inne biododatki do żywności, które może akurat zaskoczą. Bardziej chyba po prostu sama siebie sabotowałam w głowie, że jeszcze będzie czas na takie wyjazdy. W tym momencie są inne priorytety w życiu i fajnie by było nie marnować energii całej na jakieś takie frywolne rzeczy jak wyjazd ze znajomymi. To nawet nie jest wyjazd z Twoim mężem, tylko po prostu wyjazd z kumpelami. I Dudek był jedną z osób, które mnie wręcz do tego zachęcały. Żebym pojechała, żebym poleciała, że to jest dobry pomysł. „No, życie się nie skończy tutaj teraz. To nie jest tak, że masz ten cykl i nic więcej. Pojedź. Naprawdę dawno nie byłaś. Może Ci to pomoże przewietrzyć głowę”. I pojechałam. I to nie było tak, że od pierwszego momentu czułam się free, ale pamiętam taki moment tam, w którym byłam tak realnie wzruszona i tak bardzo wdzięczna za to, że tam jestem. I tego momentu już nigdy nie zapomnę. On wyglądał trochę filmowo, bo schodziłyśmy akurat sobie z takiej góry. Pojechałyśmy tam razem, w to miejsce. Tam się tak podchodziło pod górę. Ania: Fajnie by było, jakby można było pokazać ten filmik teraz. Zosia: Bo Ty wiesz, o czym ja powiem. I tam był taki koleś, który zmontował sobie takie urządzenie do puszczania baniek mydlanych. Moczył taką wielką taśmę z wieloma dziurami i przy jednym pociągnięciu tą taśmą robił, wiecie, setki tych baniek. I one tak sobie spadały z tej góry, więc schodziłyśmy w otoczeniu tych baniek mydlanych. No to wyglądało jakoś irracjonalnie, jak jakiś po prostu kadr z filmu. I pomyślałam sobie, że to są takie właśnie mikromomenty, mikrozachwyty, które ja chcę wyrywać. I wtedy sobie właśnie pomyślałam, że musi powstać coś takiego jak projekt Żyćko, bo nie da się tak żyć cały czas tymi staraniami. Gdzie z tych lat w życiu pamiętasz tylko czarną otchłań i na nic sobie nie pozwalasz sama. I to był odkrywczy wyjazd dla mnie. I jestem tak bardzo wdzięczna im, że one to zorganizowały i że się nie poddały w namawianiu mnie. I mojemu mężowi, który powiedział, że to jest dobry pomysł, że to było bardzo rozsądne wtedy. I taki punkt zwrotny trochę w moich staraniach. Więc na pewno jestem bardzo wdzięczna za to, że sobie pozwoliłam przez chwilę nie robić czegoś na 102% w tych staraniach. A potem, no paradoksalnie, okazało się, że to zrobiło więcej dla moich starań niż może ten kolejny cykl, który bym podjęła. Wiesz, takie przewietrzenie głowy Ania: Ciężko jest rezygnować z cyklu. Zosia: Bardzo. I pewnie gdyby ktoś mi o tym powiedział tak na zasadzie, wiesz, powiedział mi taką historię, to może trochę traktowałabym to tak jak te teksty w stylu: „Pojedź na wakacje, to się uda” albo „Odpuść, to się uda”. Gdzie sama u siebie oszukiwałam, że nie wiem, który jest dzień cyklu, że w sumie to tego nie kontroluję, wiedząc dokładnie, w którym momencie cyklu jestem. Może gdyby to było wyreżyserowane, może gdyby opowiedziała mi o tym jakaś laska, to oczekiwałabym tego samego. Że to zadzieje się w moim życiu po takim właśnie wyjeździe, na który sobie pozwolę i nie będę żałować kasy. Nie da się przedstawić gotowego scenariusza na to. U mnie to był akurat taki wyjazd. U mnie kliknęło wtedy, może dlatego, że w ogóle totalnie się tego nie spodziewałam. Nikt mi nie opowiedział takiej historii, że to może wtedy się udać. Może po prostu ten filmowy moment i ten taki mikrozachwyt tym… Ania: Może już miałaś dość wszystkiego. Zosia: Może dotknęłam dna, dokładnie. Ania: I koniec. Już się nie dało dalej. Zosia: Może. Chodzi mi tylko o to, że to jest ta rzecz, za którą jestem wdzięczna. Jednocześnie wiem, że tego się nie da odtworzyć w Waszych życiach. Że to nie zadziała zawsze tak, że teraz zabukujecie budżetowy wyjazd do Florencji i pójdziecie na to samo wzgórze, i będziecie czekać na te bąbelki, i to jest ten moment, w którym kliknie też w Waszych życiach. Rozumiesz? To może być wyjazd albo nawet nie wyjazd. To może być cokolwiek, na co sobie pozwolicie, czego nie chcecie robić teraz, bo nie macie na to przestrzeni. A kiedy sobie na to pozwolicie z taką otwartością serca, to się okaże, że to tak bardzo przewietrzyło tę zatęchłą głowę, że po prostu wniosło w te starania o wiele więcej niż kolejny cykl robiony na te 102%. Bo te 102%, które Wy sobie sami dajecie w skali, mogą się okazać po prostu tak wycieńczające dla Waszego organizmu, że gdyby on miał zrobić jakiś przegląd tego, to by powiedział: „Stara, nie wysypiasz się, jesteś w ciągłym stresie, pijesz za dużo energoli i pozwalasz sobie wyskoczyć na fajkę z koleżanką, bo Cię to ma odstresować. Ale to jest jedna fajka, wcześniej paliłaś całą paczkę”. Że sorry, no Tobie się wydaje, że ogarniasz to na 102%, a jesteś po prostu w takim permanentnym stresie, że nie dajesz mi odsapnąć nawet na moment. I nie oceniam tego tak, jak Tobie się wydaje, że to oceniam. Ania: Co jeszcze? Może teraz ja powiem. Zosia: No super, bo ja jestem ciekawa w sumie. Ania: Nie żałuję… Właściwie to nie ja może bardziej, ale mój mąż wprowadził moją teściową w nasze starania. I wdzięczna jestem za to, bo może nie wprost, ale czułam, że ona jest gdzieś tam obecna i wspierająca. No raczej kryłam to wszystko przed wszystkimi i nie rozmawiałam na ten temat. Natomiast w rodzinie mojego męża inaczej się troszeczkę funkcjonuje. Wręcz tam, zanim ja powiem: „Tylko tego nie mów może”, to on już to powiedział. No więc jest zupełnie inny mental niż w domu, z którego ja wyszłam. I właściwie byłam wdzięczna za to, że otworzył się na to, bo między słowami czułam, że ona nam kibicuje. Nie musiałyśmy rozmawiać. Może ja byłam zamknięta na takie rzeczy. Bardziej wolałam się zhermetyzować w naszym mieszkaniu, a właściwie w teściowej mieszkaniu. To było spoko. Wdzięczna byłam za to. To było naprawdę takie… Na tej drodze, kiedy czułam się naprawdę beznadziejnym człowiekiem i niewystarczającą synową, to dawało mi taką jakąś miłość i ciepełko. Zosia: Prawda taka jest też, bo miałam przyjemność poznać Twoją teściową i spędzić z nią nawet kilka imprezek rodzinnych, że w życiowej loterii wylosowała Ci się fajna teściówka, nie? Ania: No tak, tak. To trzeba powiedzieć. Zosia: Nie żeby moja się wylosowała słaba, bo ja też mam bardzo fajną teściową, na zupełnie inny sposób wspierającą. Bo w okresie starań na pewno nie byłabym w stanie wyartykułować aż tylu pozytywnych słów w jej stronę. Z biegiem czasu człowiek nabiera pokory do wielu rzeczy. Natomiast tak sobie myślę, że jak po drugiej stronie nie wylosowała się fajna teściowa, to nie musi to przynieść takiego samego efektu. Ania: No wiem, wiem właśnie. Dlatego mówię, że no ja mam zarówno jedną stronę… Moi rodzice też są wspierający na swój własny sposób, tak? Gdzieś tam wyrażają inaczej tę miłość. I chcę powiedzieć, że akurat mój mąż miał takie relacje i tak to gdzieś się potoczyło. Zdaję sobie sprawę, że nie każdy ma takie połączenie. Wiem z tego, co też piszecie do nas, że różnie się potoczy ta sytuacja. Na przykład my miałyśmy taki podcast: „Komu powiedzieliście podczas starań?”. Zosia: Tak, tak. Ania: I te historie, które wtedy napływały do nas, były różne. Niektóre były takie, że to było dobre posunięcie, a niekiedy wręcz to nie był dobry krok, bo lepiej było to zostawić dla siebie i tak się lepiej czuliście. Więc zdaję sobie sprawę, że może być różnie. Zosia: Tak. Plus okazywało się w trakcie na przykład, że osoby, z którymi decydowaliście się podzielić tym osobistym doświadczeniem, które teraz się dzieje, totalnie nie spełniły Waszych oczekiwań. Założyliście, że to jest dobry człowiek do powierzenia tej informacji, a tam działy się przeróżne rzeczy. To zostawało na przykład wyjawione dalej, mimo że prosiliście o dyskrecję. No, mnóstwo scenariuszy. Więc na dwoje babka wróżyła albo na sto babka wróżyła, bo to się może rozegrać przeróżnie. Ja Wam opowiem na koniec o jednej rzeczy dość małej, ale która zrobiła mi minimalnie dobre wspomnienia z okresu starań. Polegało to na tym, że jak jeździliśmy na wizyty do lekarza prowadzącego, który prowadził nas przez dłuższy czas i miał swój gabinet w Warszawie — i to nie były takie częste wizyty jak na przykład monitoringi, na które jeździłam często do Lublina co drugi, trzeci dzień, tylko one się odbywały, powiedzmy, raz w miesiącu — to zawsze łączyliśmy to z dobrym jedzeniem na mieście. Żeby ten wyjazd do Warszawy nie kojarzył się tylko z wyjazdem do lekarza, tylko jeździliśmy sobie też coś dobrze zjeść. I powiem Ci, że pamiętam, bo to była zazwyczaj jedna knajpa, która była najbliżej tej kliniki leczenia niepłodności, w której wtedy się leczyliśmy. Oni mieli takie fajne menu, że w poniedziałek było co innego, we wtorek było co innego. W czwartek, pamiętam, były świeże mule i fajnie było wylosować wizytę wtedy. Często trafiałam do tego miejsca, przy tych różnych stolikach. I pamiętam to z takimi szczegółami. Pamiętam, jak wyglądał serwetnik, pamiętam, jak wyglądał młynek, rozumiesz, rozmieszczenie na stole. Tak jakby ten moment był traumatycznie zły, bo na przykład wychodziliśmy z wizyty i dowiadywaliśmy się kolejnych fatalnych rzeczy. Pamiętam skonsternowanie kelnera, kiedy przyszedł, i Dudek jakby po prostu próbował wytłumaczyć, że wszystko jest okej, panujemy nad sytuacją. Po prostu w tym momencie ja potrzebuję przestrzeni na to, żeby sobie popłakać. I wiesz, no teraz wydaje się to może… Nie chcesz być w restauracji, w miejscu publicznym i płakać, gdzie ludzie się po prostu patrzą na Ciebie i jesteś w bardzo niekomfortowej sytuacji. A ja byłam bardzo potem wdzięczna za to, że właśnie nie uciekłam do fury i tam płakałam całą drogę powrotną. Tylko że pozwoliłam sobie na to, żeby wyrwać cokolwiek. Bo potem finalnie, po pięciu minutach płaczu, wycierałam nos i jadłam jedzenie, które myślałam, że w tamtym momencie mnie nie cieszy, a potem sobie myślałam wieczorem, że kurde, super, że zjedliśmy te kalmarki, nie? Nie zawsze to było tak dramatycznie. No, to akurat pamiętam tę jedną najgorszą wizytę. Czasami to były takie po prostu wizyty, które zazwyczaj nie należały do najprzyjemniejszych, ale też nie zawsze były traumatycznie złe. Natomiast to, że pozwalaliśmy sobie na to, żeby wydać kasę na jedzenie w knajpie, było super, uważam. I to jest taka jedna z rzeczy, które… No, niewiele pamiętam pozytywnych rzeczy podczas starań, a to, że jeździliśmy na dobrą szamkę, pamiętam. Ania: Ja się podepnę pod Twoje wspomnienie jeszcze, bo mam dokładnie takie samo wspomnienie. I wiecie, że tej knajpy już nie ma w tym miejscu. W sensie ona jest, zmieniła lokalizację. I też mieliśmy jedną knajpę po drodze, bo była blisko, więc musieliśmy szybko zawijać przed korkami do Warszawy, żeby nie utknąć i zawsze zajeżdżaliśmy tam, jak Michał jeździł ze mną. Nie zawsze tak było oczywiście, bo jeździłam też pociągiem do Warszawy, ale jak jeździł ze mną samochodem, to zajeżdżaliśmy sobie. I przez tyle lat wspominamy to: „A pamiętasz, jak jeździliśmy do Samiry?”. I też jestem za to wdzięczna. I też mój mąż namawiał do tego, żeby zajechać. Zosia: Za takie rytuały. To taki wspólny małżeński rytuał. Ania: Ale nawet nie było tak, że ja miałam ochotę tam jeździć. On po prostu też lubił tam, miał jakieś takie wspomnienie ze studiów. I trochę mnie tak namawiał do tego: „Dobra, chodź, zajedziemy. Chodź, zajedziemy”. No i tak zajeżdżaliśmy zawsze i właściwie to się stało naszą taką tradycją troszeczkę. Zosia: No właśnie mówię. Tworzenie swoich własnych rytuałów. Ania: To weszło w naszą historię życia. To będzie zawsze ta knajpa, do której jechaliśmy z kliniki i zajeżdżaliśmy. To będzie zawsze ta knajpa. To zostaje jako wspomnienie z moim mężem. Zosia: To prawda. Ania: Ale wtedy wcale tak na to nie patrzyłam, no. Zosia: No. Można było wrócić szybciej do swojej norki bezpiecznej, prawda? Którą dobrze znasz i… Ania: Natomiast wdzięczna jestem za coś miłego. Zosia: Ja teraz z perspektywy czasu też. I zostawiamy Was z tym przemyśleniem, bo tak jak obie z Anią wspominamy, to bardzo często były rzeczy, na które totalnie nie miałyśmy ochoty. Totalnie. Wręcz czasami miałyśmy ochotę się skryć, schować. A potem z perspektywy czasu potrafiłyśmy to docenić i stwierdzić, że to zrobiło wiele dobrego w naszym życiu. Więc może Wy znajdziecie taką rzecz. Bo to też nie zawsze będzie tak, że Wasza głowa sama to zauważy. Bo zobaczcie, do części z tych rzeczy musiały nas zmobilizować, czasami troszkę wypchnąć kopniaczkiem osoby z zewnątrz. Nie w Was musi się zrodzić taka myśl, że może właśnie teraz to, to coś… Ania: Posłuchać osób trzecich. Zosia: Właśnie. Posłuchać osoby trzeciej, której propozycja może na początku nie wydaje Wam się jakoś super sexy. Nie ta osoba, tylko ta propozycja. Ale potem, jak to zrobicie, to przyjdzie taka refleksja, że: no fajnie. W sumie naprawdę dobrze, że nie zostałam wtedy w domu. Ania: Dziękujemy za wysłuchanie i oglądanie naszego podcastu. Do zobaczenia w następnym odcinku. Zosia: Do zobaczenia. Artykuł #111 Rzeczy, które robiłyśmy niechętnie podczas starań, a później byłyśmy za nie wdzięczne pochodzi z serwisu Akademia płodności.

  • August 21 · 25 min

    #110 Czy można być jednocześnie wdzięcznym i nieszczęśliwym podczas starań?

    Podczas starań, kiedy niepłodność zajmuje tak dużo miejsca, wszystko inne zaczyna tracić znaczenie. Masz obok siebie kochającego człowieka, dom, bliskich, pracę, małe rzeczy, które kiedyś sprawiały Ci radość, a mimo to coraz trudniej je dostrzec i naprawdę się nimi cieszyć. A może zadajesz sobie pytanie „Przecież mam tyle dobrego, więc dlaczego nadal jestem nieszczęśliwa?”. W tym odcinku porozmawiamy o tym, czy można jednocześnie czuć wdzięczność za swoje życie i ogromny smutek z powodu tego, czego tak bardzo w nim brakuje. Plan odcinka Dlaczego podczas starań tak łatwo przestać zauważać to, co w naszym życiu dobre. Dwa światy, które mogą istnieć jednocześnie: wdzięczności i ogromnego smutku. Wiadomości o ciąży innych. Niepłodność wtórna i emocje kobiet, które mają już dziecko, ale starają się o kolejne. Porównywaniu swojego życia z życiem innych. Wieczór wdzięczności – odzyskanie kilku minut, które nie należą do niepłodności. Znajdziesz nas również tutaj: Podcast VIDEO SPOTIFY Ania Mazur Gajo Cześć, tutaj Ania i Zosia. Zosia Mazurek Dudek Wspólnie tworzymy Akademię Płodności. Miejsce, w którym towarzyszymy Wam podczas starań. Ania Mazur Gajo Dzień dobry, dzień dobry. Witamy w kolejnym podcaście. Zosia Mazurek Dudek Kolejny tydzień, kolejne spotkanie z Akademią. Co za regularność! Nie zniknęłyśmy gdzieś na kilka miesięcy i puszczamy te odcinki dalej? Czy jednak słuchacie tego odcinka w 2027? Bo coś tam się… Ania Mazur Gajo Miałam mówić: nie obiecuj, nie obiecuj. Zosia Mazurek Dudek Bo przyjdzie ci opublikować za trzy lata. Ania Mazur Gajo Bo u nas, słuchajcie, czasami tak jest, że… Czasami tak jest w tej Akademii. Zosia Mazurek Dudek Ale chciałam powiedzieć, bo nie wiecie trochę, jak to wygląda od kuchni, ten proces tworzenia, że teraz jesteśmy w trakcie nagrywania odcinków na zapas, co w Akademii dzieje się, kurna, nigdy, tak? Ania Mazur Gajo Nie no, ze dwa tam miałyśmy. Zosia Mazurek Dudek No, kiedyś tam, no. Zosia Mazurek Dudek Ze dwa razy w życiu. A tak leciałyśmy po prostu na bieżączce. Więc jest duża, duża doza prawdopodobieństwa, że jednak ta cykliczność zostaje utrzymana, bo bufor bezpieczeństwa na różne wykolejki życiowe, które nas właśnie wybijały z torów regularnego publikowania, jest dużo większy. Uczą się dziewczynki na błędach. Może, może, może się uda znów wrócić do regularnego… Ania Mazur Gajo Ja nic wam nie obiecuję. Zosia Mazurek Dudek …goszczenia w waszych głośnikach. Ja jestem mocno zmobilizowana, więc już bym wam nawet mogła obiecać. Ale nie mówisz, że grunt to dobrze obiecać, więc… Ja się nauczyłam tego od niej. Po tym wieloletnim związku grunt to dobrze obiecać i ja jeszcze jestem w stanie nawet obiecać, że będzie regularnie. Zosia Mazurek Dudek O tym sobie… Ania Mazur Gajo Powiem tylko, w kontekście mojego męża to się sprawdza idealnie. W relacji z moim mężem. Zosia Mazurek Dudek Również po wielu latach związku, prawda? Długoletnich związkach. Kochana, o czym będziesz ze mną nawijać dzisiaj, moja stara psiapsi? Zosia Mazurek Dudek Którą już mam wrażenie znam po prostu jak łysy koń. O czym będziesz sobie ze mną nawijać dzisiaj? Ania Mazur Gajo Dzisiaj porozmawiamy sobie o tym, czy można być jednocześnie wdzięcznym i nieszczęśliwym. Zosia Mazurek Dudek Podczas starań. Ania Mazur Gajo Podczas starań o dziecko. Zosia Mazurek Dudek Trochę takie przeciwległe bieguny. I takie, które bardzo się przeplatają w trakcie starań. Ania Mazur Gajo Bo bardzo ciężko jest… W sensie może inaczej. W niepłodności bardzo łatwo wejść w moment i dojść do tego momentu bardzo szybko, w którym nagle okazuje się, że to wszystko, co masz, nie ma znaczenia. Ciężko jest widzieć i czerpać takie pokłady radości i satysfakcji życiowej w momencie, w którym zderzasz się z niepłodnością. Zosia Mazurek Dudek Plus tak łatwo im umniejszać. Bo to tak jest, że trochę rozmawiamy enigmatycznie, więc zrobię wam wprowadzenie. Chodzi o to, że w momencie, w którym jesteście w staraniach, to one stanowią tak main temat wszystkich sfer w waszym życiu, że przestajecie zauważać rzeczy, które nie są tak oczywiste dla wielu innych ludzi, którzy was otaczają. Na przykład to, że macie przy sobie kochającego partnera i że to jest coś, z czego naprawdę można robić wielkie super „hurra” i tańczyć z radości, ciesząc się, że ten człowiek twój, wymarzony, który kroczy u twojego boku, jest przy tobie i że masz kolejną szansę obudzić się znowu koło niego. Jest to po prostu tak jakieś normalne, tak oczywiste, jak to, że bierzesz kolejny wdech, że nawet nie myślisz o tym, że możesz go nie wziąć. To jest oczywiście naturalne, tak sobie myślę, Aniusia, wiesz, że w momencie, w którym tak bardzo przeżywasz stratę czegoś, czego nie masz, ona ci przesłania po prostu cieszenie się. Stąd też, tak swoją drogą, robiłyśmy kiedyś wieczory wdzięczności. Pamiętasz? Żeby przekierować uwagę na to, żeby pokazać temu mózgowi, że są takie rzeczy w twoim życiu. Mimo tego całego szeregu rzeczy, które dzieją się źle, i jest ich cała masa, ale żeby tak chociaż na chwilę zmienić optykę i pokazać ci, że jest przy tobie człowiek na przykład, że masz zdrowych rodziców, że wstajesz rano w swoim domu, budzisz się w ciepłym łóżku. Ania Mazur Gajo No tego się tak nie docenia bardzo. Zosia Mazurek Dudek W ogóle, w ogóle, jasne. Ania Mazur Gajo Ja nie wiem, pamiętam taki moment, w którym jedna z moich bliskich osób mierzyła się z samotnością taką związkową. I raczej poszukiwaniem tego związku i próbą budowania jakiejkolwiek relacji. I właśnie, no jak się właśnie spojrzy, wyjdzie gdzieś, pozna tę historię… Może trochę ciężko też się otworzyć na nie, tak? Liczy się to, co umie, tak? Natomiast po takich rozmowach to tak człowiek sobie przeciera oczy i myśli sobie: Jezu, tak zapominam, ile mam szczęścia, że jest ta druga osoba. Że jest ktoś, kto wita mnie, do kogo mogę wysłać SMS-a. Kto da buziaka i kto złoży życzenia. Będzie pamiętał o ich urodzinach, ale będzie. Po prostu, że mogę kogoś złapać za rękę. Jezu, nawet się popłakać, wiecie? To jest coś, co jest nam dane i takie oczywiste. Zosia Mazurek Dudek 00:06:09 Dopóki tego nie zabraknie. Ania Mazur Gajo 00:06:11 No, dopóki to jest i wydaje nam się, że to będzie zawsze, tak? Że to jest taka oczywistość, że partner jest, prawda? I nawet przestajemy się tym cieszyć podczas starań. Ania Mazur Gajo 00:06:26 Spłycamy to. Znaczy, nawet nie spłycamy, bo to po prostu robią starania, tak? Nasza bliskość opiera się na kontakcie fizycznym w momencie, w którym jest owulacja i jakby koniec, nie widzimy tego. To jest tak bardzo przesunięte, tak bardzo gdzieś zakopane, że przestajemy to dostrzegać. Zosia Mazurek Dudek 00:06:45 I żeby była jasność, my nie chcemy tym podcastem wywołać u was teraz euforii i jarania się 24 godziny na dobę tym, że macie partnera, a ktoś inny nie ma, bo to będzie bardzo ciężkie do zrobienia. Chodzi tylko o to, żeby spróbować przekuć tę uwagę w waszym mózgu, chociaż na chwilę, na to, że po pierwsze warto się skupić na tych rzeczach pozytywnych, które was otaczają, bo może jak zechcecie je dostrzec, to okaże się, że jest ich więcej, niż się spodziewałyście. Zosia Mazurek Dudek 00:07:18 I po drugie, tak z drugiej strony, dać sobie luz na to, że nie będzie łatwo się tym jarać. Po prostu. Że jest to taki moment w życiu, że to, że ty mi teraz mówisz, że ja mam męża i mam z tego robić, rozumiesz, pal, wokół którego właśnie będę tańczyć z radości, jest po prostu trudne do osiągnięcia w tym momencie. I pamiętam, jak kiedyś rozmawiałyśmy podczas, nie wiem, którego spotkania z Anią Wietrzykowską, która jest psychologiem niepłodności i zajmuje się tym tematem od wielu lat. Zosia Mazurek Dudek 00:07:56 Ona powiedziała o takim badaniu, że to już jest udowodnione naukowo, że osoby, które doświadczają niepłodności, mają poziom stresu zbliżony do uzyskania diagnozy nowotworowej, takiej przewlekłej choroby, i że jest to grupa osób, która jest zdecydowanie bardziej narażona na wystąpienie zaburzeń nastroju i depresji. Więc samo to pokazuje, że kiszenie się w tym sosie niepłodnościowym predysponuje nas bardziej do tego, żeby chociażby mieć depresję. Zosia Mazurek Dudek 00:08:27 To nawet nie chodzi o to, że masz gorszy humor, tylko że po prostu możesz wymagać wsparcia farmakologicznego do tego, żeby w ogóle wyjść z tego stanu. I sama ta świadomość tego, że nie zawsze warto jest przed tym uciekać, mam nadzieję, że będzie taka ożywcza. Że to jest naprawdę potężne tąpnięcie w życiu. Bardzo. Więc teraz gadanie o takich frywolnych rzeczach, rozumiesz, do, tak sobie myślę, grupy, która sama z góry jest predysponowana do tego, że częściej u niej występuje depresja, i teraz ty sobie nagrywasz podcast o tym, że warto się cieszyć, że masz męża… Zosia Mazurek Dudek 00:09:06 Nie, bardzo, bardzo bym nie chciała spłycić tego tematu, tak straight to the point. Ania Mazur Gajo 00:09:11 No dobrze. Zosia Mazurek Dudek 00:09:12 Ale z drugiej strony pamiętam też taką wiadomość. Nie pamiętam, czy ona przyszła na mojego Insta, czy to był Insta Akademii. Pamiętam, jak napisała do nas dziewczyna, która powiedziała w tej swojej wiadomości, że tak bardzo zazdrości tym wszystkim dziewczynom, które są na etapie starań. Na etapie starań, czyli w tym takim momencie, w którym nikt nie chce być i nie chce, żeby się przedłużał. Bo ona marzy o tym, żeby być mamą, ale nie znalazła odpowiedniego partnera i ma takie wrażenie, że czas ucieka. Ania Mazur Gajo 00:09:47 Pamiętam tę wiadomość. Zosia Mazurek Dudek 00:09:48 Czyli Akademia. Czas ucieka. Ona ma go coraz mniej. Zosia Mazurek Dudek 00:09:53 Nie ma człowieka, z którym mogłaby próbować nawet się o to dziecko starać. I ma takie wrażenie, że po prostu to życie ją mija tak dwa razy szybciej, niż gdyby był ten człowiek, z którym mogłaby podjąć chociaż te próby aktywne. Gdyby miała obok siebie tę kochającą osobę. I pamiętam, że to wprawiało ją w takie ogromne przygnębienie. Życzyła tego jeszcze mocniej. To marzenie o byciu mamą było jednocześnie tak bardzo jeszcze dalsze, tak bardzo nieuchwytne, no bo nie masz, nie masz z kim w tym momencie. Ania Mazur Gajo 00:10:26 Tylko nawet takie wiadomości dostałyśmy na przestrzeni tych lat, że… No ale właśnie, tutaj jeszcze mi przychodzi taka myśl: czy warto się porównywać? Czy to nie jest takie, wiesz… Czy to daje? Ania Mazur Gajo 00:10:42 Wydaje mi się, że to jest takie chwilowe tąpnięcie, zatrzymanie się. Ja bym chyba tak to traktowała, że na chwilę pozwalają nam te różne wyjścia ze swoich takich… poznanie innych ludzi, perspektyw, pozwala nam na chwilę się zatrzymać i przyjrzeć chociaż przez sekundę temu, co cały czas jest w biegu w tym momencie. Bo w niepłodności po prostu pędzisz. Ania Mazur Gajo 00:11:05 Masz cel główny. Do poniedziałku. Poniedziałek jest wizyta, więc pędzisz tam. Od poniedziałku do środy kolejna wizyta. Ania Mazur Gajo 00:11:13 Pędzisz. Później mamy, no, może będzie moment kulminacyjny. Wypadnie na kolejny poniedziałek, wtorek. Będzie, będzie owulacja. Pędzisz. Dalej pędzisz do testu. I cały czas pędzisz. Ania Mazur Gajo 00:11:28 A takie tąpnięcie… No ale tak jak mówisz, jest to… Nie wiem, czy ja bym chciała się patrzeć i myśleć sobie, w sensie, tego tak bardzo nie widzisz, tak bardzo nie widzisz tego, że ty masz tyle szczęścia. Ty masz nieszczęście, no bo przecież mnie wszystko boli w tym momencie, więc mi towarzyszy rozpacz. Jakie szczęście z tego, że ten stary jest? Zosia Mazurek Dudek 00:11:53 No właśnie dlatego, dlatego chyba warto podkreślić to, co powiedziałyśmy na początku, że to nie będzie jak za dotknięciem magicznej różdżki i nagle poczujesz wdzięczność za wszystko, co masz. Bo może się to okazać cholernie trudne. Plus, pamiętając to, co wynika z badań, że jesteśmy z góry bardziej predysponowani do tego, żeby doświadczyć depresji przez to, co nas dotyka, trzeba mieć tego świadomość i po prostu próbować dealować z tym życiem na tyle, na ile w tym momencie jesteśmy w stanie. Ale to, że będą w nas dwa światy, bo chyba można tak to nazwać… Zosia Mazurek Dudek 00:12:32 To też jest taka myśl, którą warto oswoić, bo możesz być jednocześnie bardzo wdzięczna za to, co masz w życiu. Możesz bardzo się cieszyć z tego swojego partnera czy męża, który jest z boku, doceniać to, że masz dom i budzić się jednego dnia i myśleć sobie właśnie o tym, że to jest cudowne, że kolejny raz budzisz się przy tym człowieku, że on i ty wciąż się kochacie, że macie dom, a drugiego budzisz się i czujesz: to jest wciąż ten sam koleś. Zosia Mazurek Dudek 00:12:59 Ale drugiego dnia budzisz się tym Zosinkiem, który inny się wylosował tego dnia, i bardziej widzisz to, że no niby jest ten koleś, który cię kocha, ale myślisz sobie o tym, że ta miłość może potrwać jeszcze, powiedzmy, rok, bo on to zniesie rok i potem będzie bardziej widział ciebie niewystarczającą i taką, która wciąż nie daje mu, tak jak ja miałam, tego synka do kopania piłki. I jego ziomeczki, które się spotykają, rozmawiają już o tym, że Tomek uczy Franka grać w piłkę, a ty w ogóle nie masz pół perspektywy takiej, którą możesz się podzielić, tak? Nie ma nawet, rozumiesz, zalążka małego Franka w twoim życiu, o którym możesz mówić, że też go będziesz uczył grać w piłkę. Zosia Mazurek Dudek 00:13:40 Jak twoje ziomeczki, które idą do przodu, a ty stoisz w miejscu. I może się wylosować ten Zosin, który zamiast tego domu, który macie i który jest waszym azylem, no to dzisiaj nie wychodzi z kawą na taras i jest wdzięczny za to, że może pić kawę na własnym tarasie, tylko widzi pusty pokój, który na razie jest graciarnią, a miał być kiedyś pokojem waszego maluszka, którego ciągle nie ma. Myślę, że to przeplatanie się tych dwóch światów jest totalnie naturalne i wpisane po prostu w podążanie tą drogą niepłodności. Ania Mazur Gajo 00:14:10 Myślę, że tak może być, że jednocześnie możesz czuć niekiedy odrobinę radości, a za chwilę emocje, które… To jest mieszanka wybuchowa. Ania Mazur Gajo 00:14:23 Nawet codzienna mieszanka wybuchowa. Zosia Mazurek Dudek 00:14:26 Tak, te sinusoidy w górę i w dół. Tak, tak, tak. Ania Mazur Gajo 00:14:29 Że wystarczy chwila, jedna wiadomość i twój dobry nastrój padnie, bo ktoś ogłosi, że jest w ciąży. Byłaś pozytywna, ale akurat dzisiaj tego nie dźwigniesz, no. Może tydzień temu byś dźwignęła i myślała, że radzę sobie już z tym. A tak naprawdę przychodzi kolejne tąpnięcie i po prostu padasz. I kolejny raz upadasz. Zosia Mazurek Dudek 00:14:55 To prawda. Zosia Mazurek Dudek 00:14:56 Więc, ha, kolejny raz nie mamy złotych środków i idealnych rad, jak to zrobić. Trochę tylko z pełnym, z pełnym szacunkiem do tego, że po drugiej stronie może być Zosin, który ma głęboko w dupce to, co my teraz robimy, serio. Bo ja w ogóle myślę, że jakby to trafiło na taki specyficzny czas moich starań, kiedy byłam zamknięta na zauważenie jakichkolwiek pozytywów w moim życiu, mogłabym tego po prostu nie zaakceptować i pomyśleć sobie o tym, że totalnie nie rozumiemy tego, co się teraz w waszych życiach dzieje. I ja to czaję, ja to naprawdę biorę na klatę, bo ja byłam tam, po prostu. Byłam tym Zosinkiem, który nie chciał słuchać takich rzeczy. Zosia Mazurek Dudek 00:15:36 Jednocześnie po kolejnym miesiącu nieudanych starań, kiedy zawitała w mojej głowie taka myśl jak wieczór wdzięczności, czyli godzina w moim życiu przeznaczona na to, żeby myśleć o tym, co pozytywnego mimo wszystko się w nim dzieje, bardzo… Zosia Mazurek Dudek 00:15:56 …rozświetliła chociaż jeden zakurzony zakamarek mojego serduszka. I to wam chcę pokazać, że w momencie, w którym się położycie i zechcecie zaprosić do swoich myśli takie rzeczy, które wydawały się oczywiste, ale jak o nich pomyślicie sobie tak później, to one nie są dane wszystkim po równo, to można po prostu wiele z tego wyciągnąć dla siebie. I pomyślcie sobie o tym, za co jestem wdzięczna dzisiaj, wieczorem. To mogą być przeróżne rzeczy, bo raz będzie to właśnie to, co powiedziałyśmy, że macie człowieka, obok którego się budzicie. Zosia Mazurek Dudek 00:16:36 Że macie mamę albo tatę, do których możecie zadzwonić. I też nie każdy ma taką możliwość. A to też jest takie w sumie oczywiste, nie? Dopóki się tego nie ma. Że macie bezpieczny kąt w swoim życiu. Że może macie pracę, którą lubicie. Albo że dzisiaj rano wypiłyście pyszną kawę. Albo że zrobiłyście sobie super spokojną herbatę wieczorem i to było super. Albo przeczytałyście jakąś bardzo dobrą książkę. To mogą być bardzo różne rzeczy. Zosia Mazurek Dudek 00:17:01 Mogłyście sobie kupić pięknego goździka, wracając z pracy, i będziecie teraz się na niego patrzeć i za każdym razem sobie poprawiać humor, bo nigdy nie pozwalałyście sobie na przykład na kupienie świeżych kwiatków do domu, bo szkoda było na to kasy. A teraz takie małe rozpieszczoty mogą się okazać tym malutkim promyczkiem. Ale jakby go było za trudno wprowadzić, no to tak może się też okazać. Ania Mazur Gajo 00:17:31 Myślę sobie jeszcze o… Przychodzą mi na myśl jeszcze dziewczyny z niepłodnością wtórną, które mogą przeżywać trudne chwile, pomimo że teoretycznie mają… są szczęśliwe. Ania Mazur Gajo 00:17:51 Spotykamy się w Akademii i najczęściej, chociaż staramy się również ukazywać historie z niepłodnością wtórną, która jest dość niezrozumiana, natomiast dotyka też sporej grupy osób. I my też kiedyś wrzucałyśmy ankietę i naprawdę się zaskoczyłyśmy, że to jest taka grupa w zawieszeniu, która… Te dziewczyny też same siebie nie potrafią zaakceptować i zrozumieć swoich emocji. Zosia Mazurek Dudek 00:18:26 Może powiedzmy, czym jest niepłodność wtórna, bo myślę, że nie wszyscy mogą rozumieć. Ania Mazur Gajo 00:18:30 To jest moment, w którym para ma już dziecko, a podchodząc do kolejnych starań, mierzy się z niepłodnością. I te starania również są… Znaczy nie „również”, bo czasami jest tak, że pierwsza próba nie była powiązana z niepłodnością. Udało się zajść w ciążę, a drugie starania się wydłużają. I czasami jest tak, że trwa to pięć lat, dziesięć lat. I ciężko jest… Ja sama też osobiście znam taką historię dziewczyny, która przez dziesięć lat marzyła o drugim dziecku. Ania Mazur Gajo 00:19:06 I podchodziła do kolejnych prób in vitro. Ania Mazur Gajo 00:19:11 I te próby… To nie było tak, że wracała po tych nieudanych próbach do domu i była przeszczęśliwą osobą. Ania Mazur Gajo 00:19:20 Jakby doceniała to, że jest ten synek, ale właśnie były w niej takie emocje, że ona płacze, ona podupada po tym in vitro i… Ale ma już to dziecko. Ale nie może, nie może… Ona tęskni za swoim drugim dzieckiem, bo jej serce jest w stanie pomieścić miłość do kolejnego dziecka. Ona tęskni za kolejną osobą, za kimś, kogo tu nie ma. I te dziewczyny też są często niezrozumiane, no bo: „Jak możesz? Ty masz chociaż jedno dziecko, jak możesz?”. Zosia Mazurek Dudek 00:19:53 Tak. „Ja, jakbym była na twoim miejscu, to doceniałabym to, co mam”. Łatwo nam wchodzić w cudze buty, bo wydaje nam się, że będziemy wiedzieć, jak tam jest, no. Ania Mazur Gajo 00:20:03 A dziesięcioletnie cierpienie i wyczekiwanie to też jest cierpienie nadal. Zosia Mazurek Dudek 00:20:10 W ogóle rzeczywiście niepłodność wtórna jest bardzo trudnym tematem, dlatego że ona jest tak społecznie niezrozumiana. Z perspektywy społeczności osób starających się o dziecko. Ja to też rozumiem. No bardzo trudno jest… To może być trudne do zrozumienia: jak możesz skupiać się na dziecku, którego nie ma, w momencie, w którym masz już swoje dziecko? A to jest bardzo złożony psychologicznie proces i naprawdę tak może być. Naprawdę tak może być, że można bardzo, bardzo czuć się… Zosia Mazurek Dudek 00:20:45 …źle, wybrakowanym i bardzo skupiać się na procesie starania się o kolejne. Zwłaszcza że ma się w głowie takie przeczucie, że no kurna, przecież kiedyś się udało bez problemu, więc to nie jest tak, że ja nie mogę, nie potrafię, tylko o co chodzi? Co jest teraz ze mną nie tak? Co się zmieniło w naszym życiu? Obiecywaliśmy naszej córeczce rodzeństwo i nie możemy tego dać, a ona coraz bardziej o to dopytuje. I ma koleżanki, które mają rodzeństwo i mogą się z nim bawić, a my ciągle jej tego nie dajemy. Ania Mazur Gajo 00:21:17 I nadal ta niepłodność jest w twoim życiu. Widzisz te radości i ona ci też je zabiera. Bo ta niepłodność jest taka, że ona, nawet jak mierzysz się z tą niepłodnością wtórną, to też ci wszystko pozabiera. Ania Mazur Gajo 00:21:32 I po prostu tym swoim czarnym parasolem wszystko ci przykryje. Zosia Mazurek Dudek 00:21:38 To prawda. Chociaż, no, chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że to może być ciężki temat do zrozumienia. Ania Mazur Gajo 00:21:44 No, na pewno, bo ja też bym nie zrozumiała czegoś takiego. Skoro ja walczę o jedno dziecko, a ty już jesteś po wygranej stronie, ciężko mi jest cię zrozumieć. Zosia Mazurek Dudek 00:21:52 No dokładnie. Zwłaszcza że ja oddałabym wszystko, żeby mieć to chociaż jedno dziecko, żebym mogła tam być. No i to właśnie jest, tak mi się wydaje, wchodzenie w te buty, w których nam się wydaje, że byłoby nam wygodniej, niż jak pewnie wejdziemy i potem tam jesteśmy. Ale to też jest coś, na co mamy duży margines w sobie, prawda? Żeby to pomieścić i zrozumieć różne perspektywy. Zosia Mazurek Dudek 00:22:17 Nawiązując do sytuacji, o której powiedziałaś, czyli tematu z niepłodnością wtórną, są momenty, tak? To chciałaś powiedzieć? W których się przeplatają dwa… Ania Mazur Gajo 00:22:32 Tak. Tak, chciałam powiedzieć, że można czuć właśnie, nawiązując do tematu, że można czuć wdzięczność i nie cieszyć się tym, co się ma. Że jakby są różne sytuacje, perspektywy i ta niepłodność potrafi wejść w różne nasze życia. Ania Mazur Gajo 00:22:55 A wiem, że jest wiele kobiet po prostu, które też są w Akademii, słuchają i one tam sobie po cichutku siedzą, czując właśnie, że nie mogą powiedzieć tego na głos, że są same, a też walczą każdego dnia. Zosia Mazurek Dudek 00:23:12 Bo nie zostaną zrozumiane, a może nawet nie tyle niezrozumiane, co jeszcze zostaną zbesztane za to i dostaną bęcki. Jak mogą tak myśleć? Więc… Zrobisz podsumowanie? Teraz ty? Zosia Mazurek Dudek 00:23:27 Bo myślę, że już możemy dobijać do brzegu z tym odcinkiem. Ania Mazur Gajo 00:23:31 Hmm, podsumowanie jest takie, że ja bym zachęcała was do tego, do tych wieczorów wdzięczności, nawet jeżeli on by miał trwać minutę. Ania Mazur Gajo 00:23:45 Minutę zabrać tej niepłodności, która wam zabrała może i cały dzień. A może przez chwilę zajrzeć sobie za ten parasol. Na sekundkę nawet. To nic nie będzie was kosztować, a może następnym razem uda się poświęcić i zobaczyć dwie minuty rzeczy, które się wydarzyły. Zosia Mazurek Dudek 00:24:08 Gdyby to było trudne, to też dajcie sobie na to przestrzeń, bo czasami jesteśmy w takiej otchłani, że naprawdę ciężko dostrzec jakikolwiek promień. I dbajcie o swoje zdrowie psychiczne, bo jest to bardzo ważne. Nie odkładajcie wizyty u psychologa czy psychiatry na moment, w którym naprawdę ciężko będzie podnieść się z łóżka, bo sytuacja, której doświadczacie w życiu, jest bardzo trudna i to udowadniają badania. To nie jest coś, co wam się wydaje, bo my mamy taką skłonność do tego, żeby czasem sobie umniejszać i wciąż czekamy na to, aż bardziej nas to przyciśnie, kiedy już naprawdę nie będziemy w stanie wyjść. Zosia Mazurek Dudek 00:24:45 Naprawdę nie warto, bo często te pierwsze, hmm, pierwsze rzeczy, które możemy wdrożyć, zadziałają szybciej, skuteczniej. I nie będziemy musiały tak długo się z tym po prostu kisić w sobie. Więc dbajcie o siebie również na poziomie zdrowia psychicznego, bo to bardzo, bardzo ważne. Tymczasem zostawiamy was z tym przemyśleniem na kolejny tydzień. Ania Mazur Gajo 00:25:09 Tak jest. Zosia Mazurek Dudek 00:25:10 I mamy nadzieję, że wracamy regularnie z kolejnym odcinkiem naszego podcastu już w przyszłym tygodniu. Trzymajcie się, dobrego tygodnia. Artykuł #110 Czy można być jednocześnie wdzięcznym i nieszczęśliwym podczas starań? pochodzi z serwisu Akademia płodności.

  • August 14 · 19 min

    #109 Czy jeszcze potrafię podejmować decyzje bez pytania „a co jeśli będę w ciąży”

    Czy da się podejmować zwykłe życiowe decyzje bez myślenia: „A co, jeśli za chwilę będę w ciąży?”. W tym odcinku rozmawiamy o życiu w zawieszeniu podczas starań o dziecko, odkładaniu zmiany pracy, podróży, wydatków, studiów czy nawet marzeń na później. O tym, jak długo można funkcjonować „na długu tlenowym” i co dzieje się w momencie, kiedy zaczyna brakować sił na dalsze czekanie. Mówimy też o własnych doświadczeniach i historiach kobiet, które po latach starań zaczęły powoli odzyskiwać kawałki swojego życia, nie rezygnując przy tym z marzenia o dziecku. Plan odcinka Życie podporządkowane myśli: „zaraz będę w ciąży” Dlaczego odkładamy zmianę pracy i ważne decyzje Finanse podczas starań- leczenie czy wakacje? Podróże planowane pod cykl miesiączkowy Życie „na długu tlenowym” i moment, kiedy zaczyna brakować sił Czy można pozwolić sobie na przyjemność bez poczucia winy? Historie kobiet, które po latach zaczęły odzyskiwać swoje życie Studia, kursy, podróże i inne rzeczy odkładane „na później” „Pokój dla dziecka”, który przez lata pozostaje pusty Czy istnieje moment, w którym trzeba przestać czekać i zacząć żyć? Znajdziesz nas również tutaj: Podcast VIDEO SPOTIFY Ania Mazur Gajo 00:00:00 Cześć, to Ania i Zosia. Zosia Mazurek Dudek 00:00:01 Wspólnie tworzymy Akademię Płodności. Miejsce, w którym towarzyszymy Wam podczas starań. Ania Mazur Gajo 00:00:25 Witamy w kolejnym podcaście? Videocaście? Dzisiejszy odcinek to? Zosia Mazurek Dudek 00:00:33 „Czy jeszcze potrafię podejmować decyzje bez pytania: a co, jeśli będę w ciąży?” Ania Mazur Gajo 00:00:42 Stan zawieszenia życia podczas niepłodności to jest coś, co dotyka, myślę, że większości osób starających się o dziecko. Jednak to, że będziesz za chwilę w ciąży, sprawia, że twoje wybory, twoja przyszłość… Zosia Mazurek Dudek 00:01:02 No i wszystkie decyzje, które podejmujesz. Masz gdzieś z tyłu głowy to… Ania Mazur Gajo 00:01:05 …że za chwilę będziesz w ciąży. Ania Mazur Gajo 00:01:09 Więc jest to stan, który determinuje też twój wybór pracy, wakacji. Zosia Mazurek Dudek 00:01:23 Oczywiście. Każdy wyjazd. Ania Mazur Gajo 00:01:25 Ale też finansowe wybory, na które się decydujesz bądź nie. Jak zaczynamy starania, to myślimy, że w tej ciąży będziemy. Zosia Mazurek Dudek 00:01:36 Zaraz. Ania Mazur Gajo 00:01:37 Za chwilę, więc nie zmieniamy pracy. Też tak może być? Zosia Mazurek Dudek 00:01:41 Może być, mimo że gdzieś z tyłu głowy byśmy mieli… Ale wiem, że jest to tak dalece ciężki proces, na zasadzie: w ogóle wszystkie zmiany są trudne. Ale wiesz, co sobie myślę? Że zmiana pracy, nawet na taką, która być może w przyszłości da ci bezpieczniejszą pozycję albo lepsze warunki na umowie… No ale wiesz, że w tej nowej pracy musisz się wdrożyć. To nie jest tak, że zmienisz pracę i co? Ania Mazur Gajo 00:02:05 Dziewczyny bardzo często piszą do nas, że ta praca to jest taki punkt, moment, w którym bardzo często w ogóle praca pojawia się w wiadomościach. Raz, że oczywiście jest to ważny element też… Ania Mazur Gajo 00:02:21 …bezpieczeństwa, jeżeli chodzi o tę ciążę. Ale często też w wiadomościach mamy, że po długotrwałych staraniach dochodzi do was, że jesteście w pracy, w której nie chcecie być, i tkwicie latami, bo te starania okazują się niestety… że nie trwają rok czy dwa. Ania Mazur Gajo 00:02:49 Znamy też wiele takich historii, gdzie dziewczyny zdecydowały się wziąć ten wdech. Ten taki naprawdę ogromny krok, bo to jest naprawdę ogromna zmiana. Przez wiele lat powtarzając sobie, że: „Nie zmieniam pracy, bo zaraz będę w ciąży”, zmieniają pracę. I to jest taki dla nich moment uwalniający. To jest taka pierwsza wielka rzecz, którą zrobiły, odkąd zaczęły starać się o dziecko. Zosia Mazurek Dudek 00:03:15 No, bo porzucasz tę znaną, choć nie do końca może komfortową rzeczywistość, bo jednak coś cię tam uwiera, ale boisz się zrobić ten krok w nieznane. No bo wiesz, jakie on może konsekwencje ze sobą nieść, tak? To jest ta chwila, kiedy masz nieważkość pod stopami i to nie jest miła chwila. Jak najszybciej chcesz osiąść i poczuć się znów bezpiecznie. Może w fajniejszym miejscu, może to ci pozwoli dryfować do czegoś, przy czym powiesz: „Boże, jak szkoda, że zrobiłam to tak późno”. Ale z drugiej strony nie wiesz, no bo zawsze może być gorzej, prawda? Może być z deszczu pod rynnę. Więc nie wiesz, nie wiesz, nie wiesz. Ale podjęcie takiej decyzji z myślą taką, że: „A co, jeśli…?” Zosia Mazurek Dudek 00:03:53 „To jest ten cykl, w którym będę w ciąży?”. „Co, jeśli?” i tkwienie w tym samym, znanym, acz czasami bagienku, z tego, co da się wyczytać z tych wiadomości, jest również bardzo takie kiszące. Zosia Mazurek Dudek 00:04:08 Rozumiesz? Bardzo. Ja też mam bardzo wiele zrozumienia do tego, bo podjęcie takiej decyzji to jest coś przeogromnie wielkiego. Zosia Mazurek Dudek 00:04:19 I w ogóle tak bardzo dużo decyzji się z tym wiąże, bo praca daje ci stabilność. Finansową też, tak? A finanse musisz dzielić, bo możesz je przeznaczyć na wycieczkę, no ale wtedy zostanie mniej na kupce „starania”. Z drugiej strony pojedziesz na wycieczkę i co? Zawalisz te starania? Albo kolejny rok podejmiesz decyzję, że wciąż starania. Zosia Mazurek Dudek 00:04:46 I kolejny rok nie pojedziesz na wakacje, bo jednak ta kupka do zaopiekowania była bardziej istotna, była w tym priorytecie. I potem to będzie na przykład jedna z tych wiadomości, gdzie budzisz się w świecie, w którym nie byłaś na wakacjach od pięciu, sześciu lat, bo ciągle wydaje ci się, że na te następne pojedziecie we trójkę, a tej dodatkowej osoby ciągle nie ma na pokładzie. Ania Mazur Gajo 00:05:10 Bo na początku nawet ty nie chcesz jechać na te wakacje. Odkładasz wszystko, jesteś w stanie zrezygnować ze wszystkiego. Ze wszystkiego, naprawdę. Możesz nie wychodzić z domu. Zosia Mazurek Dudek 00:05:18 No tak. I nawet wręcz jak pojedziesz, to będziesz czuła się winna. Ania Mazur Gajo 00:05:22 Iść do roboty, wrócić z roboty, iść do lekarza i tyle. Jakby dasz sobie radę przez pewien czas. Zosia Mazurek Dudek 00:05:29 Tylko czy to jest życie na długu tlenowym? Ania Mazur Gajo 00:05:32 I dasz sobie świetnie radę na tym. Zosia Mazurek Dudek 00:05:34 Pod warunkiem, że za zakrętem czeka spełnienie marzeń. Ania Mazur Gajo 00:05:38 Tak, bo wytrzymasz. Jesteś w stanie zacisnąć zęby podczas starań i wytrzymać naprawdę największe kłody. Wytrzymasz to przez chwilę. Tylko jak mija rok, mija dwa, mija trzeci rok… Ania Mazur Gajo 00:05:53 …to w końcu już tak bardzo się dusisz, że nie możesz. Zosia Mazurek Dudek 00:06:00 Albo się udusisz, albo jednak wypłyniesz na tę powierzchnię po ten wdech. Ania Mazur Gajo 00:06:05 No i właśnie przypomniała mi się taka historia. Kocham ją, naprawdę kocham ją. Ania Mazur Gajo 00:06:13 Kiedy dziewczyna odkładała życie na potem, na ciążę, na zawsze. Znaczy zawsze, odkąd się starali, miała być w ciąży w następnym miesiącu i to było odkładanie wszystkich swoich przyjemności. I tak bardzo mi się spodobało to, co napisała. Pozwoli to może wam też przestawić patrzenie na to wszystko. I napisała tak: „Kupiłam skok na bungee dla mojego męża. Na urodziny”. Ania Mazur Gajo 00:06:52 „Ale kupiłam też sobie. Zawsze odkładałam wszystko, bo będę w ciąży. A jeżeli w tej ciąży będę, to i tak wygram”. Ania Mazur Gajo 00:07:03 I to mi dało takie: no tak. Nawet jak zajdziesz w ciążę, to stracisz, nie wiem, bilety, ale wygrasz, no. I tak wygrasz. I to jest takie otwierające głowę, że ty się boisz tego, ale jeżeli tam czeka tak wielka wygrana, to ten przelew, ten skok, gdzie nie skoczysz, przestaje mieć znaczenie. Zosia Mazurek Dudek 00:07:37 Bardzo, bardzo fajne, otwierające głowę. Ale jakbym była na tej początkowej ścieżce starań, to nie potrafiłabym na tę decyzję spojrzeć życzliwie, z wdzięcznością dla samej siebie, że myślę o sobie i o tym, że może być różnie, ale przynajmniej nie przesiedzisz w chacie. Tylko raczej pomyślałabym sobie, że no, Zosin tak średnio odpowiedzialnie. Jak, wiesz, szczypiemy się z każdym groszem. Ania Mazur Gajo 00:08:06 No, dokładnie. Ania Mazur Gajo 00:08:08 I to jest ten etap, kiedy ty zagryziesz, zrezygnujesz ze wszystkiego i ty nie masz takiego jakiegoś, wiesz: „A dobra…”. Zosia Mazurek Dudek 00:08:14 Potrzeby, tak? Ania Mazur Gajo 00:08:15 Nie masz potrzeby. Ale w końcu, po kilku latach, ta potrzeba może przyjść i w końcu ogarniasz, że ten czas zleciał, a właściwie tam jest czarna dziura. Zosia Mazurek Dudek 00:08:25 Dlatego właśnie mówię, że zależy, na który moment tobie trafiło. Czy tobie trafiło na początek, na zasadzie… Ania Mazur Gajo 00:08:30 Nie potrzebujesz jeszcze oddechu. Zosia Mazurek Dudek 00:08:32 Tak, bo zagryzam zęby, bo dojadę, docisnę, wezmę sobie łyk, spełnią mi się marzenia. Już mam go mało, już dawno powinnam się wynurzyć, ale po prostu oszukuję się, że jeszcze mi go wystarczy. Więc tak. A z drugiej strony tak sobie myślę, że moje spełnienie marzeń o pierwszym dziecku zadziało się wtedy, kiedy nakupowałam biletów na różne wycieczki po Europie. Miałam taką fazę, jak już poczułam ten taki, właśnie ten taki mikrooddech i te takie moje mikromałe zachwyty, które daje mi chociażby podróżowanie. Zosia Mazurek Dudek 00:09:11 Kiedy pozwoliłam sobie na pierwszą podróż po bardzo długim czasie, z wyrzutami sumienia, wypchnięta na nią właściwie przez mojego męża, starając się to ogarnąć jak najbardziej budżetowo, i wtedy na tym wyjeździe poczułam, że: „Boże, to jest pierwszy raz, kiedy ja wzięłam głębszy oddech”. To nie jest tak, że ja przestaję myśleć o tych staraniach, ale to jest pierwszy raz, kiedy daję sobie poczuć, że miewam się troszkę lepiej, chociaż przez ten moment. Chcę to powtórzyć. Chcę jeszcze raz, chcę jeszcze raz być w tym samym miejscu i poczuć ten mikrozachwyt, chociaż na sekundę. Porezerwowałam również budżetowo, szukając jakichś takich turbo tanich lotów, różne wycieczki po Europie. Pamiętam to. Zosia Mazurek Dudek 00:09:51 Tu polecę z mamą, tu polecę z Dudkiem, tu polecę z bratem. I pamiętam, że chciałam to zrobić tak, że wykupowałam najtańsze loty, myśląc sobie, że jak ta wycieczka będzie się już zbliżała i ja dalej nie będę w tej ciąży, no to wtedy będzie można zacząć rezerwować jakieś tam miejscówki do spania. Ale przynajmniej mam już wbite w kalendarz, zahaczone. Mamy loty, rezerwuję ciebie na ten termin, jedziemy sobie spędzić wspólnie czas. I potem miałam taką myśl, że jak już… Zosia Mazurek Dudek 00:10:21 Krysia była pod moim sercem, to miałam taką myśl, że najlżej mi jest zrezygnować z tych wydanych pieniędzy na te bilety. Że po prostu cieszę się, że nie mogę polecieć, że nie mam w ogóle żalu o to, że to było super rezerwować, że to było super otworzyć sobie swoją głowę na to, że możesz sobie na to pozwolić, rozumiesz? I finalnie, mimo wszystko, one przepadły. To nie były jakieś duże pieniądze, no ale przepadły. Ale że ja w ogóle dałam sobie na to pozwolenie, żeby to zrobić i żeby tam spróbować wylądować, to już było takie… pokazało, że jednak… Ania Mazur Gajo 00:10:59 Hipotetyczna ciąża ma wpływ na plany podróżnicze. Zosia Mazurek Dudek 00:11:07 Nie tylko podróżnicze. Ania Mazur Gajo 00:11:12 Zostańmy na chwilę przy tych podróżniczych planach, bo na początku jeszcze sobie podróżujecie, no bo staracie się i jest, nazwijmy to frywolnie, no bo jest to czas starań, kiedy po prostu cieszycie się tym, że zaraz zostaniecie rodzicami. Zosia Mazurek Dudek 00:11:30 Później moment, w którym zdajesz sobie sprawę, że może nie być tak szybko. Ania Mazur Gajo 00:11:37 Tak. Nie masz ochoty. Ja w ogóle pamiętam taki wyjazd na Mazury, na Mazury, gdzie mi było szkoda tam być. Ania Mazur Gajo 00:11:48 Ustalasz życie pod cykl miesiączkowy. Jakby był to moment, w którym jesteś już po stymulacji i po owulacji najlepiej, prawda? Kiedy już tam jesteś, no to to jest najlepszy czas na wakacje, no bo wtedy nie idziesz na monitoring. Zosia Mazurek Dudek 00:12:12 Wtedy tam dostajesz… Nie jesteś związana wizytami. Ania Mazur Gajo 00:12:15 Tak, nie jesteś uwiązana. Tam dostajesz miesiączkę, więc… Zosia Mazurek Dudek 00:12:19 Albo nie. Ania Mazur Gajo 00:12:20 Albo nie, oczywiście. Tak, na to liczysz. Natomiast jest to ten moment, w którym ty możesz się ruszyć gdziekolwiek. I no, i masz taki też moment straconego cyklu, jak jedziesz nie w tym czasie. Zosia Mazurek Dudek 00:12:34 Nie w tym czasie. A to było nie w tym czasie? A, no to może dlatego ci się nie podobało. Ania Mazur Gajo 00:12:39 No słabe, no. No jak? Zosia Mazurek Dudek 00:12:41 I nie potrafiłaś się cieszyć tym wyjazdem? Ania Mazur Gajo 00:12:43 Nie, bo to nie był taki moment, kiedy ja chciałam mieć oddech. Ja chciałam się starać o dziecko. Moją misją było jeżdżenie do lekarzy. Moją misją było czytanie na ten temat. Moją misją było robienie wszystkiego, żeby zajść w ciążę, a nie jeżdżenie i siedzenie na Mazurach. Ania Mazur Gajo 00:12:59 Sorry, ale no… Zosia Mazurek Dudek 00:13:01 Nie teraz. Ania Mazur Gajo 00:13:02 Nie teraz. To nie był ten czas. Ania Mazur Gajo 00:13:04 Natomiast w pewnym momencie patrzyłam na to wszystko w ten sposób, że hej, no właściwie to wszyscy jeżdżą, tylko my nigdzie nie ruszamy, nie przemieszczamy się. Cały czas życie się kręci wokół „od–do” i cyklu miesiączkowego. Zosia Mazurek Dudek 00:13:25 No właśnie, bo wróćmy do tego, o czym rozmawiałyśmy, zanim usiadłyśmy na tych fotelach. Jak rozmawiałyśmy akurat wtedy o konkretnej jednej dziewczynie, ale nie rozkładajmy tego na przykładzie tej jednej laski. Tylko chodzi mi o to, że ona w pewnym momencie obudziła się w świecie, w którym odkładała wszystko. Nawet nie tylko ze swojego życia, bo akurat ta para miała już jedno dziecko i ich bardzo, bardzo mocno doświadczyła niepłodność wtórna. Zosia Mazurek Dudek 00:13:59 Kiedy nie udawało się uzyskać kolejnej ciąży i tymi wszystkimi heroicznymi próbami, podejściami do in vitro, kiedy wszystkie środki też były tam inwestowane… Ona się obudziła w świecie, w którym zdała sobie sprawę z tego, że no nie tylko ona nie żyje, ale jej rodzina nie żyje. Jej córka nie ma spełnionego marzenia, tak? Na przykład prosi o psa, gdzie masz ogromną presję na tego psa. Też nie było czasu, no bo będziesz miała szczeniaka i będziesz zaraz w ciąży. Podchodzisz do kolejnego in vitro, wierzysz, że będzie tym ostatnim. Musisz to jakoś łączyć. No, nie masz też kasy na to, żeby kupić na przykład psa rasowego teraz i nie zabierasz tego dziecka na wakacje. Ania Mazur Gajo 00:14:36 Utrzymanie psa to też są koszty, tak? Zosia Mazurek Dudek 00:14:38 Oczywiście. No i odpowiedzialność za to, że to nie musi być tylko kupienie karmy na przykład, tak? Bo to kupienie karmy to jest najlepszy scenariusz, kiedy wszystko gra. A kiedy nie gra, musisz wziąć pod uwagę, że musisz to wziąć również na swoje barki. Ania Mazur Gajo 00:14:51 Więc zawieszasz się, pomimo że jest to niepłodność wtórna. Zosia Mazurek Dudek 00:14:56 Zawieszasz się i nie tylko… Właśnie o to chodzi, że to było zawieszenie… Tego, że ona zdała sobie sprawę z tego, że po pierwsze: nie pojechaliśmy na wakacje takie prawdziwe od trzech lat. Po drugie: ja słyszę o tym psie już któryś raz i ciągle odpowiadam, że nie, a kolejny czas mija. To było takie: kurczę, ta niepłodność po prostu wpływa na całe życie naszej rodziny. I właśnie, to kiedy możesz. Zosia Mazurek Dudek 00:15:30 Kiedy to przerwać? W sensie, to kiedy możesz to odkładać? Kiedy przychodzi. To po prostu musi się wydarzyć ten moment, w którym brakuje ci tlenu i wtedy sama się odbijesz. A ten moment przychodzi w bardzo różnym czasie, bo niektórym tego tlenu zabraknie szybciej, inni będą jechać na oparach jeszcze bardzo długo. Ania Mazur Gajo 00:15:47 Mi się tak wydaje, że każdy w swoim własnym. A może nigdy nie nastąpić. A może będziesz walczyć do ostatniej kropli. Ale nie da się tym, co powiesz, tego momentu jakby wywołać. Zosia Mazurek Dudek 00:16:03 Tak, jakby przyspieszyć. Ania Mazur Gajo 00:16:04 On sam przychodzi w twoim własnym, osobistym życiu, w twoim własnym uniwersum. Sam. I ty w końcu twierdzisz, że: „No, no nie. No, muszę coś zmienić. Ja już tak dłużej nie mogę”. Zosia Mazurek Dudek 00:16:17 Mhm. Ania Mazur Gajo 00:16:19 I właśnie często też dostajemy wiadomości, kiedy to się dzieje. Kiedy dziewczyny piszą nam o tym, że pozwalają sobie na różne rzeczy, których przez lata sobie odmawiały. I to są czasami maleńkości, chociaż dla nich wielkości. A czasami jadą gdzieś na wycieczkę. I już nie patrzą na to, że ten cel będzie odłożony. Ania Mazur Gajo 00:16:45 Tylko szczerze mają już tak dość, że już nie dadzą rady, no. Że jadą gdzieś tam zobaczyć, jak jest gdzieś indziej. Zosia Mazurek Dudek 00:16:55 Tak, no. Albo na przykład piszą nam, że zaczęły studia, których nigdy nie zaczęły. Ania Mazur Gajo 00:16:59 Bo przecież jak skończę studia w ciąży? Zosia Mazurek Dudek 00:17:01 I z dzieckiem małym, tak? Jak to zrobię? Albo zapisują się na kurs, o którym zawsze marzyły, ale był zawsze za drogi, za długi, nie na teraz. Ania Mazur Gajo 00:17:12 Czasami też jest tak, że to życie w zawieszeniu zmieniają te pokoiki, które zawsze miały być dla dziecka. I nagle też dostałyśmy taką wiadomość, gdzie po prostu to jedno pomieszczenie powodowało w tej dziewczynie. Zosia Mazurek Dudek 00:17:31 Taką presję. Ania Mazur Gajo 00:17:32 Taką presję i taką rozpacz, że to był nazywany „pokoikiem dziecka”. I w końcu ona sobie zmieniła to na swoje studio do ćwiczeń. I myślę, że to też jest taki moment. Ania Mazur Gajo 00:17:43 Przełomowy. Ile możesz przechodzić obok tego… Jakby sam pokoik po wielu latach, który nawet dostał swoją nazwę, to no też myślę, że tutaj się właśnie ten tlen kończył. I też gratuluję ogromnie i cieszę się niezmiernie, że ten moment nadszedł u tego człowieka i zrobiła sobie ten pokoik dla siebie. Zosia Mazurek Dudek 00:18:16 Przerobić z powrotem na pokoik dziecka, ale robisz to z największą przyjemnością. Ania Mazur Gajo 00:18:21 Ale tak, tak czy tak. Zosia Mazurek Dudek 00:18:22 I zawsze możesz to zrobić. Ania Mazur Gajo 00:18:24 Wygrywasz, no. Zosia Mazurek Dudek 00:18:24 No, a potem wiesz też. Boże, wyobrażasz sobie? Żyjesz w tym miejscu, mijasz ten pokoik tyle razy i tyle razy rozdrapujesz tę ranę. Ania Mazur Gajo 00:18:32 No tak, bo właśnie o to chodziło. Zosia Mazurek Dudek 00:18:34 To nie jest tak, że przypominasz sobie o tym raz na jakiś czas, bo mieszkasz w miejscu, żyjesz w tym miejscu. Ania Mazur Gajo 00:18:42 Tak, widziałam. On był nazwany nawet „pokoikiem dla dziecka”. To pomieszczenie było tak nazwane, więc jak komunikujesz się z mężem, mówisz: „Idź, odstaw to do pokoiku dla dziecka”. To było bardzo bolesne dla nich, więc musieli coś zmienić, bo już nie dali rady. No, ta dziewczyna, bo to ona z nami się kontaktowała, ona musiała coś z tym zrobić. Ania Mazur Gajo 00:19:06 I chociaż wydaje mi się, że nie znalazłyśmy takiego jednego guziczka, który przyspieszy ten proces i pomoże, natomiast mamy nadzieję, że to, czym się otaczamy i czego słuchamy, i może nasza rozmowa sprawi, że ten moment ukojenia, na różny sposób, przyjdzie do Was. Artykuł #109 Czy jeszcze potrafię podejmować decyzje bez pytania „a co jeśli będę w ciąży” pochodzi z serwisu Akademia płodności.

  • August 6 · 32 min

    #108 Czy niepłodność zmienia osobowość

    Czy niepłodność zmienia osobowość? A może po prostu wydobywa z nas cechy, których wcześniej nie znaliśmy? W tym odcinku rozmawiamy jak starania o dziecko zmieniły nas jako ludzi. O zazdrości, której wcześniej nie znałyśmy. O utracie spontaniczności. O relacjach z bliskimi. O poczuciu, że patrzysz w lustro i widzisz tę samą twarz, ale już zupełnie inną osobę. Zastanawiamy się też, czy po zakończonych staraniach można wrócić do siebie sprzed lat, czy pewne doświadczenia zostają z nami już na zawsze. Jeśli jesteś w trakcie starań, być może po raz pierwszy usłyszysz na głos myśli, które od dawna nosisz w sobie. A jeśli ten etap masz już za sobą, być może lepiej zrozumiesz, dlaczego niektóre emocje wracają nawet po wielu latach. Plan odcinka Czy niepłodność naprawdę zmienia osobowość? Dlaczego podczas starań przestajemy być spontaniczni? Jak niepłodność wpływa na poczucie własnej wartości i zaufanie do siebie? Zazdrość, złość i poczucie winy – emocje, których wcześniej nie znałyśmy. Dlaczego spotkania z dziećmi i kobietami w ciąży potrafią tak bardzo boleć? Jak znaleźć bezpieczne miejsce i „wentyl” podczas starań? Praca jako ucieczka od trudnych emocji – czy to naprawdę pomaga? Jak wspierać osobę starającą się o dziecko, żeby nie zrobić jej jeszcze większej krzywdy? Czy po zakończonych staraniach wracamy do dawnej wersji siebie? Jakie ślady niepłodność zostawia w nas na lata – nawet wtedy, gdy jesteśmy już rodzicami? Znajdziesz nas również tutaj: Podcast VIDEO SPOTIFY Ania Mazur-Gajo: Cześć, tu Ania i Zosia. Zosia Mazurek-Dudek: Wspólnie tworzymy Akademię Płodności. Miejsce, w którym towarzyszymy Wam podczas starań. Ania Mazur-Gajo: Dzień dobry w kolejnym podcaście. Zosia Mazurek-Dudek: Dzień dobry, witamy Was! Jesteśmy znowu w Lublinie. Mam nadzieję, że to będzie w takiej spoko kolejności, żeby Wam nie rozwalić główek tym, że… rozumiesz? Bo my czasami, wiecie, zmieniamy kolejność i nagrywamy. Ja Was na przykład trzy razy z rzędu witam w nowym odcinku, a potem: „Witamy Was po przerwie” czy coś tam, bo nagrywamy to wszystko inaczej. Ale może tym razem tak nie będzie. Słuchajcie. Przyszłyśmy sobie tutaj znowu pogadać z Wami i razem ze sobą podywagować na różne tematy, bo podobno nas lubicie słuchać. To jest niesamowite. To jest niesamowicie fajne, przyjemne i łechcące ego, ale też bardzo fajne, że możemy Wam tym nieść pomoc. I jak się otwieramy przed Wami i mówimy, jak to było u nas, to Wy potem bardzo często piszecie nam, że ktoś nazwał Wasze myśli, nie? Ania Mazur-Gajo: Tak. Bardzo często dostajemy wiadomości, że jesteśmy z Wami w różnych takich momentach. W samochodzie, na spacerach, sprzątamy z Wami. Zosia Mazurek-Dudek: To prawda. Stoimy w korkach. No, fajne to jest. Ania Mazur-Gajo: Ostatnio jedna słuchaczka napisała: „Szorowałam z Wami nawet kibel”. Zosia Mazurek-Dudek: No, szanujemy to. Fajne. A pamiętam, jak jeszcze jedna dziewczyna napisała: „Kiedy nowe odcinki? Bo sprzątam już do starych podcastów”. Że musi zapętlać poprzednie. To jest ekstra. Ehm… O czym będziemy sobie dzisiaj rozmawiać, Anna? Ania Mazur-Gajo: Będziemy rozmawiać o takim roboczym temacie: „Czy niepłodność zmieniła moją osobowość?”. Zosia Mazurek-Dudek: No bo tak sobie trochę rozmawiałyśmy o tym, że w sumie był to tak długotrwały i tak mocno… jakby znaleźć słowo… taki mocno… Ania Mazur-Gajo: Inwazyjny. Zosia Mazurek-Dudek: Mocno inwazyjny, tak, czas w życiu, że pozostawił takie, myślę nawet, że trwałe zmiany w osobowości. Mojej przynajmniej. Bo to, że wtedy, w trakcie starań, byłam inna, to jestem pewna na tysiąc procent. I zaraz sobie będziemy rozmawiać, dlaczego inna i dlaczego jakby… Bo ja już się zdradziłam, że nie wróciłam do swojego starego „ja”, tego sprzed. Tego Zosinka, który był przed. Albo tak mi się wydaje, ale kurczę, jest to takie graniczące z pewnością. Ania Mazur-Gajo: Czyli niepłodność zmienia? Zosia Mazurek-Dudek: Moją zmieniła. W sensie ona potrafi. Nie wiem, czy u Was też tak będzie. Moją osobowość zmieniła. Ania Mazur-Gajo: No dobra, czyli co zmienia niepłodność? Może zacznijmy od tego. Co u Ciebie zmieniło? Zosia Mazurek-Dudek: Właśnie może: co u mnie? Bo co ona zmienia? Ona może zmienić wszystko. Może sobie trochę spróbujmy nakreślić, jak siebie postrzegałyśmy sprzed. Ja na przykład byłam o wiele bardziej spontaniczna. Można by było powiedzieć, że Zosin to był człowiek spontan. Potem tę spontaniczność zatraciłam ze względu na to, że, tak myślę, trzeba było żyć pod konkretny cykl. Pod cykl, pod leki, pod wizyty u lekarza, co jakby z góry zakładało, że nie mogłaś już sobie tak puścić wodzów fantazji. Teraz też potrafię być spontaniczna, ale to jest level, bym powiedziała, dziesięć poziomów niżej. Nie ma takiego spontanu, jak kiedyś ze mną był, co? Ania Mazur-Gajo: Mhm. No, spontaniczność wynikała z tego, że chodziło o jakieś wyjazdy. Zosin się odpalał jednego dnia, pakował się i był nad jakimś jeziorkiem. Albo był z ziomeczkami na festiwalu. To był taki Zosin? Zosia Mazurek-Dudek: Tak, to był taki Zosin. Dokładnie, który wymyślał na takiej zasadzie: „Wow!”. Pamiętam, była… Jezu, znowu reklama maca. Ale nie wiem, czy pamiętasz, był taki czas, że w Maku była kawa za jakieś śmieszne pieniądze. Dwa zyla, trzy zyla. Pamiętasz to? No i ja na przykład jechałam po kawę dla wszystkich z mojej grupy, bo stwierdziłam, że to będzie super i im przywiozę, bo oni czekają na przykład na wykłady. Ania Mazur-Gajo: Aaa, widziałam takie zdjęcie. Zosia Mazurek-Dudek: No, pamiętałaś. Takie, jak stoję z tymi wszystkimi kubkami. Wtedy nikomu… Albo na przykład pamiętam, jak w Biedrze była wyprzedaż pomarańczy. Kupiłam takie dwie skrzynie tych pomarańczy i wyciskałam soki moim ziomeczkom z grupy. Miałam taki, rozumiesz… taki odpał. To oczywiście były też wyjazdy, ale właśnie mówię z przymrużeniem oka, bo mój mąż, który z kolei jest człowiekiem-kalendarzem… Znamy takie osoby, prawda, Ancia? Nie będę pokazywać palcem, ale siedzi tutaj w tym pomieszczeniu, w którym jestem tylko ja i ten człowiek-kalendarz, więc nie pokażę palcem. No to Barti na przykład wolał mieć wszystko zaplanowane. Jak ja wyjeżdżałam z tekstem, że kupiłam bilety do Londynu, bo były za 39 zł i lecimy jutro, to on… Wiecie, ja czekałam na taką reakcję, że przynajmniej jest tak samo zapalony jak ja: „Jezu, co zrobiłaś?!”. A on musiał się z tym ułożyć. Miał zaplanowane rzeczy i to było takie… Ania Mazur-Gajo: Ale Zosin lubi do tej pory taki być. Zosia Mazurek-Dudek: To weź to sobie teraz porównaj. Jeśli teraz wydaję Ci się wciąż spontanicznym człowiekiem, to gdybyś poznała mnie sprzed starań, to nie wiem, czy byś ze mną wytrzymała. Tak sobie myślę. Ania Mazur-Gajo: Myślę, że ciężko by było nadążyć za tym wszystkim. Zosia Mazurek-Dudek: Mogłoby tak być, no. Bo widzisz, Ty wciąż mimo wszystko postrzegasz mnie jako człowieka spontana, nie? Bo to raczej ja jestem człowiekiem zapalnikiem. Tak, to ma swoje dobre i złe strony. Ma swoje różne konsekwencje, które potem trzeba gasić, ale tak, uważam, że byłam zdecydowanie bardziej spontaniczna i potem mnie to tak przygasiło. Ania Mazur-Gajo: Ciężko jest być spontanicznym i pozwolić sobie na taką spontaniczność podczas starań, bo trochę szkoda Ci marnować czasu na tę spontaniczność. Zosia Mazurek-Dudek: Trochę nawet nie masz przestrzeni, gdzie ją zmieścić, rozumiesz? No bo jak masz co drugi dzień monitoringi… Ja tak miałam, najrzadziej co trzeci. No to mało jest w ogóle przestrzeni na tę spontaniczność, nie? Ania Mazur-Gajo: Nie można sobie pozwolić na taki wyjazd, bo po prostu o tym nie myślisz. Zosia Mazurek-Dudek: Nawet nie chodzi mi o to. Nawet nie chodzi o to, że Ty nie masz tej przestrzeni w kalendarzu, bo nie masz. Ale nie masz też tej przestrzeni w głowie. Po prostu nie pozwalasz sobie na to. Nie dajesz sobie na to pozwolenia. Ania Mazur-Gajo: No dobrze, ale jak teraz na to patrzysz, to źle było? Uwierał Cię ten brak spontaniczności? Zosia Mazurek-Dudek: Tęsknię trochę za samym tym Zosinkiem. Ania Mazur-Gajo: Ale podczas starań Cię uwierało? Zosia Mazurek-Dudek: Nie wiem, czy Ty byś tęskniła, ale… czy uwierało mnie? Tak. Tylko wtedy, wiesz, teraz ten czas dzieli już dłuższy dystans, więc ja jakby przywykłam do tego i mogłam się z tym obyć. To mogło sobie we mnie wrosnąć mikrokorzonkami i moje życie wygląda teraz tak, że jestem mniej spontaniczna. Ale wtedy, kiedy trzeba było to uciąć maczetą… Był sobie spontaniczny Zosin i nagle: bum, leczymy się. I to wymaga od Ciebie po prostu poprzestawiania wszystkich mebelków w Twoim życiu. To było takie… no, wydawało mi się, że życie nagle stało się nudniejsze. Po prostu. Oprócz tego, że było bardzo smutno, bo było bardzo dużo porażek po drodze, to jeszcze w międzyczasie niewiele się działo. Przez to też, że… no właśnie, przejdźmy do następnego, bo oprócz spontaniczności przestajesz być też taka bardziej ufna. Rozumiesz? Tracisz grunt pod nogami, poczucie bezpieczeństwa i przestajesz ufać sama sobie, swoim własnym wyborom. Podważasz je i tak bardzo zjeżdża Ci w dół samoocena, że trochę nie bardzo znasz tego Zosinka, którego wydawało Ci się, że znasz jak własną kieszeń. Ania Mazur-Gajo: Poznajesz siebie inną. Podczas starań ja mam takie poczucie, że jestem inną osobą. Że pierwszy raz poznaję siebie samą. Nie znam tej dziewczyny. Zosia Mazurek-Dudek: Kurde, ja miałam tak samo. Ania Mazur-Gajo: I dosłownie miałam takie poczucie, że patrzę w lustro i widzę tę samą twarz co kiedyś, a to jest inny człowiek. W ogóle nie rozumiem jej myśli. Jakby nas były dwie w środku. Zosia Mazurek-Dudek: Miałam tak samo. I miałam tak, że nie lubiłam tej drugiej siebie. I to było chyba najgorsze w tym wszystkim. Bo to było tak… Nie wiem, Ty akceptowałaś tę nową siebie, którą poznawałaś? No bo u mnie od razu pojawiał się taki sabotaż. Ania Mazur-Gajo: No, to jest to, dlaczego ciężko było mi to zaakceptować. Bo ja pamiętałam dawną siebie. Taką pozytywną, serdeczną dziewczynę. Zosia Mazurek-Dudek: No właśnie. Jaka była dawna Ania? Ania Mazur-Gajo: Taka właśnie kochająca ludzi. A bardzo pamiętam, jak destrukcyjnie działało na mnie uczucie zazdrości. Oczywiście wcześniej jakaś zazdrość gdzieś tam była, jakieś takie pierdoły. Ale kiedy dochodziły do mnie wręcz negatywne myśli w stosunku do drugiej osoby tylko dlatego, że ktoś jest w ciąży… No nie poznawałam siebie. Ja w ogóle… nawet mówienie źle o ludziach sprawiało mi jakąś satysfakcję. Jak ktoś był w ciąży, to… wiecie… wyrażanie się w dość niepochlebny sposób. Ja się tym karmiłam. I to nie byłam ja. Ciężko mi było. Z jednej strony miałam wrażenie, że tego potrzebuję, a z drugiej strony dawna Ania tak nie robiła. Ona tak nie robiła. Ona się tak nie odzywała. Ona nie mówiła złych rzeczy o ludziach. Nie wyrażała się w ten sposób. Zosia Mazurek-Dudek: A myślała sobie źle? Tylko po prostu nie była w stanie tego wyartykułować? Ania Mazur-Gajo: Nie. Nie, absolutnie nie. To się zaczęło podczas starań o dziecko. Wtedy poznawałam taką stronę siebie, która wcześniej w ogóle mi się nie pokazała. Raczej byłam życzliwa dla ludzi, również w swoich myślach. I to było dla mnie trochę przerażające. Myślałam sobie: „Kurde, co się ze mną dzieje? To się kiedyś zatrzyma? W ogóle co to jest? Jakiś potwór się we mnie rodzi”. Tego się bardzo obawiałam. Bo wcześniej podchodziłam do ludzi dobrze, przynajmniej tak to czułam. A nagle czułam, że podchodzę źle. Że pojawiają się myśli, których wcześniej nie było. „Jesteś w ciąży? Nie lubię Cię. Będę mówiła o Tobie źle.” Zosia Mazurek-Dudek: Dlatego, że jesteś w ciąży. Bo tydzień temu, jeszcze jak nie wiedziałam, że w niej jesteś, to było wszystko między nami okej. Ania Mazur-Gajo: Tak, to było okej, a teraz mam do Ciebie jeszcze takie… no wiesz: „Pogadajmy sobie źle o tej osobie” z moim mężem. No to masakra. Straszne to było. Ale to było silniejsze ode mnie i to było takie… sama nie wiem. Może to była jakaś próba poradzenia sobie z tą sytuacją. Bo wolałam robić to w taki sposób, niż powiedzieć na przykład: „Jezu, to mnie tak bardzo boli”. Czegoś takiego nie powiedziałam. Nawet nie pojawiło się to w moich myślach, nie zostało wypowiedziane. Tylko wolałam w taki sposób, nie wiem, gdzieś wywalić ten ból. Tak sobie myślę. W inny sposób nie potrafiłam. I bardzo mi się ten sposób nie podobał. Nie podobało mi się to. Po prostu nie podobało mi się to, kim się staję. Zosia Mazurek-Dudek: Czaję. Ja miałam podobnie i pamiętam też, że bardzo się tego bałam. To też w kontekście tego, jak to zmieniło moją osobowość. W pewnym momencie, kurczę, jak pojawiały się na przykład dzieciaczki gdzieś bardzo blisko — w najbliższej rodzinie czy wśród najbliższych znajomych — to było mi coraz ciężej tam być. Miałam też takie wrażenie, że percepcja wszystkich jest tak bardzo nastawiona na te dzieci, że właściwie przy tym stole nie gada się o niczym innym, tylko o dziecku. Cały czas wszyscy je monitorują wzrokiem. Co ten mały zrobił, co teraz, jakie są jego kolejne kroki. No i o niczym innym się nie gadało, tylko o tym dziecku. I z każdej wizyty miałam coraz większe poczucie, że ja chyba po prostu nie wytrzymam kolejnych spotkań. I nie lubiłam tego Zosinka. Ale też dlatego, że bałam się, co przyniesie jutro. Rozumiesz? Że teraz jeszcze wytrzymuję, zagryzam zęby, to mnie kosztuje coraz więcej, jestem coraz bardziej wściekła, potem muszę się coraz bardziej wyżyć albo wypłakać, albo gdzieś te emocje zostawić. Ale wciąż przychodzę na kolejne wizyty. A co będzie w momencie, w którym już nie dam rady? Zadawałam sobie to pytanie. Czy stworzę mojemu mężowi taki zgorzkniały świat jednej laski, którą po prostu zmiotło. Zmiotła ją seria niepowodzeń i teraz nie będziemy spotykać się z nikim, kto ma dziecko. Mimo że to jego rodzina, jego najbliżsi znajomi, to jego żona nie będzie w stanie tego dźwignąć. Bardzo się tego bałam. Pamiętam, że to też mocno wpływało na moje takie „ja”. To bardziej siedziało w głowie, ale było tak bardzo przejmujące i do tego stopnia przeszywające, że nie wiedziałam, co z tym zrobić. A mogło się tak stać. Mogło się tak stać, że kiedyś po prostu powiedziałabym: „Nie. Teraz już nie dam rady. Możesz jechać sam albo możesz zostać ze mną, ale ja już tam nie pojadę”. Ania Mazur-Gajo: Zobacz, jak bardzo jest to bolesne. Jak bardzo jest to bolesne, że determinuje nawet Twoje wybory. No właśnie, nie możesz się więcej ukrywać. Nie możesz przez, nie wiem… nie życzę oczywiście nikomu tego… ale przez te Twoje dziesięć lat. Zosia Mazurek-Dudek: Tak. Ania Mazur-Gajo: I ciężko jest się zamknąć po prostu na dziesięć lat, bo to jest kawałek Twojego życia. Później patrzysz sobie na to z perspektywy. Nie wiesz, ile to będzie trwało, dopóki się nie obrócisz i nie spojrzysz wstecz. Ale dziesięć lat… to jesteś Ty. To jest Twoje życie, które już nigdy nie wróci. Zosia Mazurek-Dudek: No, to prawda. Ania Mazur-Gajo: Ty już nigdy nie będziesz mogła odzyskać tych dziesięciu lat. Zosia Mazurek-Dudek: Jasne. Tylko że w tym momencie, w którym jesteś w tym epicentrum, jesteś tym Zosinkiem zwiniętym na podłodze, który wraca z kolejnej wizyty, to nie wiem, Aniu, w jakim języku musiałabyś do mnie mówić, żebym ja chciała na to spojrzeć i zobaczyć, że… w sumie mogę spróbować jakoś żyć, chociaż w tym czasie. Ania Mazur-Gajo: No to masz to w dupie. Zosia Mazurek-Dudek: Możesz do mnie gadać, rozumiesz? Możesz mówić po chińsku, po angielsku, możemy gadać, ale ja dokładnie mam wtedy to w dupie, bo Ty mnie nie rozumiesz. Ania Mazur-Gajo: No, prawda. Zosia Mazurek-Dudek: Bo gdybyś mnie rozumiała, to nie dawałabyś mi takich rad. Rozumiesz? A Ty mi teraz mówisz: „Spróbuj wyrwać tej niepłodności trochę życia”. A ja mówię: „No dobra, to widocznie Twoja była łatwiejsza, skoro mogłaś jej trochę wyrwać. Ja mojej nie mogę. Moja mnie przygniata na tyle, że nie mogę”. I najlepiej wyjdź, jeśli masz mi gadać takie rzeczy, bo nie jesteś moim prawdziwym friendem. Czaisz? A jeszcze jak w międzyczasie uda Ci się zajść w ciążę, to już na pewno nie będziesz moim friendem, ziomuś. Niestety. I bardzo bałam się tego, że… Wiesz, ja z moim mężem znałam się bardzo długo przed ślubem, więc miałam takie wrażenie, że znamy się dobrze. Że jak podejmuję decyzję, że wychodzę za tego typa, a on bierze sobie mnie za żonę, to nie kupujemy kota w worku. Jasne, nigdy nie wiesz, co się wydarzy, zawsze może się coś zdarzyć, ale masz takie poczucie. A tutaj bałam się, że on za chwilę będzie miał zupełnie inną typiarę niż tę, którą znał przez tyle lat. Po prostu tak bardzo to wpływało na moją osobowość, że ta laska, którą poślubił kilka lat temu, w niczym nie będzie przypominała tej, którą ja się staję. W którą się przepoczwarzam, rozumiesz? I to było takie przerażające, że ja w sumie nie wiem, gdzie wyląduję. Ale te miejsca, w których są małe dzieci, są brzuchy ciążowe i są tylko te tematy, o których ja marzę, a które ciągle nie mogą mnie dotyczyć… one mnie po prostu parzyły. Rozumiesz? Ja wracałam z nich poraniona. Więc trochę z takiej chęci ochrony samej siebie, żeby nie wracać z jeszcze większą liczbą blizn, stwierdziłam, że muszę po prostu schować się gdzieś do jakiejś nory. Później oczywiście przychodzi Ci po latach taka refleksja, że dało się żyć pomiędzy tym wszystkim. Ale wtedy nie potrafiłaś. Ja nie potrafiłam. Ania Mazur-Gajo: A podczas starań były takie miejsca, w których czułaś się dobrze? Zosia Mazurek-Dudek: Dobrze… To też jest takie… Ania Mazur-Gajo: Gdzieś ukociłaś sobie swoje norki i czułaś, że możesz funkcjonować. Że ten nowy Zosin, nazwijmy go tak, który próbuje się ukształtować w tym kryzysie i w tym ogromnym bólu… No bo on w końcu powstanie. Jakiś Zosin z tego wszystkiego się ulepi. Zosia Mazurek-Dudek: Tak, tak. Ania Mazur-Gajo: Więc gdzie ten Zosin był? Gdzie on się chował? Zosia Mazurek-Dudek: Chodzi Ci o znajdowanie wentylu? Bo ja bym to raczej nazwała znajdowaniem wentylu i spuszczaniem ciśnienia albo łapaniem powietrza po zbyt długim zanurkowaniu pod wodę. To były raczej momenty niż miejsca. Takie chwile, kiedy łapałaś się na tym, że przez chwilę mniej bolało. Albo wracałaś do tej nory, w której bolało, więc to było bardziej takie wyrywanie sobie tych momentów. Ale były też miejsca, w których czułam się bezpiecznie. Najczęściej był to dom. To był Dudek, czyli bycie przy nim. To był często internet, w którym łatwo było być anonimową. No i ja bardzo dużo uciekałam w pracę. Uwielbiałam to. Czyli takie obracanie się ciągle w temacie płodności, czytanie badań naukowych, bo zawsze możesz dowiedzieć się czegoś nowego, przeczytać o nowym suplemencie, o nowym… Wiecie. Wtedy pojawiało się bardzo dużo badań. Z jednej strony byłam ciągle sfokusowana na tym, żeby pomagać pacjentom jak najlepiej, ale z tyłu głowy wciąż miałam, że może to, co wyczytam, pomoże również mnie. I to było takie… Fajnie być na bieżąco, ciągle wałkować różne podejścia do żywienia, może testować coś na sobie i może akurat to zaskoczy. Ja bardzo dużo wtedy pracowałam. To było takie moje… wrócić po prostu tak urobioną, że właściwie jak się położysz w ubraniu i w makijażu, to już tak zostajesz do rana. Ania Mazur-Gajo: Ja tylko przypomnę, że ja znam Zosię, która podczas starań pracowała bardzo dużo. Ona nie powiedziała „nie” nawet wtedy, kiedy robiłyśmy live’a o drugiej w nocy. Zosia Mazurek-Dudek: Ja uważam, że to był świetny pomysł. Troszkę się tego wstydzę teraz. Nie wiem dlaczego ciągle mamy takie… Ania Mazur-Gajo: No bo chcę pokazać, gdzie zniknął Zosin. Praca. Zaszywanie się na trzy dni w domku rodziców i robienie warsztatów. Zosia Mazurek-Dudek: Tak. Jakby jutra miało nie być po prostu. Ania Mazur-Gajo: Tak, jakby jutra nie było. Wstawanie, właściwie przerwa tylko na sen. Zosia Mazurek-Dudek: I to taki króciutki. Ania Mazur-Gajo: Pięć godzin, a później znowu tyrka. Ja byłam z nią wtedy. Zosia Mazurek-Dudek: I Ty nie podeszłaś i nie powiedziałaś: „Zosin, Zosin, to jest właśnie ten moment. Zrobimy Ci kawkę i nauczymy się pić ją w spokoju. To będzie dziesięć minut. Nie od razu Cię tu zgwałcimy tym odpoczynkiem, ale dziesięć minut wypijesz kawkę w spokoju”. Ania Mazur-Gajo: Akademia Płodności na początku po prostu jechała po bandzie, jeżeli chodzi o czas pracy. Może dlatego jesteśmy tu, gdzie jesteśmy. Zosia Mazurek-Dudek: No może. Ale gdybyśmy jechały tak ciągle, to nas by tu już nie było. Ania Mazur-Gajo: To nas by tu już na pewno nie było, bo to było wręcz chore. Wracanie do domu o czwartej nad ranem. No masakra. Zosia Mazurek-Dudek: Proszę nie wyciągać takich rzeczy, bo ja się tego naprawdę wstydzę. Ania Mazur-Gajo: W każdym razie chcę powiedzieć, że ten Zosin właśnie tak starał się o dziecko. Zarobiony. Siedział do późna. Zosia Mazurek-Dudek: Ale zobacz, jakie to jest irracjonalne. Jak ja teraz patrzę na tamtego Zosinka… Boże, to był taki zmęczony niewyspany człowiek./ Sen to jest w ogóle podstawa regeneracji. Ja się nie regenerowałam. Zero. Po prostu zero. Rozumiesz? Mi się wydawało, że jak ja zawalę ten kalendarz… Jak ja zapraszałam tego maluszka do swojego życia? W czym, przepraszam? Kiedy ja na Ciebie, bobasku, znajdę czas? Ja teraz mam kalendarz zawalony ludźmi na dwa miesiące do przodu i co? No ale mamusia musi tak żyć, bo mamusia nie potrafi inaczej. Rozumiesz? Ania Mazur-Gajo: To był bardzo wyniszczający czas, tak naprawdę. Zosia Mazurek-Dudek: Tak, dokładnie. To było takie… Ania Mazur-Gajo: Dla organizmu. Zosia Mazurek-Dudek: To była nora bezpieczna dla głowy, teoretycznie, ale ona była bardzo niehigieniczna. Ania Mazur-Gajo: Bardzo. Zosia Mazurek-Dudek: Tryb życia był niehigieniczny. Ania Mazur-Gajo: Bo pamiętam właśnie tego pracowego Zosina. No bo Zosin miał różne etapy. Był dietetyczny Zosin i był niedietetyczny Zosin, kiedy odpalał wrotki. Różny był ten Zosin. Ale ten pracowy… tak, prowadził bardzo niehigieniczny tryb życia. Tylko rozumiesz, my prowadziłyśmy Akademię i żadna z nas nie powiedziała temu „stop”. Ja myślałam, że Ty tego po prostu potrzebujesz. Że wiesz, co jest dla Ciebie dobre. Zosia Mazurek-Dudek: Mi się tak wtedy wydawało. Mnie było z tym bardzo dobrze. Ania Mazur-Gajo: Zresztą ten Zosin i tak by nie posłuchał. Zosia Mazurek-Dudek: Tak. Bo ja bym sobie pomyślała: „Łatwo Ci mówić. Masz teraz dwójkę dzieci i mi gadasz takie rzeczy? Serio? To Ty jesteś moim ziomkiem czy jednak nie grasz w moim teamie?”. Na pewno bym Cię nie posłuchała. Mogłabym się jeszcze obrazić na Ciebie. Ania Mazur-Gajo: Ja nawet nie miałam zamiaru. Zosia Mazurek-Dudek: To prawda. Byłaś super wsparciem. Muszę to przyznać, naprawdę. Po czasie widzę, że byłaś super wsparciem, bo byłaś taka obecna. Ty byłaś, Aniusia, super, bo potrafiłaś zapytać. I to ode mnie zależało, na ile chciałam Cię w to wszystko wprowadzić i na ile chciałam rozdrapywać temat. Pamiętam, że zawsze miałam przy Tobie taki komfort, że Ty zapytasz. To było takie, że dawałaś mi swobodę i nie naciskałaś. Jak nie chciałam mówić, to nie wypytywałaś dalej: „A jeszcze? A jeszcze? Powiedz, bo chcę wiedzieć”. To było świetne. Od takich ludzi jak Aniusia naprawdę warto się uczyć. Może to jest właśnie pomysł na odcinek: jak można być obecnym i wspierającym, ale nie takim nachalnie obecnym. Bo czasami, wiesz… kojarzę takich ludzi, którzy jak już dowiedzieli się o naszych staraniach, to wiem, że wynikało to z troski. To było kochane, ale jednocześnie przytłaczająco męczące. To już było takie, że wręcz chcieli zorganizować mi życie od nowa. Wiem, że z troski i z miłości, ale to było trudne. A Ty taka nie byłaś, więc to było wspaniałe. I to prawda. Ja bym Cię nie posłuchała, więc dobrze, że Ty to wiedziałaś. Bo na pewno pomyślałabym sobie: „Jesteś głupsza, niż myślałam. Myślałam, że jesteś mądrą dziewczynką, a Ty mi takie głupoty gadasz”. A propos zmiany osobowości. Czyli wracając do roboczego tytułu, albo już do tego, który zostanie… Czy ta Ania sprzed starań kiedykolwiek jeszcze wróciła? Do tego swojego stanu bazowego, zerowego, z którego startowała? Czy jednak mówimy o lasce, która po prostu dojrzewała i ciężko porównywać te dwie typiary? Ania Mazur-Gajo: Myślę, że złożyło się na to również to, że był to czas kształtowania się Ani jako dorosłej osoby. Pomyśl sobie, że starania wypadają w różnych momentach naszego życia. Ja zaczęłam je jako młoda dziewczyna, która jeszcze kształtowała swój charakter, zbierała doświadczenia do tego swojego życiowego garnuszka. Uczyła się życia. I już nie byłam tą samą Anią, bo niepłodność dała mi ogromne doświadczenie. To był też pierwszy kryzys w naszym związku. Z tego fajnego, frywolnego życia pierwszy raz zderzyłam się z tym, że życie nie jest takie łatwe, jak mi się wydawało. I nie jest takie frywolne, jak mi się wydawało. I nie jest instagramowe. Pierwszy raz zderzasz się z tym, że trzeba zarobić pieniądze, bo trzeba kupić leki. A te leki kosztują kupę pieniędzy. Zosia Mazurek-Dudek: Kupy kasy. Kupy kasy. Ania Mazur-Gajo: Pamiętam, jak mojemu mężowi powiedziałam kiedyś: „Misiu, my nawet nie mamy mieszkania”. Wynajmowaliśmy wtedy mieszkanie, a później mieszkaliśmy u mojej teściowej. I pamiętam, że powiedziałam: „My się nawet nie dorobiliśmy własnego mieszkania”. Ania Mazur-Gajo: I on tak wtedy stanął i powiedział: „Dorobiliśmy się czegoś ważniejszego, bo mamy dwójkę dzieci”. I to jest właśnie… Wiecie, tak mnie to bardzo otrzeźwiło. Zaraz się tu popłaczę, ale… kurczę. Tak. Ten czas wykorzystaliśmy właśnie na to. Nie żałujemy. Jakie było pytanie? Chyba gdzieś odpłynęłam. Zosia Mazurek-Dudek: Jak warto mieć przy sobie taką osobę, która Cię otrzeźwi w takim momencie. Ania Mazur-Gajo: No tak. To tak człowiek myśli, nie wiadomo dlaczego, a… Zosia Mazurek-Dudek: A pamiętaj, że jeszcze dążyłaś i wyobrażałaś sobie: wiesz, teraz mogłabyś być w pięknym, własnym mieszkaniu, ale bez dzieci. Ania Mazur-Gajo: No. Zosia Mazurek-Dudek: Perspektywa. Ania Mazur-Gajo: Tak. Poświęciliśmy tę możliwość na starania. Poświęciliśmy też ogrom czasu. Zawsze czegoś nie mamy, ale mamy coś najwspanialszego. Zosia Mazurek-Dudek: Ale ja mam wrażenie i wielką nadzieję, że Ty się wzruszasz dlatego, że masz te dzieciaki, a nie dlatego, że nie masz mieszkania. Że to właśnie to wywołało te wzruszenie. Ania Mazur-Gajo: Nie. To było takie… wiecie… otrzeźwiające. Takie: „Kurde, zatrzymaj się na chwilę”, bo ten świat tak pędzi za posiadaniem wszystkiego. A tak naprawdę czasami zapominamy o takim zwykłym docenieniu. Poproszę kolejne pytanie. Zosia Mazurek-Dudek: Plus, żeby zamknąć to klamrą. A propos tego, jak kosztochłonne potrafią być starania. Dorabianie się swojego mieszkania… Owszem, możesz je urządzać na bardzo różne sposoby, z różnymi projektantami wnętrz, korzystając z bardzo różnych rozwiązań, więc widełki cenowe mogą być różne. Ale one kiedyś się kończą. Rozumiesz? Masz jakiś cel, ustalasz sobie nawet z górką budżet i wiesz, że jakimś kredytem, jakimś nakładem pracy czy czymkolwiek jesteś w stanie zgromadzić określoną liczbę środków i dopniesz swego. Będziesz mieć mieszkanie. Natomiast przy staraniach o dziecko nikt Ci nie da takiej gwarancji. Rozumiesz? Nikt nie powie: „Okej, jest jedna metoda. Jest bardzo droga, ale daje gwarancję 100%. Wystarczy, drodzy Państwo, że uzbieracie milion złotych i ja Wam zrobię takie in vitro, które na pewno zadziała”. Ania Mazur-Gajo: To jest studnia bez dna. Zosia Mazurek-Dudek: I właśnie o to chodzi, że tam nie ma limitu. To może być tuż za zakrętem, a może to być dziesięć lat bardzo wyniszczającego fizycznie i finansowo procesu. Ania Mazur-Gajo: Bo to jest wyniszczające. My znamy też wiele takich par, którym nawet, jeśli mogłyśmy, to pomagałyśmy. Czy właśnie wysyłając suplementy, bo gdzieś tam w rozmowie wyszło, że tej parze skończyły się już środki na kolejne wydatki. Mówiłyśmy wtedy: „Dobrze, skoro i tak leżą u nas w biurze, to wyślijmy im je. Może akurat to będzie taka dodatkowa śrubka, która coś pomoże”. Znamy wiele takich historii. Ci ludzie stają na głowie. Dosłownie stają na głowie. Oni zrobią wszystko. Zosia Mazurek-Dudek: I nie wiedzą, kiedy to się skończy. Ania Mazur-Gajo: Wszystko. Poświęcą naprawdę wiele. Po prostu wiele. Zosia Mazurek-Dudek: Na koniec tego odcinka, bo myślę, że zbliżamy się już do brzegu, chciałam jeszcze tylko powiedzieć, a propos zmiany osobowości, że bardzo długo miałam coś podobnego do Ciebie. Więc teraz trochę przemówię Twoim głosem, żebyś mogła chwilkę dojść do siebie. Zosia Mazurek-Dudek: Pamiętam, jak opowiadałaś mi, że kiedy Twój mąż przychodził do Ciebie z informacją o tym, że ktoś jest w ciąży, i to było jeszcze w okresie starań, to używał takiego określenia: „Mam newsa”. I Ty już po samym haśle „mam newsa”… Ania Mazur-Gajo: Aż mnie jeszcze do tej pory… Zosia Mazurek-Dudek: I właśnie chciałam powiedzieć, że są takie rzeczy, które — mimo że zostawiłaś te starania za sobą… Aż mam gęsią skórkę. Tyle lat minęło, jesteś już spełnioną mamą, temat jest zamknięty. A one tak zakotwiczają się w Twoim serduszku, wręcz w Twoim DNA… Ania Mazur-Gajo: To chyba… Zosia Mazurek-Dudek: …że one już chyba zostaną. Ania Mazur-Gajo: To chyba organizm po prostu tak nauczył się reagować. Zosia Mazurek-Dudek: Stresem. Ania Mazur-Gajo: Stresem. Zosia Mazurek-Dudek: I tworzą się takie hiperłącza do przeszłości. Ania Mazur-Gajo: On już nie umie… Jak Ty powiedziałaś „hiperłącza”, to sobie to zapamiętam. Zosia Mazurek-Dudek: Ja mam tak samo. Tekst „mam newsa” i Ty od razu… Ania Mazur-Gajo: Ja do tej pory, kiedy mój mąż przychodzi i mówi: „Mam newsa”, to… Już teraz coraz mniej, ale nadal wywołuje to u mnie stres. Bo wiem, że kiedyś to była taka bomba dla mnie. Musiałam wziąć głęboki wdech i powiedzieć: „Mów. Kto?”. I wiedziałam po prostu, że ktoś jest w ciąży. I że to nie jesteśmy my. Zosia Mazurek-Dudek: I powiedz mi teraz, że niepłodność nie zmienia osobowości. Ania Mazur-Gajo: Mhm. Zosia Mazurek-Dudek: Po tylu latach, po szczęśliwie zakończonych staraniach, można wciąż tak się stresować. Można wciąż być tam głową. Ania Mazur-Gajo: Nadzianą… Zosia Mazurek-Dudek: Tak. Ania Mazur-Gajo: …staraniami. Zosia Mazurek-Dudek: One się naprawdę gdzieś wkręcają w DNA. To oczywiście są tylko nasze przemyślenia, ale bardzo jesteśmy ciekawe Waszych. Bo skoro siedzą tutaj dwie laski i o tym rozprawiają, a potem czytają w DM-ach mnóstwo podobnych historii, to myślimy sobie, że to jest chyba kolejny wspólny mianownik, który może nas łączyć. Jeśli zechcecie podzielić się z nami tym, czy też tak macie, czy macie wrażenie, że niepłodność zmieniła Waszą osobowość… Może jesteście w trakcie starań, może już po. Czy wciąż znajdujecie takie hiperłącza do przeszłości? Albo może oglądacie stare zdjęcia i widzicie siebie sprzed lat, myśląc: „Ta laska jest totalnie inna niż ta, która teraz siedzi i trzyma to zdjęcie”. No i właśnie — wraca nostalgia? Czy raczej macie poczucie, że po prostu dojrzeliście i coś się zmieniło? Że może brakuje Wam pewnych rzeczy z tamtej wersji siebie, ale są też inne, fajniejsze, które pojawiły się teraz. Bardzo jesteśmy ciekawe Waszych doświadczeń. Jeśli znajdziecie przestrzeń, żeby się nimi z nami podzielić, będziemy bardzo wdzięczne. Zawsze miło jest czytać kolejne perspektywy. Dziękujemy Wam bardzo za wysłuchanie tego podcastu. Wracamy niebawem z kolejnym odcinkiem, a Wam życzymy udanego tygodnia. Artykuł #108 Czy niepłodność zmienia osobowość pochodzi z serwisu Akademia płodności.

  • July 31 · 39 min

    #107 Sprzedajemy dietę czy nadzieję

    Często dostajemy wiadomości: „Czy naprawdę wierzycie, że dieta może pomóc?” „Czy nie sprzedajecie po prostu nadziei?” To są ważne pytania. I takie, przed którymi nigdy nie chcemy uciekać. W tym odcinku rozmawiamy bardzo szczerze o tym, skąd wzięła się Akademia Płodności, dlaczego od ponad 10 lat mówimy o wpływie diety na płodność i gdzie, naszym zdaniem, przebiega granica między dawaniem nadziei a składaniem obietnic. Bo my nie możemy obiecać ciąży. Możemy natomiast pokazać, co mówi nauka, opowiedzieć o własnych doświadczeniach i wyjaśnić, dlaczego mimo upływu lat nadal wierzymy, że dieta jest jednym z elementów, który może realnie wspierać płodność. Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się, czy dieta naprawdę ma znaczenie, ten odcinek jest właśnie dla Was. Plan odcinka W tym odcinku rozmawiamy o: Naszej własnej drodze do diety wspierającej płodność, Dlaczego zaczęłyśmy zajmować się właśnie tym obszarem, Czy dieta naprawdę może wpływać na płodność i co mówią na ten temat badania, Dlaczego nie ulegamy dietetycznym modom i opieramy się na Evidence Based Medicine, Czy każda para starająca się o dziecko powinna zmieniać sposób odżywiania, Ile czasu potrzeba, aby zauważyć pierwsze efekty zmian, Dlaczego nigdy nie obiecujemy ciąży i gdzie przebiega granica etyki w komunikacji, Czym dla nas jest nadzieja i dlaczego od początku stanowi fundament Akademii Płodności. Znajdziesz nas również tutaj: Podcast VIDEO SPOTIFY Czasami dostajemy wiadomości, które nie są łatwe. „Czy naprawdę wierzycie, że dieta może pomóc?” „Czy nie sprzedajecie po prostu nadziei?” To są ważne pytania. I takie, przed którymi nigdy nie chcemy uciekać. W tym odcinku rozmawiamy bardzo szczerze o tym, skąd wzięła się Akademia Płodności, dlaczego od ponad 10 lat mówimy o wpływie diety na płodność i gdzie – naszym zdaniem – przebiega granica między dawaniem nadziei a składaniem obietnic. Bo my nie możemy obiecać ciąży. Możemy natomiast pokazać, co mówi nauka, opowiedzieć o własnych doświadczeniach i wyjaśnić, dlaczego mimo upływu lat nadal wierzymy, że dieta jest jednym z elementów, który może realnie wspierać płodność. Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się, czy dieta naprawdę ma znaczenie, ten odcinek jest właśnie dla Was. Plan odcinka W tym odcinku rozmawiamy o: naszej własnej drodze do diety wspierającej płodność, tym, dlaczego zaczęłyśmy zajmować się właśnie tym obszarem, czy dieta naprawdę może wpływać na płodność i co mówią na ten temat badania, dlaczego nie ulegamy dietetycznym modom i opieramy się na Evidence Based Medicine, czy każda para starająca się o dziecko powinna zmieniać sposób odżywiania, ile czasu potrzeba, aby zauważyć pierwsze efekty zmian, dlaczego nigdy nie obiecujemy ciąży i gdzie przebiega granica etyki w komunikacji, czym dla nas jest nadzieja i dlaczego od początku stanowi fundament Akademii Płodności. Mam wrażenie, że ten wstęp bardzo dobrze przygotowuje słuchacza do odcinka, a jednocześnie nie zdradza wszystkich najciekawszych fragmentów rozmowy. Ania: Cześć, tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności – miejsce, w którym towarzyszymy Wam podczas starań. Zosia: Witamy w kolejnym podcaście! Ania: Witamy, witamy. Za chwilę, po krótkim przywitaniu, porozmawiamy o… Właściwie znowu mam ochotę powiedzieć, że będzie to trudny temat. Za często mówię, że nagrywamy trudne odcinki, ale akurat ten jest dla nas wyjątkowo wymagający. Myślę, że to chyba najtrudniejszy odcinek z całej serii, którą nagrywamy dzisiaj w studiu. Zosia: To może od razu zdradźmy ten kontrowersyjny tytuł. Ania: „Sprzedajemy dietę czy nadzieję?”. Zosia: I właśnie o tym będziemy dzisiaj rozmawiać. O wpływie diety na płodność. Czy dieta naprawdę może pomóc? Czy to rzeczywiście działa? Czy może same sobie coś wymyśliłyśmy? A może to wszystko jest tylko marketing i żerowanie na bardzo trudnym momencie w Waszym życiu? Ania: No dobrze, to zacznijmy. Jestem ciekawa, skąd właściwie wzięło się u Ciebie przekonanie, że będziesz zajmować się dietą wspierającą płodność. Przecież kiedyś żyłaś sobie normalnie i prawdopodobnie nawet nie miałaś pojęcia, że istnieje coś takiego jak dieta płodności. To trochę jak Maciek, który przywitał nas dzisiaj w studiu i zapytał, czy dieta naprawdę ma aż taki wpływ. Albo jak pan w windzie w TVN-ie, kiedy jechałyśmy do studia jako specjalistki od diety płodności. Spojrzał na nas i zapytał: – Naprawdę? To ma aż taki wpływ? I to jest pytanie, które słyszymy bardzo często. Czy my po prostu dorabiamy do tego ideologię? Czy może ten wpływ jest naprawdę tak niewielki, a my go niepotrzebnie wyolbrzymiamy? No więc… skąd to się u Ciebie wzięło? To przecież bardzo niszowy temat. Dzisiaj Wy prawdopodobnie już o nim wiecie, bo obserwujecie nas i jesteście gdzieś na swojej drodze starań o dziecko. Ale wcześniej większość z Was pewnie nawet nie wiedziała, że dieta może mieć z tym cokolwiek wspólnego. Skąd więc pojawiła się u Ciebie ta pierwsza myśl: „Hej, istnieje dieta, która może wspierać płodność”? Ania: To może zacznę od tego, że moimi pierwszymi studiami były studia położnicze. Można więc powiedzieć, że fizjologia człowieka nie była mi całkowicie obca. Wiedziałam już coś o hormonach, insulinie, jajnikach i o tym, jak funkcjonuje organizm. Oczywiście nie byłam wtedy ekspertką, ale miałam już pewne podstawy. Później zaczęliśmy starać się o dziecko. I skracając tę historię – okazało się, że mam zespół policystycznych jajników i nie mam owulacji. Ta wiedza położnicza bardzo pomogła mi lepiej zrozumieć własny organizm, ale była dopiero początkiem. Pamiętam, że siedziałam kiedyś w poczekalni, w totalnej beznadziei. Już kiedyś o tym opowiadałam, ale naprawdę tak było. Wtedy trafiłam na informację, że dieta przy PCOS może naprawdę wiele zmienić i pomóc przywrócić owulację. Byłam już wtedy bardzo zmęczona staraniami, leczeniem i całym tym stylem życia. Prowadziłam własną działalność, ale właściwie nie miałam kiedy jej prowadzić. Ciągle jeździłam na monitoringi z Siedlec do Warszawy. To były trzy–cztery godziny wyjęte z każdego dnia, nawet jeśli logistycznie udało się to dobrze poukładać. Pomyślałam więc: dobrze, przyjrzę się jeszcze dokładniej temu, co ląduje na moim talerzu. Z jednej strony dawało mi to poczucie, że odzyskuję choć odrobinę kontroli nad swoim życiem. Z drugiej – nie ukrywam, że wtedy mocno przejmowałam się też swoim wyglądem i wydawało mi się, że przecież jem całkiem dobrze. Nie sądziłam, że mam tam jeszcze coś do poprawienia. Dzisiaj, z perspektywy tych wszystkich lat, widzę to zupełnie inaczej. Widzę błędy dietetyczne, które mogły utrudniać mi zajście w ciążę. I pamiętam moment, w którym zaczęłam wprowadzać zmiany. Nagle zobaczyłam, że… naprawdę coś zaczyna się dziać. To brzmi trochę jak scena z filmu, ale miałam wrażenie, że ta dieta faktycznie zmienia coś w moim organizmie. Szczerze mówiąc, wierzyłam w to tylko częściowo. Bo przecież wydawało mi się, że i tak odżywiam się całkiem zdrowo. To nie był przypadek osoby, która żywiła się wyłącznie fast foodami. Zosia: Dokładnie. To nie było tak, że codziennie jadłaś w McDonald’s. Ania: Nie. Naprawdę starałam się jeść ryby, wybierać wartościowe produkty. Tylko że dzisiaj wiem, że ten talerz nie był jeszcze odpowiednio zbilansowany. Pamiętam też, że piłam wytrawne czerwone wino „na endometrium”, choć go szczerze nie znosiłam. Ale pamiętajcie, że to było wiele lat temu. W tamtym czasie naprawdę można było usłyszeć takie zalecenia również od lekarzy. Dzisiaj brzmi to dość absurdalnie, ale takie rzeczy naprawdę się zdarzały. Zosia: Tak samo jak kiedyś ludzie palili papierosy w pracy. Ania: Dokładnie. Moja babcia była dentystką i opowiadała, że przed wyrwaniem zęba zdarzało się jeszcze zapalić papierosa. Dzisiaj brzmi to niewiarygodnie, ale świat wyglądał wtedy zupełnie inaczej. Wracając jednak do diety… Zosia: Dobrze, bo trochę odpłynęłaś. Powiedz najważniejsze. Co właściwie zauważyłaś po wprowadzeniu zmian? Ania: Miałam ogromny problem z endometrium. To była jedna z przyczyn, przez które kolejne próby kończyły się niepowodzeniem. Owulację miałam już wywoływaną lekami, więc wiedziałam, że ona występuje. Problem polegał na tym, że endometrium miało około 5 mm i mimo leczenia w ogóle nie chciało rosnąć. Pamiętam, ile nadziei pokładałam wtedy w leczeniu. Byliśmy pod opieką renomowanego ośrodka leczenia niepłodności. Robiliśmy wszystko, co było możliwe. To kosztowało ogromne pieniądze. Mój mąż naprawdę ciężko pracował, żebyśmy mogli przez to wszystko przejść. I mimo tego… nic się nie zmieniało. Na kolejnej wizycie, już po wprowadzeniu zmian w diecie, okazało się, że endometrium zaczęło reagować. Urosło do 8 mm. Dla kogoś może to być zwykła liczba. Dla mnie wtedy było to coś nieosiągalnego. Pamiętam dokładnie to uczucie. Po raz pierwszy miałam wrażenie, że odzyskuję sprawczość. Że w moim organizmie naprawdę zaczyna się coś zmieniać. I to było niesamowite. Ania: Okazało się też, że owulacja po lekach zaczęła pojawiać się wcześniej niż przed wprowadzeniem zmian w diecie. Potrzebowałam również mniejszych dawek leków. Wcześniej zdarzało się, że owulację udawało się wywołać dopiero około 17. dnia cyklu. A później nagle lekarz mówił: – Musimy trochę zmienić schemat, bo jajniki zaczęły pracować. To był dla mnie ogromny wiatr w żagle. Pamiętam, że wtedy bardzo trudno było mi mówić ludziom, że dieta naprawdę może mieć znaczenie. Bałam się takich stwierdzeń. Nie chciałam wychodzić i mówić wszystkim: „Dieta działa”, bo sama jeszcze oswajałam się z tym, co działo się u mnie. Ale z czasem coraz bardziej zakochiwałam się w tym temacie. Założyłam bloga, zaczęłam pisać o diecie wspierającej płodność i zachęcać inne dziewczyny do tego, żeby spróbowały zawalczyć również w ten sposób. Kiedy udało mi się zajść w ciążę, poczułam jeszcze większą potrzebę, żeby mówić o tym głośno. Zosia: Wiem, czytałam wtedy Twojego bloga. Ania: Tak, Zosia czytała mojego bloga. I wtedy pomyślałam sobie, że blogowanie sprawia mi ogromną frajdę. Miałam już podstawy położnicze, więc stwierdziłam: dobra, teraz naprawdę zagłębię się w temat diety. I wiecie co? Zaczęło się okazywać, że kolejne osoby korzystały z tych wskazówek. Dziewczynom z PCOS udawało się przywrócić owulację, poprawiały wyniki badań. To mnie niesamowicie napędzało. Minęło kilkanaście lat, a ja nadal siedzę tutaj i o tym opowiadam. Każda kolejna historia dawała mi siłę, żeby iść dalej. Żeby nieść ten, można powiedzieć, „kaganek dietetyczny” i uparcie mówić o czymś, w co sama wierzyłam. A wcale nie byłam osobą, która z łatwością przekonywała innych. Byłam raczej cicha, wycofana. Naprawdę trudno było mi występować publicznie czy mówić ludziom, że coś ma sens. Później przyszły studia dietetyczne. A potem… przyszła Zosia. Zosia: Czekałam na ten moment! Kiedy w końcu pojawi się Zosia. Ania: I jakoś tak wszystko się potoczyło. Gdyby nie moje własne doświadczenia i to, jak bardzo dieta odmieniła moje życie, prawdopodobnie nie siedziałabym dzisiaj tutaj. Nie potrafię robić czegoś, w co nie wierzę. Jeśli nie czuję jakiegoś tematu, nie jestem w stanie nagrać o nim podcastu. Nie nagram rolki. Nie będę udawać eksperta od czegoś, czego sama nie czuję. Zosia: To od razu widać. Ania: Dokładnie. Jeśli nie czuję tematu, to wiem, że to będzie sztuczne. Będzie po prostu cringe. Gdybym sama nie uwierzyła w dietę na własnym przykładzie i nie zobaczyła tego wszystkiego, co wydarzyło się u mnie, nie miałabym siły robić tego do dziś. Zosia: Czyli najpierw było Twoje własne doświadczenie. Ale zobacz, u mnie było zupełnie inaczej. Ja uwierzyłam w dietę wspierającą płodność, zanim jeszcze sama doświadczyłam jej wpływu na własne życie. Kiedy my się poznałyśmy, Ty miałaś już dwójkę dzieci. Swoją drogą dawało mi to wtedy ogromną nadzieję. Ja natomiast nadal byłam po tej drugiej stronie. Nadal walczyłam o własne dziecko. Jednocześnie pracowałam już z pacjentkami, napisałam pracę naukową na ten temat i całe moje zainteresowania zawodowe skupiały się wokół płodności. Byłam dietetyczką, która pomagała innym, a jednocześnie sama każdego dnia zastanawiała się, czy kiedykolwiek zostanie mamą. To było bardzo specyficzne doświadczenie. Zosia: To było też zupełnie inne doświadczenie niż Twoje, bo kiedy zaczynałyśmy, badań naukowych na ten temat było naprawdę niewiele. Większość publikacji, z których korzystałyśmy, była anglojęzyczna. W Polsce praktycznie nikt się tym nie zajmował. Mało kto wierzył, że dieta może mieć jakikolwiek wpływ na płodność. Ania: Dokładnie. To była ogromna nisza. Zosia: A dzisiaj zobaczcie, jak bardzo to się zmieniło. Gdyby ktoś pokazał nam wykres liczby publikacji naukowych sprzed dziesięciu lat i porównał go z tym, co mamy dziś, to byłby ogromny skok. Świadomość tego, że dieta wpływa na płodność, bardzo wzrosła. Zmieniło się też to, ilu specjalistów zajmuje się tym tematem. Coraz więcej dietetyków pracuje z parami starającymi się o dziecko. Coraz więcej osób edukuje w tym kierunku. Mamy lepszy dostęp do badań naukowych, większą świadomość pacjentów i lekarzy. Naprawdę widać, że poszliśmy do przodu. Ania: To prawda. Ale początki były trudne. Trzeba było naprawdę walić głową w mur. Zosia: Robiłaś coś, pokazywałaś badania naukowe, a mimo to słyszałaś: – Nie, to nie działa. Albo: – Przecież opowiadasz głupoty. A Ty miałaś wszystko czarno na białym. Kiedyś chyba nagramy cały odcinek o tym, jak wyglądały początki diety wspierającej płodność i jak bardzo zmieniło się to przez ostatnie lata. Ale wróćmy do naszego tematu. Przez te wszystkie lata miałyśmy okazję obserwować naprawdę wiele dietetycznych trendów. Co jakiś czas pojawiała się nowa moda, która miała być rozwiązaniem wszystkich problemów. Najpierw był szał na dietę bezglutenową. Wiele osób zaczęło odstawiać gluten bez żadnych wskazań medycznych, licząc na to, że poprawi to płodność. Nawet lekarze czasami mówili: – To proszę odstawić gluten. I tyle. Bez większego uzasadnienia. Potem pojawiła się moda na dietę keto. Przeżyłyśmy również ten etap. Nie stosowałyśmy jej u naszych pacjentów, ale obserwowałyśmy, co dzieje się na rynku. I wiecie, jaki jest wniosek po tych wszystkich latach? My z Anią jesteśmy… trochę nudne. Ania: To prawda. Zosia: Bo od lat powtarzamy dokładnie to samo. Nie zamykamy się na nowe rozwiązania. Nie mówimy z góry: „to nie działa”. Jeżeli pojawia się nowy trend, siadamy do badań naukowych i sprawdzamy, co naprawdę wiadomo na jego temat. I jeśli kiedyś pojawią się solidne dowody na to, że jakieś nowe rozwiązanie rzeczywiście pomaga, to po prostu zmienimy swoje stanowisko. Powiemy: – Słuchajcie, kilka lat temu zalecałyśmy coś innego, ale pojawiły się nowe badania i dziś rekomendujemy już inne postępowanie. Nie mamy z tym żadnego problemu. Natomiast dopóki nie ma mocnych dowodów naukowych, nie będziemy polecać czegoś tylko dlatego, że jest modne. Ania: Dokładnie. Zosia: I właśnie dlatego nasze podejście od lat wygląda tak samo. Evidence Based Medicine. Jeżeli czegoś nie potwierdzają badania naukowe, to po prostu tego nie zalecamy. Dlatego, jeśli widzicie jakiś produkt albo konkretne rozwiązanie w naszych dietach, możecie być pewni, że nie znalazło się tam przypadkiem. Nie dlatego, że kiedyś jedna dziewczyna zjadła coś i zaszła w ciążę. Tylko dlatego, że stoją za tym konkretne publikacje naukowe. Przykładowo – wiemy, że zwiększenie udziału białka roślinnego w diecie kobiet z niepłodnością owulacyjną wiąże się z istotnym zmniejszeniem ryzyka takich zaburzeń. Dlatego właśnie w naszych jadłospisach pojawiają się produkty roślinne. To nie jest przypadek. Tak samo jak nieprzypadkowo w diecie pojawia się kanapka z hummusem na pełnoziarnistym pieczywie czy ryba na obiad. Każdy taki element ma swoje uzasadnienie w badaniach naukowych. I właśnie takie diety tworzymy w Akademii Płodności. Zosia: I właśnie dlatego każda rzecz, która znajduje się w naszych dietach, ma swój konkretny cel. Może nie wiecie, dlaczego w poniedziałek rano na Waszym talerzu ląduje kanapka z hummusem na pełnoziarnistym pieczywie, a we wtorek na obiad ryba. Ale my to wiemy. Wiemy, dlaczego pojawiają się tam kwasy omega-3. Wiemy, dlaczego zwiększamy udział białka roślinnego. Wiemy, dlaczego zwracamy uwagę na błonnik. To wszystko wynika z badań naukowych. I właśnie takie diety tworzymy w Akademii Płodności. Diety oparte na nauce. I temu chcemy pozostać wierne. Ania: Dokładnie. Oczywiście nigdy nie powiemy „zawsze”, bo nauka cały czas się rozwija. Jeżeli pojawią się nowe, mocne dowody, to po prostu zmienimy nasze zalecenia. Zosia: Natomiast chciałabym jeszcze wrócić do tych wszystkich dietetycznych mód. Bo ktoś może powiedzieć: – Ale ja odstawiłam gluten i mi pomógł. I wiecie co? To jest możliwe. Jeżeli ktoś choruje na celiakię, to dieta bezglutenowa jest absolutnie konieczna i rzeczywiście może mieć ogromny wpływ również na płodność. Ale to dotyczy konkretnej grupy pacjentów. Nie oznacza to, że każda osoba starająca się o dziecko powinna profilaktycznie eliminować gluten. To właśnie chcemy podkreślić. Są sytuacje, w których konkretne interwencje dietetyczne mają sens. Natomiast powinny wynikać z diagnostyki, a nie z aktualnej mody. Ania: Dokładnie. I właśnie dlatego bardzo ostrożnie podchodzimy do samodzielnego wprowadzania diet eliminacyjnych. Wyobraźcie sobie osobę, która ma nierozpoznaną chorobę jelit. Objawy są jeszcze niespecyficzne, więc nie zwraca na nie większej uwagi. Słyszy jednak, że dieta bezglutenowa może pomóc, więc odstawia gluten. Po kilku miesiącach trafia do lekarza i rozpoczyna diagnostykę. Wykonywana jest biopsja jelita i okazuje się, że wszystko wygląda prawidłowo. Ale nie dlatego, że choroby nie ma. Tylko dlatego, że od kilku miesięcy nie było kontaktu z glutenem i zmiany zdążyły się wyciszyć. W efekcie prawidłowe rozpoznanie może się opóźnić. To właśnie mamy na myśli, kiedy mówimy, że eliminowanie produktów „na własną rękę” przed wykonaniem diagnostyki może być niebezpieczne. Dlatego żywienie jest tak ważne. Ale równie ważne jest to, żeby wprowadzać zmiany mądrze. Bo dieta naprawdę działa. Zosia: No dobrze. To wróćmy do pytania, od którego właściwie zaczęłyśmy. Czy dieta naprawdę działa? Ania: Tak. Dieta działa. Natomiast jej potencjał zależy od tego, z czym do mnie przychodzisz. Od tego, co dzieje się w Twoim organizmie. Z czego wynikają problemy. Jakie mechanizmy wymagają wsparcia. Wyobraźmy sobie kobietę z zespołem policystycznych jajników. Tutaj naprawdę mamy bardzo dużo możliwości. I szczerze mówiąc, kiedy trafia do mnie pacjentka z PCOS, często myślę sobie: „Super. Tutaj naprawdę możemy wiele zrobić dietą.” Zaczynamy chociażby od masy ciała. Jeżeli występuje nadwaga lub otyłość, sama redukcja masy ciała może sprawić, że spontaniczna owulacja wróci. I to jest właśnie ten brakujący element. Dlatego odpowiedź brzmi: to zależy. Wiem, że to nie jest najbardziej ekscytująca odpowiedź, ale jest najbardziej uczciwa. Bo wszystko zależy od punktu wyjścia. Jednocześnie bardzo trudno wyobrazić mi sobie sytuację, w której powiedziałabym komuś: – Wie Pani co? Dieta i tak nic u Pani nie zmieni. Nie. Po prostu u jednej osoby dieta będzie odgrywała pierwszoplanową rolę, a u innej będzie jednym z elementów całej układanki. Może okazać się tym brakującym puzzlem. Na przykład wtedy, gdy potrzebujemy silnie zadziałać przeciwzapalnie albo zmniejszyć stres oksydacyjny. Dlatego moja odpowiedź jest prosta. Tak. Dieta działa. Natomiast zakres tego działania zależy od problemu, z którym zaczynamy pracę. Zosia: Jednym z najczęstszych pytań, które dostajemy od osób trafiających do Akademii Płodności, jest: „Czy dieta naprawdę może mi pomóc?” A zaraz potem pojawia się drugie: „I jak długo trzeba ją stosować?” Jesteś w stanie odpowiedzieć na te pytania? Ania: Albo po prostu napiszcie do mnie w wiadomości prywatnej. (śmiech) Czy dieta jest w stanie Ci pomóc? Kochani… ja tego nie wiem. Naprawdę nie wiem. Nie jestem wróżką. Nie mam magicznej kuli, do której zajrzę i powiem: – Basia, u Ciebie na pewno zadziała. A pięć minut później przyjdzie Kasia i usłyszy: – U Ciebie nie ma sensu. Tak się po prostu nie da. Natomiast wiem, co pokazują badania naukowe. I właśnie na ich podstawie układam diety. Wiemy, jak ważnia jest odpowiednia ilość błonnika. Wiemy, jaki potencjał mają kwasy omega-3 – zarówno u kobiet, jak i u mężczyzn. Wiemy, że mogą wpływać na ruchliwość, morfologię czy liczbę plemników. I właśnie dlatego uwzględniamy to wszystko w naszych jadłospisach. Są badania dotyczące likopenu – składnika obecnego w pomidorach. Co ciekawe, jest go więcej w pomidorach przetworzonych niż świeżych. Dlatego w naszych dietach pojawiają się sosy na bazie passaty pomidorowej czy zupy pomidorowe. Nie dlatego, że po prostu lubimy pomidory. Tylko dlatego, że wiemy, po co one tam są. To właśnie mogę Wam obiecać. Jeżeli zdecydujecie się z nami pracować, zrobimy wszystko, żeby jak najlepiej uporządkować to, na co mamy realny wpływ. Ale ile czasu to zajmie? Tego naprawdę nie wiem. Sama chciałabym to wiedzieć. Byłoby wspaniale móc powiedzieć: – Wytrzymaj trzy miesiące. Zaciśnij zęby. To tylko kwartał i zobaczysz efekty. Ale nie mogę tego obiecać. Po prostu nie da się tego przewidzieć. Wiemy natomiast, że na przykład u mężczyzn po około trzech miesiącach jesteśmy w stanie zaobserwować poprawę parametrów nasienia, jeśli wprowadzimy odpowiednie zmiany w diecie i stylu życia. To już widziałyśmy wielokrotnie. Natomiast nie da się wskazać jednego czasu, który będzie odpowiedni dla wszystkich. Zosia: Dokładnie. To samo odpowiedziałabym na pytanie: „Jak długo trzeba stosować dietę wspierającą płodność?” Nie wiem. I naprawdę, po tylu latach pracy nadal nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Oczywiście są pewne ramy czasowe. Na przykład wiemy, że poprawa parametrów nasienia może być widoczna po około trzech miesiącach – o ile problem rzeczywiście wynika z czynników, na które dieta ma wpływ. Wiemy też, że wiele kobiet już w kolejnym cyklu zauważa mniejsze dolegliwości bólowe podczas miesiączki. Ale jeśli pytacie: – Ile czasu potrzebuję, żeby dieta pomogła mi zajść w ciążę? To odpowiedź brzmi: Nie wiem. I bardzo chciałabym móc odpowiedzieć inaczej. Ania: Bo wszyscy chcielibyśmy znać taki konkretny termin. Zosia: Dokładnie. Największym celem każdej osoby, która trafia do Akademii Płodności, jest przecież ciąża. Ale zanim ona się pojawi, często warto zauważyć te mniejsze sygnały świadczące o tym, że organizm zaczyna się zmieniać. Pojawia się owulacja, której wcześniej nie było. Endometrium zaczyna rosnąć. Włosy przestają tak wypadać. Jest więcej energii. Spodnie zaczynają być luźniejsze. I wiem, że kiedy staracie się o dziecko, możecie pomyśleć: „Naprawdę mam się cieszyć z tego, że dopinam spodnie?” Pewnie nie. Bo najważniejszy jest ten jeden cel. Ale może właśnie te małe sygnały są dowodem na to, że w organizmie coś zaczyna się porządkować. Że coś już się dzieje i jesteście coraz bliżej. Ania: Problem polega na tym, że kiedy działamy na jakość komórek jajowych, nie jesteśmy w stanie zobaczyć tego procesu. Nie widzimy na co dzień, co dobrego dzieje się w organizmie. Przypomniała mi się jednak wiadomość od jednej z dziewczyn. Wysłała nam swoje zdjęcie, bo od lat zmagała się z trądzikiem. I nie chodzi o to, że układamy diety pod poprawę cery, bo tym się przecież nie zajmujemy. Napisała jednak: – Zobaczcie, co się wydarzyło. Miała wcześniej bardzo nasilone zmiany zapalne na twarzy, a po wprowadzeniu naszych zaleceń skóra wyglądała zupełnie inaczej. I dodała coś, co bardzo mnie poruszyło. Napisała, że nie jest jeszcze w ciąży, ale ten efekt dał jej ogromną nadzieję, że wszystko, co robi, ma sens. Zosia: Właśnie. To był taki piękny promyk po drodze. Dziewczyny często piszą do nas o pierwszej owulacji, o pojawieniu się śluzu płodnego czy o zmianach, które zauważają podczas wizyt u ginekologa. Ale tutaj tym promyczkiem była właśnie poprawa cery. A przecież to, co widziała na swojej twarzy, było tylko odzwierciedleniem tego, co działo się wewnątrz organizmu. Jeżeli zmniejsza się stan zapalny, regulują się hormony i poprawia się funkcjonowanie organizmu, to bardzo często widać to również na skórze. Tak naprawdę ten trądzik był tylko objawem. A jego poprawa oznaczała, że organizm zrobił już kilka kroków w dobrą stronę. I to właśnie są te małe sygnały, które pokazują, że coś się zmienia. Ania: Dokładnie. Zosia: Aniu, cały czas powtarzasz jedno. Tworzysz diety w oparciu o badania naukowe. I zamierzasz robić to dalej? Ania: Tak. I powiem szczerze, że z roku na rok jest mi coraz trudniej. Nawet sam temat tego odcinka wzbudził we mnie duży opór. Pomyślałam sobie: „To zainteresuje ludzi. Ktoś to włączy. Ktoś tego posłucha.” Ale jednocześnie bardzo trudno było mi zmierzyć się z tym zestawieniem dwóch słów: sprzedaż i nadzieja. Pamiętam nawet newsletter, w którym długo zastanawiałyśmy się nad jednym zdaniem. Czy napisać: „Te produkty wspierają płodność.” Czy raczej: „Płodność może Ci za nie podziękować.” Cały czas szukamy takiego języka, który będzie zachęcał, ale jednocześnie nie będzie składał obietnic. Zosia: I myślę, że właśnie dlatego ten tytuł był dla Ciebie taki trudny. Bo zestawił bardzo blisko dwa słowa: sprzedaż i nadzieję. I to po prostu mocno z Tobą zarezonowało. Ania: Bardzo. Mam z tym ogromny zgrzyt. Zosia: Ale czy nie wynika to z tego, że słowo „sprzedaż” od razu skojarzyło Ci się z wykorzystywaniem czyichś emocji? Ania: Tak. Myślę, że właśnie dlatego tak mocno mnie to dotknęło. Zosia: Bo prawda jest taka, że działamy właśnie na nadziei. Akademia Płodności od początku powstała z nadziei. I mam wrażenie, że gdyby nie ona, to w ogóle by jej nie było. Ania: Dokładnie. Zosia: I tutaj dochodzimy do najważniejszego pytania. Czy sprzedajemy nadzieję? Moim zdaniem… w pewnym sensie tak. Bo dziewczyny bardzo często dziękują nam właśnie za nadzieję. Nie tylko za dietę. Ta dieta jest dla nich czymś więcej. Jest czymś, czego mogą się uchwycić. Czymś, co pomaga przetrwać naprawdę trudny etap życia. Przypomniała mi się wiadomość od jednej z naszych obserwatorek. Ania była po kilku stratach ciąży i cały czas pozostawała pod opieką lekarza. Zawsze powtarzamy, że dieta powinna być elementem opieki nad niepłodnoscią, a nie jego zamiennikiem. Napisała do nas coś, co zostało ze mną do dziś. „Nie wiem, jak bardzo pomogła mi ta dieta, ale czuję, że to codzienne mielenie siemienia lnianego było dla mnie czymś dobrym.” A później dodała zdanie, którego chyba nigdy nie zapomnę: „Może ta dieta to jest nic. A może właśnie to nic jest dla mnie wszystkim.” I myślę, że dokładnie o to chodzi. Nie jesteśmy w stanie niczego zagwarantować. Ale jeżeli dzięki naszej diecie, podcastom, wiadomościom czy zwykłej rozmowie ktoś znajdzie w sobie siłę, żeby zrobić kolejny krok… to ma ogromną wartość. Może właśnie dzięki temu łatwiej będzie Wam przejść przez ten bardzo trudny czas. Ania: Padło tutaj bardzo ważne zdanie. My nie możemy Wam niczego zagwarantować. Nie możemy nic obiecać. I myślę, że gdybym kiedyś powiedziała: „Jedz naszą dietę, a na pewno zajdziesz w ciążę”, to byłby moment, w którym sama przestałabym sobie ufać. To jest właśnie taki przekaz, którego najbardziej się boję. Kiedy widzę gdzieś hasła w stylu: „100% skuteczności”, „na pewno zajdziesz w ciążę”, „ta metoda działa zawsze”, to od razu zapala mi się czerwona lampka. Nie można czegoś takiego obiecywać. To jest nieetyczne. To jest żerowanie na emocjach ludzi, którzy znajdują się w jednym z najtrudniejszych momentów swojego życia. Ja sama tam byłam. Doskonale wiem, że gdyby ktoś wtedy powiedział mi: „Kup ten suplement, zastosuj tę terapię, pij to codziennie i na pewno zostaniesz mamą”, to prawdopodobnie zrobiłabym wszystko. Wydałabym każde pieniądze. Bo desperacja i nadzieja potrafią sprawić, że człowiek chce uwierzyć we wszystko. I właśnie dlatego nigdy nie chciałabym pójść tą drogą. To, co możemy Wam zaoferować, to nauka. To badania naukowe, wiedza. I tylko tyle… albo aż tyle. Zosia: I wydaje mi się, że właśnie to jest sedno Akademii Płodności. Nigdy niczego nie obiecujemy. Możemy obiecać tylko jedno. Że będziemy z Wami. Na każdym etapie starań. Że będziemy trzymać Was za rękę. Ale nie możemy obiecać ciąży. Ania: Piękna reklama, co? Zosia: (śmiech) Ale ja naprawdę w to wierzę. Ty chyba też. Obie wierzymy w dietę. Wierzymy, że warto spróbować. Przecież bardzo często odpowiadamy dziewczynom dokładnie w ten sam sposób. „Nie wiemy, czy dieta pomoże właśnie Tobie. Ale wiemy, że warto spróbować.” To zdanie chyba najczęściej pada w naszych wiadomościach. Natomiast cały czas zastanawiam się jeszcze nad jedną rzeczą. Czy sam sposób, w jaki komunikujemy Akademię, nie jest dla kogoś obietnicą? Ania: To bardzo dobre pytanie. Zosia: Mam jednak wrażenie, że właśnie dlatego tak długo zastanawiamy się nad każdym tytułem, każdym postem i każdym newsletterem. Zawsze staramy się używać sformułowań typu: „może pomóc”, „może wspierać”, „ma potencjał”. Nigdy nie piszemy: „na pewno pomoże”. Bo ja wiem, jaki potencjał ma dieta. Wiem, co pokazują badania. Ale nie mogę nikomu niczego zagwarantować. I jeszcze jedna rzecz, którą bardzo chciałabym powiedzieć na koniec. Kochani… Wy naprawdę nie musicie nic od nas kupować. Serio. Akademia Płodności jest dziś zbudowana tak, żeby ogrom wiedzy był dostępny całkowicie za darmo. Możecie zapisać się na nasz newsletter. Znajdziecie tam dwa pełnowartościowe jadłospisy. Możecie oglądać nasze materiały na Instagramie. Możecie korzystać z naszych przepisów. Możecie słuchać podcastów. Możecie obejrzeć filmy na YouTubie. Tam jest naprawdę mnóstwo wiedzy. I już samo wprowadzenie tych bezpłatnych wskazówek sprawi, że będziecie o kilka kroków dalej niż byliście wcześniej. Naprawdę. Jeżeli potrzebujecie czasu, żeby nam zaufać albo sami przekonać się, czy ten sposób myślenia do Was trafia — zacznijcie od tych darmowych materiałów. One właśnie po to powstały. Nie po to, żeby zmuszać kogokolwiek do zakupu. Tylko po to, żeby realnie pomagać. Ania: I może właśnie będzie taki moment, jak u mnie. Wyjdziesz z wizyty i zobaczysz, że endometrium zaczęło rosnąć. Że potrzeba mniejszych dawek leków. Że coś się zmienia. I wtedy pomyślisz: „Kurczę… może te dziewczyny naprawdę mają rację.” Zosia: A nadzieja? Nadzieja zawsze będzie fundamentem Akademii Płodności. Bo wszystkie historie, które pokazujemy, te o ciążach, które wydarzyły się podczas naszej wspólnej drogi, są właśnie historiami o nadziei. Ale nie tylko one. Pokazujemy również historie dziewczyn, które nigdy nie korzystały z naszych diet. Historie kobiet, które pisały nam, że same podcasty dawały im siłę, żeby iść dalej. Pokazujemy historie osób, które wybrały drogę adopcji. Pokazujemy także historie kobiet, które świadomie zdecydowały się na życie bez dzieci. Bo chcemy pokazywać różne drogi. Nie chcemy tworzyć nierealnego obrazu, że istnieje tylko jedno zakończenie tej historii. Ania: I od lat podpisujemy się pod tym własnymi twarzami i nazwiskami. Właśnie po to, żeby każdego dnia móc spojrzeć sobie w lustro i mieć poczucie, że robimy to uczciwie. Zosia: I spokojnie zasypiać. Ania: Oczywiście pokazujemy też historie dziewczyn, którym dieta naprawdę pomogła. Bo takich historii jest bardzo dużo. I są pięknym dowodem na to, jak ogromny potencjał ma odpowiednio dobrane żywienie. Naprawdę potrafi zmienić czyjeś życie. I bardzo chciałabym, żeby dieta okazała się również Waszym brakującym puzzlem. To narzędzie, które macie dosłownie na wyciągnięcie ręki. Codziennie robicie zakupy. Codziennie podejmujecie decyzje dotyczące tego, co ląduje na Waszym talerzu. To daje sprawczość. I być może właśnie ten element okaże się jednym z wielu, które wspólnie przechylą szalę na Waszą stronę. Może nie jedynym. Ale bardzo ważnym. Zosia: Tego właśnie Wam życzymy. Nieważne, na jakim etapie starań jesteście. My jesteśmy tutaj dla Was. Do usłyszenia w następnym podcaście. Artykuł #107 Sprzedajemy dietę czy nadzieję pochodzi z serwisu Akademia płodności.

  • July 31 · 24 min

    #106 Rzeczy, które robiłyśmy podczas starań, ale dziś już byśmy ich nie zrobiły

    W tym odcinku wracamy do siebie sprzed lat. Do dziewczyn, które godzinami przeglądały internet, kupowały kolejne suplementy, odkładały życie „na później” i próbowały zrobić wszystko, żeby w końcu zostać mamą. Rozmawiamy o tym, czego dziś już byśmy nie zrobiły. Nie po to, żeby kogokolwiek oceniać, ale żeby pokazać, że wiele z tych decyzji wynikało z ogromnej nadziei, lęku i miłości do jeszcze nienarodzonego dziecka. Mamy nadzieję, że znajdziesz w nim nie tylko wiedzę, ale też trochę spokoju i zrozumienia. PLAN ODCINKA: Dlaczego dziś wcześniej poszłybyśmy do lekarza i na monitoring cyklu. Kupowaniu kolejnych suplementów zamiast skupienia się na podstawach. Jak internet pomagał nam podczas starań, ale też potrafił odbierać spokój. Czego zabrakło nam w rozmowach z naszymi mężami. Dlaczego nie warto odkładać życia na moment, kiedy pojawi się dziecko. Czym był Projekt Żyćko i dlaczego do dziś uważamy go za jedną z najważniejszych rzeczy, które wydarzyły się podczas naszych starań. Jak odzyskiwać małe kawałki normalności, nawet jeśli niepłodność zajmuje dziś ogromną część Twojego życia. Znajdziesz nas również tutaj: Podcast VIDEO SPOTIFY Zosia: Nie wiem, w jakiej kolejności będziemy Wam puszczać tamte odcinki, więc może się okazać, że będzie teraz więcej Zosi niż mnie. Ale bardzo Was witamy w kolejnym odcinku naszego podcastu. Znowu będziemy sobie tutaj siedzieć jak psiapsi i rozmawiać o tematach związanych ze staraniami o dziecko. A dziś pogadamy… Ania: Tak jest. Zosia: To będzie też trochę takie spekulowanie. Wiecie, jak to mówią: „Gdyby człowiek wiedział, że się przewróci, to by usiadł”. Są rzeczy, które robiłyśmy kiedyś podczas starań, a dziś – z wiedzą, którą mamy i z naszym obecnym podejściem – na pewno zrobiłybyśmy inaczej. Chcemy sobie o tym porozmawiać i zastanowić się, czy dało się pewne rzeczy zrobić lepiej. Zosia: Są takie rzeczy, które robiłaś podczas starań, a dziś już byś ich nie zrobiła? Ania: Tak. Myślę, że przede wszystkim wcześniej poszłabym na monitoring cyklu. Na początku zaczęłam obserwować swój organizm i widziałam, że coś jest nie tak. Zaczęłam więc prowadzić własne obserwacje cyklu, ale to było dla mnie bardzo stresujące. Jednocześnie wszyscy powtarzali – i artykuły również – że do lekarza powinno się iść dopiero po roku starań. Dzisiaj wiem, że po prostu poszłabym wcześniej. Zaoszczędziłoby mi to mnóstwo czasu, nerwów, płaczu i ciągłego zastanawiania się, co się dzieje. Dużo szybciej dowiedziałabym się, że moje jajniki po prostu nie pracują tak, jak powinny, że nie mam owulacji. To, co uważałam za miesiączkę – choć cykle były bardzo wydłużone – tak naprawdę nie było prawidłową miesiączką, tylko plamieniem. Naprawdę poszłabym wcześniej. Jeżeli widziałabym jakiekolwiek niepokojące objawy albo coś budziłoby moje wątpliwości, nie dałabym sobie wmówić, że muszę czekać rok. Pamiętam też rozmowę z jedną z dziewczyn. Opowiadałam jej o monitoringu cyklu i zdałam sobie sprawę, że sama kiedyś bardzo się go bałam. Wydawało mi się, że każda kolejna wizyta będzie kosztowała kilkaset złotych. Zosia: A przecież potrzeba ich kilka, żeby monitorować cały cykl. Ania: Właśnie. I to był jeden z powodów, dla których odkładałam monitoring. Wyobrażałam sobie, że co dwa dni będę musiała płacić 300 zł za kolejną wizytę. Dopiero później okazało się, że w wielu gabinetach płaci się po prostu za cały monitoring cyklu, a kolejne krótkie wizyty kontrolne są już wliczone w tę cenę. Zosia: Oczywiście różne miejsca rozwiązują to różnie. Ania: Dokładnie. Ale może ktoś z Was też się tego obawia. Dlatego ja po prostu nie czekałabym tak długo. Zosia: Okej. Teraz moja kolej. Ania: No dawaj. Zosia: To jest ciekawe, bo nie wiem, czy ja naprawdę przestałabym to robić. Mam wrażenie, że to leżało bardzo głęboko w mojej naturze. Ale gdybym mogła coś zmienić u tej Zosi sprzed lat, to na pewno mniej wierzyłabym we wszystkie cudowne rzeczy wyczytane na forach internetowych. Naprawdę wierzyłam, że istnieje jeszcze ten jeden suplement, którego nie biorę, a który będzie właśnie tym brakującym elementem moich starań. Wiecie… miesiąc wcześniej nie wiedziałam nawet o istnieniu jakiejś egzotycznej rośliny, a nagle czytałam, że jej sproszkowana kora fantastycznie wpływa na płodność i już miałam poczucie, że właśnie tego mi brakowało. Ania: Ale czy to nie dawało Ci wtedy nadziei? Zosia: Dawało. Oczywiście, że dawało. Tylko dzisiaj zrobiłabym to inaczej. Skupiłabym się przede wszystkim na rzeczach, które rzeczywiście mają potwierdzenie w badaniach naukowych i realnie mogą coś zmienić. Bo u mnie wyglądało to tak, że kupowałam kolejny suplement, a jednocześnie kolejny miesiąc odkładałam zapisanie się na basen. To nie było tak, że robiłam wszystko, co mogłam, i tylko dokładałam suplementację. Ja po prostu liczyłam na to, że tabletka rozwiąże problem i dzięki temu nie będę musiała robić tych trudniejszych rzeczy. Ania: A Twoja insulinooporność tylko szalała. Zosia: Dokładnie. Bardzo nie chciało mi się ruszać. Nie lubiłam aktywności fizycznej i ciągle miałam nadzieję, że może jednak nie będzie konieczna. Brałam metforminę i myślałam sobie: „Ona zaopiekuje moją insulinooporność”. Dzisiaj wiem, że nie robiłam podstaw. To były właśnie te najważniejsze filary, które powinny być mocne. Zamiast tego skupiałam się na drobiazgach i pokładałam w nich zbyt dużą nadzieję. Moja szafka z suplementami była pełna. Dzisiaj też nie brałabym tylu suplementów jednocześnie, zwłaszcza takich, które nakładały się na siebie. Dużo łatwiej było mi połknąć kolejną tabletkę i uwierzyć, że ona zadziała, niż zjeść porządny posiłek albo wieczorem pójść na basen. To właśnie zmieniłabym najbardziej. Zosia: A Ty? Co jeszcze zrobiłabyś inaczej? Ania: Myślę, że mniej czasu spędzałabym w internecie. Choć właściwie… nie do końca. To jest trudniejsze, niż się wydaje. Na pewno mniej czasu spędzałabym tam dlatego, że mój mąż zwyczajnie nie miał wtedy swojej żony. Każdy wolny wieczór siedziałam przed komputerem, czytałam kolejne artykuły, fora i historie innych kobiet. Z drugiej strony wiem też, że dzięki temu dowiedziałam się wielu wartościowych rzeczy. Dlatego dzisiaj nie powiedziałabym już, że całkowicie zrezygnowałabym z internetu. Raczej bardziej bym to zbalansowała. Część tego czasu zostawiłabym na zdobywanie wiedzy, ale część świadomie przeznaczyłabym na mój związek i rozmowy z mężem. Bo to też było bardzo ważne. Jednocześnie chcę powiedzieć, że właśnie w tamtym czasie poznałam kobiety, z którymi mam kontakt do dziś. Obserwujemy się na Instagramie, kibicujemy sobie i naprawdę nie zamieniłabym tych znajomości na nic innego. Zosia: Czyli nie chodzi o całkowite odcięcie się od internetu, tylko o znalezienie równowagi. Ania: Dokładnie. Miałam szczęście trafić na naprawdę wspierające kobiety. Są grupy, z których kobieta jest usuwana tylko dlatego, że zobaczy dwie kreski na teście ciążowym. To potrafi być bardzo trudne. Zosia: Bo idziecie razem…ale tylko do pewnego momentu. Ania: Tak. Natomiast ja naprawdę miałam szczęście. Kiedy którejś z nas się udało, pozostałe dalej jej kibicowały. Być może łatwiej było nam się otworzyć, bo byłyśmy anonimowe. Do dziś dostaję od tych dziewczyn wiadomości, zdjęcia spod choinki czy życzenia świąteczne. To naprawdę były wartościowe relacje. Dlatego chciałabym tylko zwrócić uwagę na jedno. Warto obserwować, czy miejsce, w którym jesteśmy w internecie, naprawdę nas wspiera. Bo na początku może nam się wydawać, że daje nam bardzo dużo. Dopiero po czasie orientujemy się, czy dzięki temu miejscu naprawdę rośniemy, czy wręcz przeciwnie. Ania: No właśnie. Bo czasami zaczynamy żyć tylko internetem, a przestajemy żyć prawdziwym życiem. I to chyba jest w tym wszystkim najbardziej niebezpieczne. Zosia: Może też dlatego, że internet jest pewnego rodzaju ucieczką. Ja nie próbuję tego usprawiedliwiać ani oceniać. Po prostu zauważam, że tak się zdarza. Ja na przykład dzisiaj nie robiłabym badań laboratoryjnych tylko dlatego, że ktoś napisał o nich na grupie na Facebooku albo na forum. Nie miałam żadnych objawów, nic nie wskazywało na konkretną chorobę, ale wystarczyło jedno zdanie przeczytane w internecie i od razu w mojej głowie pojawiało się: „A może ja też to mam?” I nagle zaczynałam myśleć: „Może mam celiakię? Może chorobę trzewną? Może właśnie to blokuje moje starania?” Efekt był taki, że wydawałam kolejne kilkaset złotych na bardzo drogie badania, bo przecież „warto sprawdzić”. I robiłam je bez rozmowy z lekarzem. Po prostu zakładałam, że może mój lekarz jeszcze o tym nie wie, a ja przyjdę na wizytę z gotowymi wynikami i go zaskoczę. Ania: Bo zawsze gdzieś z tyłu głowy było takie: „A jeśli właśnie coś znajdę?”. Zosia: Dokładnie. To było takie niekończące się „a może właśnie tym razem znajdę odpowiedź”. Patrzyłam na dziewczyny, które zrobiły kolejne badania i miałam wrażenie, że one są już o krok dalej ode mnie. Myślałam sobie: „Może właśnie to było u nich przyczyną. Może ja też muszę znaleźć swoje »to coś«.” A dzisiaj patrzę na to zupełnie inaczej. Poszukałabym przede wszystkim miejsca i człowieka, któremu naprawdę ufam. Takiego specjalisty, z którym mogę spokojnie porozmawiać o swoich obawach, o tym, co przeczytałam w internecie. Kogoś, kto powie: „Dobrze, Zosiu, zróbmy to badanie, ale tego nie ma sensu robić i już tłumaczę Ci dlaczego.” To daje ogromne poczucie bezpieczeństwa. Bo wtedy czuję, że prowadzi mnie ktoś mądrzejszy ode mnie. A nie próbuję sama być swoim lekarzem tylko dlatego, że przeczytałam coś na forum. Przecież mogłam sobie sama coś błędnie zdiagnozować i być o tym święcie przekonana. Dzisiaj powiedziałabym sobie tylko jedno: Znajdź mądrego przewodnika. Ania: Ale wiesz co? Mam wrażenie, że właśnie teraz zrobiłaś coś takiego u siebie. W tej swojej ostatniej historii zdrowotnej mogłaś pójść w stronę samodzielnego szukania odpowiedzi. A zamiast tego naprawdę stanęłaś na głowie, żeby znaleźć specjalistów. Zosia: To prawda. Ania: Przeczesałaś całą diagnostykę. Zosia: I nadal ją przeczesuję. Tylko różnica jest taka, że nie robię tego sama. Mimo że jestem już tym wszystkim bardzo zmęczona, to nie próbuję sama stawiać sobie diagnoz. Ania: No właśnie. Nie wchodząc w szczegóły, to jest ogromna różnica. Zosia: I pamiętajcie też, że my cały czas rozmawiamy o sobie sprzed lat. Ja nie udzielam teraz rad komuś innemu. Ja mówię do tej Zosi sprzed kilku lat i zastanawiam się, co powiedziałabym właśnie jej. Ania: A nie jesteś zła na tę Zosię? Na tę dziewczynę, która wtedy się starała o dziecko? Jak ona słyszy to wszystko, co teraz mówisz, to nie ma ochoty powiedzieć: „Dobra, łatwo ci mówić”? Zosia: Oczywiście, że tak. Ja jestem pewna, że tamta Zosia byłaby na mnie wściekła. Powiedziałaby: „Ty się teraz wymądrzasz. Myślisz, że wiesz o mnie więcej niż ja sama?” Przecież nikt nie znał wtedy mojego życia lepiej ode mnie. Dlatego jestem przekonana, że taką radę wsadziłabym sobie wtedy… no, wiecie gdzie. Naprawdę. Ale tamtej Zosi już nie ma. Nie zapyta mnie o zdanie, więc mogę tylko powiedzieć to dzisiaj, tutaj, w tym podcaście. Dlatego też doskonale rozumiem, jeśli ktoś słucha tego odcinka i czuje złość. Ja też bym się wtedy oburzyła. Powiedziałabym: „No jasne. Łatwo ci mówić: znajdź sobie mądrego przewodnika. Spróbuj go znaleźć.” Rozumiem to. Ania: Ja Ci zadaję te pytania specjalnie. Żebyśmy mogły pokazać też tę drugą stronę. Żeby to nie była tylko jedna perspektywa. Zosia: (śmiech) Dobrze, już siedzę cicho. Ania: Nie, nie. Już widzę tę zamkniętą postawę. Zosia: Ja z Tobą rozmawiam, ale moja mowa ciała pokazuje, co właśnie o Tobie myślę. (śmiech) Ania: Ale wiecie… Mam takie poczucie, że żeby coś zmienić, czasami trzeba trochę potrząsnąć swoim sposobem myślenia. I to nie zawsze jest komfortowe. Zosia: No dobrze. Skoro już się tak wymądrzamy, to powiedz teraz Ty. Co jeszcze zrobiłabyś inaczej? Ania: To jest naprawdę dobre pytanie. Myślę, że dużo wcześniej zaczęłabym rozmawiać z moim mężem. Nie czekałabym tak długo. Miałam wrażenie, że w pewnym momencie obraliśmy wspólny kierunek, ale płynęliśmy do niego na dwóch różnych łódkach. A ja chciałabym dużo wcześniej wsiąść do jego łódki. Albo żeby on wsiadł do mojej. Bo wydaje mi się, że wtedy przeszlibyśmy przez to wszystko trochę lżej. Mielibyśmy siebie bardziej. Zamiast zamykać się wieczorami w internecie, usiedlibyśmy i po prostu porozmawiali. Powiedzielibyśmy sobie: „Jest mi bardzo trudno.” Ale też chciałabym, żeby on wtedy bardziej się otworzył. Bo to nie było tak, że ja nie chciałam go słuchać. Po prostu jego sposób pocieszania kompletnie do mnie nie trafiał. Kiedy mówił: „Nie płacz. Będzie dobrze.” Ja wtedy myślałam: „Ale ja właśnie chcę płakać. Pozwól mi. Daj mi na to przestrzeń.” Po prostu zabrakło nam rozmowy. Takiej prawdziwej. I wzajemnej otwartości na siebie. To na pewno zrobiłabym wcześniej. Zosia: Okej. Teraz znowu moja kolej. Mam takie przemyślenie, z którego jestem naprawdę bardzo dumna.Bo mimo że zaraz powiem, że chciałabym zrobić coś wcześniej, to jednocześnie jestem ogromnie dumna z tamtej Zosi. Że ona w ogóle na to wpadła. Domyślasz się, o czym mówię? Ania: O Projekcie Żyćko? Zosia: Dokładnie. To był moment, w którym dotarło do mnie, że w moim życiu nie dzieje się już właściwie nic poza niepłodnością. Całe moje życie zaczęło się wokół niej kręcić. To przyszło do mnie dopiero po latach starań, ale nikt mi tego nie powiedział. Sama do tego doszłam. Pamiętam wyjazd z moimi przyjaciółkami. Na początku było mi szkoda pieniędzy. Naprawdę. To był bardzo budżetowy wyjazd. Żadnych luksusowych wakacji. Plecak, który Ryanair pozwala wziąć pod fotel, i trzy dni poza domem. A mimo to miałam ogromne wyrzuty sumienia. Myślałam: „Po co wydaję pieniądze na taką przyjemność? Przecież mogłyby pójść na leczenie.” Ale kiedy już tam byłam… To wydarzyło się coś bardzo ważnego. Zosia: Pamiętam, że spacerowałyśmy wtedy po Florencji. Na jednym z placów jakiś pan puszczał ogromne bańki mydlane. I właśnie wtedy coś do mnie dotarło. Pomyślałam: „To jest naprawdę piękny moment.” Jestem tutaj z ludźmi, których kocham. Śmiejemy się, spacerujemy i przeżywamy coś, co już nigdy więcej się nie powtórzy. Nigdy więcej nie będę tą samą Zosią, którą jestem właśnie teraz. To było takie… ożywcze. Kilka razy złapałam się na tym, że śmieję się naprawdę szczerze. Bez udawania. Jakby ktoś na chwilę przewietrzył mi głowę. I wtedy podjęłam decyzję. Przestanę mieć wyrzuty sumienia za wydawanie pieniędzy na życie. To nie znaczyło, że nagle wszystkie nasze środki miały iść na podróże. Absolutnie nie. Ale przestałam myśleć, że każde pieniądze muszą być przeznaczone wyłącznie na leczenie. Ania: Pamiętam Twój kalendarz z tamtego czasu. Zosia: No właśnie! Jeszcze wtedy nie wiedziałyśmy, że mam ADHD, bo nie miałam diagnozy. Ale pamiętasz ten kalendarz wiszący w kuchni? Tutaj wyjazd z mamą. Tutaj Londyn z Dudim. Tutaj Florencja. Potem znowu jakiś krótki wyjazd. Wszystko oczywiście budżetowo. Liczenie każdej złotówki, tanie loty, mały plecak. Ale wydarzyło się coś bardzo ważnego. Jeszcze chwilę wcześniej byłam osobą, która praktycznie nigdzie nie wyjeżdżała. A później nagle zaczęłam planować krótkie wypady. I to było cudowne. Dlatego gdybym mogła coś zmienić, nie pozwoliłabym sobie stracić tych wcześniejszych lat. Nie odkładałabym życia na później. I mówię to z ogromnym zrozumieniem dla tamtej Zosi. Jestem z niej naprawdę dumna. Ale jednocześnie myślę sobie, że może po drugiej stronie słucha nas ktoś, kto jeszcze w ogóle nie pozwolił sobie na taki oddech. Na taką przestrzeń. I właśnie tę myśl chciałabym zostawić w czyjejś głowie. Ania: Pamiętam nawet relacje z tamtego czasu. One chyba do dziś są przypięte. Zosia: Tak. Bardzo stare. Ale pokazują dokładnie, o co w tym wszystkim chodziło. Ania: Projekt Żyćko, choć jego nazwa może brzmieć trochę żartobliwie, naprawdę bardzo dużo wniósł. I wiemy, że u wielu z Was zasiał coś dobrego. Wpuścił do życia trochę światła i trochę powietrza. Zosia: Nie rezygnujcie z rzeczy, które tworzą Was jako człowieka. Bo nawet jeśli większość Waszej energii, czasu, pieniędzy i myśli będzie teraz skupiona na staraniach o dziecko… to przypomnijcie sobie, kim byłyście wcześniej. Może kiedyś marzyłyście o kursie szycia. Może chciałyście nauczyć się robić ceramikę. Może od dawna planowałyście nauczyć się robić lepsze zdjęcia. Może chciałyście zacząć nagrywać rolki. Może marzyłyście o czymś zupełnie innym. Nie pozwólcie, żeby to wszystko zniknęło. Bo właśnie takie małe rzeczy potrafią niesamowicie przewietrzyć głowę. One nie sprawią, że starania nagle staną się łatwe. Nie będzie tak, że pójdziecie na ceramikę, ulepicie kubek i cały Wasz świat się odmieni. Nie. Ale zmieni się perspektywa. I może właśnie ten własnoręcznie zrobiony kubek stanie się jednym małym promykiem światła w bardzo trudnym czasie. Albo dwie godziny spędzone wśród wspierających ludzi. Albo zwykły śmiech z błahostek. To są momenty, które przypominają nam, że nadal żyjemy. Ania: Że można odezwać się do kogoś. Porozmawiać o czymś zupełnie innym. Zosia: I przez chwilę nie myśleć o staraniach. Bo wtedy cała Twoja uwaga skupia się na czymś innym. Na tym, jaki zrobić uchwyt do kubka. Czy ten będzie ładniejszy, czy może tamten. I przez te dwie godziny Twoja głowa naprawdę odpoczywa. A to jest takie małe odzyskiwanie kawałków życia, które niepłodność próbuje nam zabrać. Bo ona i tak wejdzie do naszego życia. Naprawdę. Z tymi swoimi ubłoconymi butami. Ale nie pozwólmy jej zabrać wszystkiego. Ania: Dziękujemy Wam za obejrzenie i wysłuchanie naszego podcastu. Dziękuję Tobie, Zosiu. I nie, wcale się na mnie nie obraziłaś. (śmiech) Zosia: Nie no, oczywiście, że nie. Ania: Do usłyszenia w kolejnym odcinku! A jeśli po wysłuchaniu tego odcinka pojawiły się u Was jakieś refleksje, bardzo chętnie o nich przeczytamy. Może jest coś, czego już nie chcecie odkładać na później? Może postanowicie zrobić coś tylko dla siebie i przestać mieć z tego powodu wyrzuty sumienia? Napiszcie nam. Naprawdę bardzo chętnie to przeczytamy. Zosia: Ja jeszcze tylko na koniec chcę przypomnieć kilka rzeczy z Projektu Żyćko. Pamiętasz niektóre z nich? Ania: Pamiętam. Na przykład wyjazd jednej z naszych Staraczek na krokusy w górach. Zosia: Tak. Pamiętam też tatuaże. Podróże. Paznokcie. Takie drobne rzeczy, które wiele z Was odkładało latami. Bo przecież: „Jeszcze nie teraz.” „Szkoda pieniędzy.” A później okazywało się, że te małe decyzje dawały ogromną ulgę. Ania: Ja pamiętam jeszcze jedną historię. Remont pokoju. Było pomieszczenie, które od dawna miało zostać pokojem dziecięcym. Przez lata stało zagracone, bo przecież „zaraz będzie potrzebne dla dziecka”. I każdego dnia przypominało o tym, na co czekają. W końcu podjęli decyzję. Wyremontowali ten pokój i urządzili tam biuro. A kiedy po czasie pojawiło się dziecko, byli naprawdę szczęśliwi, że mogą z miłością przerobić ten pokój na pokój dziecięcy. To już nie było miejsce, które codziennie przypominało o bólu. Tylko przestrzeń, która przez ten czas po prostu dobrze im służyła. Zosia: Dokładnie. I chyba o to nam dziś najbardziej chodziło. Żeby nie odkładać całego swojego życia na moment, który dopiero ma nadejść. Bo życie dzieje się również teraz. I ono też zasługuje na uwagę. Dziękujemy, że byłyście i byliście dziś z nami. Do usłyszenia w kolejnym odcinku Artykuł #106 Rzeczy, które robiłyśmy podczas starań, ale dziś już byśmy ich nie zrobiły pochodzi z serwisu Akademia płodności.

  • July 15 · 31 min

    #105 Jedna jeździła na maka, druga jadła zdrowo i obie robiły to źle

    Czy dieta naprawdę może zwiększyć szanse na ciążę? A może to tylko kolejny element, któremu przypisuje się zbyt dużą rolę? W tym odcinku opowiadamy nie tylko o badaniach i mechanizmach, ale też o naszych własnych historiach. Bo choć dziś od niemal dekady zajmujemy się dietą płodności zawodowo, same przeszłyśmy bardzo różne drogi. Jedna żyła w przekonaniu, że odżywia się zdrowo. Druga przez długi czas uważała, że skoro są leki, to dieta nie ma większego znaczenia. Rozmawiamy o tym, co zmieniło nasze podejście, dlaczego dieta nie jest magicznym rozwiązaniem, ale może być jednym z najważniejszych puzzli podczas starań o dziecko, oraz jak wspiera organizm na poziomie, którego na co dzień nie widać. Jeśli zastanawiasz się, czy naprawdę warto poświęcić uwagę temu, co ląduje na Twoim talerzu, ten odcinek jest właśnie dla Ciebie. PLAN ODCINKA Dlaczego dwie dietetyczki kiedyś same nie wierzyły w moc diety podczas starań o dziecko. Co sprawiło, że całkowicie zmieniłyśmy swoje podejście do odżywiania. Jak dieta wpływa na komórki jajowe, plemniki i mikrośrodowisko, w którym dojrzewają. Dlaczego dieta nie daje gwarancji ciąży, ale realnie może zwiększać szanse na jej osiągnięcie. Skąd bierze się stres oksydacyjny i dlaczego ma znaczenie dla płodności. Dlaczego nie warto dążyć do „idealnej diety” i co często działa lepiej niż perfekcja. Jakie błędy same popełniałyśmy podczas starań o dziecko i czego nauczyły nas własne doświadczenia. Znajdziesz nas również tutaj: Podcast VIDEO SPOTIFY Cześć, tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności – miejsce, w którym towarzyszymy Wam podczas starań. Dzień dobry, dzień dobry. Dzień dobry, dzień dobry. Dzisiaj powitam Was ja. Witamy w kolejnym odcinku naszego akademiowego podcastu. Dzisiaj spotykają się przed Wami dwie dietetyczki jako dwa różne bieguny. W sumie dalej nimi jesteśmy. Może dlatego ta Akademia wciąż jedzie do przodu. Ale dzisiaj skupimy się nie na wszystkich naszych różnicach, choć jest ich wiele. Powiemy sobie o tym, jak to się stało, że dwa skrajnie różne bieguny skończyły w takim punkcie swojego dietetycznego życia, w którym uwierzyły i zrozumiały, jak prawidłowa dieta płodności może przełożyć się na zwiększenie szans na zajście w ciążę. Tak. A jeżeli chodzi o zwiększanie szans, to tutaj będzie mała marka własna? Powiemy o dietach? No powiemy. To powiedzmy o dietach. Sezonowo, cyklicznie wydajemy różnego rodzaju diety, które warto stosować podczas starań o dziecko. Te nowe diety, jak wejdziecie do naszego sklepu, myślę, że niezależnie od tego, kiedy to klikniecie, ale szczególnie warto zajrzeć teraz – to letnia edycja pełna smaków. Znajdziecie diety dla osób z obniżonymi parametrami nasienia, insulinoopornością, PCOS i wieloma innymi problemami, jeżeli zmagacie się z innymi zaburzeniami hormonalnymi. Jak wejdziecie sobie na naszą stronę internetową, to zrobimy Wam tam taką chmurkę z kodem zniżkowym, więc prawdopodobnie w czasie, kiedy opublikujemy ten odcinek, będą jeszcze w promocji i będzie można je przytulić taniej. A te dwie typiary, które tutaj siedzą – jeśli nas nie znacie – zajmują się dietą płodności od lat. Niedługo zbliżamy się do dekady, kiedy będziemy mogły powiedzieć, że robimy to od dziesięciu lat. Więc serio wiemy, jak to robić, jak to bilansować, śledzimy badania na bieżąco i komponujemy Wasz talerz tak, żebyście Wy nie musieli martwić się badaniami. Żebyście mieli pewność, że my zadbamy o to, aby odpicować ten talerz – męski i damski – tak, żeby zwiększyć szanse na ciążę. A w tym odcinku porozmawiamy sobie o tym, jak dieta w ogóle może to robić i jak to jest możliwe. Od tego musimy wyjść, bo moim zdaniem to jest trochę zabawne. Czasami o tym opowiadamy, ale dawno już tego nie robiłyśmy, więc skoro mamy tutaj nowe osoby, to zrobimy taki – tylko nie za długi – long story short. Jak to się stało, że dwie laski – jedna, która mogłaby zrobić doktorat z menu w Maka, z promocji, które tam są, z zestawów, którymi najbardziej można się najeść i bywa w Maku często, nieraz kilka razy dziennie… Tak. ...spotyka się z drugą typiarą, która właściwie przez długi czas swojego życia miała poczucie, że odżywia się zdrowo. Może nie całe życie. Pewien czas. Dobrze. Raczej. Zostawmy sobie margines na młodzieńcze błędy, prawda? Dokładnie. I kopytka mamy. Dobrze, ale to wciąż kopytka mamy, a nie szama z Maka. To prawda. W każdym razie chcę powiedzieć to, że Ania miała takie poczucie… Raczej nie olewałaś tego talerza tak jak ja. Bo ja ciągle jechałam na kredycie swojej młodości. Miałam poczucie, że mam jeszcze dużą nadpłatę tej młodości, która po prostu zniweluje efekt Maczka. Bo jestem jeszcze młoda. Wiem, że kiedyś nie będę mogła tak jeść, ale teraz jeszcze nie musimy o tym rozmawiać, bo mam na tej karcie pewną nadpłatę, z której chętnie korzystam. Tak właśnie jechałam. Wiecie co? Ja byłam święcie przekonana, że zdrowo żyję. Ale teraz przypominam sobie na przykład wszystkie imprezy. Pamiętam taki moment, że właściwie nasi znajomi chodzili na imprezy, a my, starając się o dziecko, na początku też jeszcze aktywnie w nich uczestniczyliśmy. Moje znajome jeszcze studiowały, więc to był czas robienia magisterki i była biba za bibą. W której ty czynnie brałaś udział czy siedziałaś w kącie i myślałaś sobie: „Boże, ale ten alkohol ma tyle kalorii”? Właśnie nie myślałam. Gdzieś wydawało mi się, że jestem świadoma zdrowego odżywiania, bo jednak pilnowałam tego. Ale teraz pierwszy raz mam taką rozkminę, że przecież… No fajnie, tylko że jak chodziliśmy na imprezy, to była gruba biba. To był średnio higieniczny styl życia. Tylko że byliśmy młodsi, więc miałam wrażenie, że procesy naprawcze zachodziły… Szybciej. Szybciej. Człowiek mniej to odczuwał. Ale jednak był to średnio higieniczny okres życia. No dobrze. Ja nie chciałam, kochana, żeby zabrzmiało, że Ania była przykładem moralnego życia dietetycznego. Bardziej chciałam podkreślić to, że wymyślałaś jakieś ciasto z kaszy gryczanej. No serio. Ja nigdy. Rozumiesz? Żebym ja podczas studiów zrobiła ciasto z kaszy gryczanej? No może pod koniec studiów, ale wcześniej? To był mój hit podczas starań. Ciasto gryczane. To była moja słodycz. Ja mam takie ciężkie doświadczenie, kiedy spotkałam się z nim po raz pierwszy. Musisz przyznać. Poczekaj, Aniuś, daj mi przejść ten proces. Zosinka, która wpierdziela Maczka, przychodzi do ciebie, a ty stawiasz przede mną ciasto gryczane. I już chcesz, żebym się zachwyciła. Potem prosiłam o przepis, robiłam je i jadłam ze smakiem. Ale pamiętam ten pierwszy raz. Postawiłaś przede mną kawę i ciasto gryczane. Dla mnie ciasto to było coś z czekoladą, a ty mówisz: „Smacznego. Jedz do kawy”. Ono nie miało cukru wtedy nawet. Ani grama cukru ani żadnego słodzika. No chyba dlatego, że była tam ta gorzka, dziewięćdziesięcioprocentowa czekolada. No dobrze, było konkretne. Ciężkie. Dla mnie to naprawdę było przeżycie. Ale proces zaszedł. W każdym razie – dwie bardzo różne osobowości i dwa zupełnie różne podejścia do diety. I coś dzieje się w ich życiu. Albo zachodzi powolny proces, albo – tak jak u mnie – następuje boom i zderzenie ze ścianą. Wtedy zdajesz sobie sprawę, że dieta powinna grać w twoim życiu pierwsze skrzypce, bo jesteś w stanie zrobić nią więcej niż lekami, które bierzesz od dłuższego czasu. Jak to było? Szybciutko, w skrócie. Poszukiwanie kontroli. Odzyskanie wpływu na swoje życie i na swoje ciało. Próba powiedzenia sobie: to ja trzymam lejce, a nie ktoś kieruje moim życiem. Odzyskanie takiego poczucia sprawczości. U ciebie to był ten moment zwrotny. Tak. Pomyślałam sobie: właściwie nic nie pomaga. Czemu nie odpicować tego talerza? Czemu nie spróbować odżywiać się zgodnie z zaleceniami dla PCOS? Bo moje wcześniejsze „zdrowe odżywianie” jednak trochę od tego odbiegało. I dopiero kiedy zmieniłam dietę pod PCOS i wykorzystałam wiedzę, którą już miałam, okazało się, że… o kurde. Tam było co naprawiać. Dało się naprawdę sporo zmienić. Ja pamiętam, że ciągle nie doceniałam roli diety w swoim życiu. Wydawało mi się, że skoro wjeżdżam z kalibrem pod tytułem leki, to jakaś kanapka z hummusem na śniadanie nie zmieni mojego życia tak jak zastrzyk z gonadotropin. Miałam poczucie, że dieta jest tak małym kalibrem, że oczywiście coś tam może pomóc, ale to nie jest gra warta świeczki. Najpierw ciężkie działa, a potem ewentualnie reszta. No i potem okazało się, że wyciągamy kolejne leki, kolejne leki… i chyba właśnie wtedy przestało mieć sens odkładanie diety na później. Wiecie, co było dla mnie odkrywcze? Kiedy spojrzałam na proces starań właśnie jak na proces. I dopuściłam do siebie myśl, że może to potrwać dłużej, niż mi się wydaje. Oczywiście bardzo chciałam wierzyć i bardzo modliłam się o to, żeby było szybko. Żeby scenariusze, o których lekarze mówili mi od nastoletnich lat, nie spełniły się właśnie u mnie. Chciałam po prostu schakować rzeczywistość. Ale się nie udało. I wtedy spojrzałam na to z innej perspektywy. Pomyślałam sobie: Zosia, szykujesz się do przebiegnięcia maratonu. Chcesz, żeby twoje ciało stworzyło człowieka. Dla mnie to było coś większego niż wejście na Mount Everest. Więc przecież nie stołujesz się codziennie w Maku i nie wybierasz codziennie na obiad kebaba tylko dlatego, że jest szybciej albo wygodniej. Raczej próbujesz to swoje ciało zaopiekować. I miałam takie: „Aaa, wow”. I kolejna sprawa, która totalnie zmieniła moją perspektywę, to uświadomienie sobie, że Wasze komórki jajowe i plemniki nie dojrzewają w próżni. One dojrzewają w Waszym organizmie. Wszystkie procesy, które zachodzą w Was, wpływają również na nie. Jeśli na przykład w Waszym organizmie stres oksydacyjny nie jest w równowadze z mechanizmami naprawczymi, to w okolicy tych komórek, na których tak bardzo Wam zależy – komórek jajowych i plemników – dzieje się dokładnie to samo. To mikrośrodowisko jajnika czy miejsce, w którym rozwijają się plemniki, to obszary, do których chcemy wysłać jak najwięcej dobrych „żołnierzy” – antyoksydantów, opiekunów, którzy przypilnują, żeby nic tych komórek nie uszkadzało. Mówimy o tym trochę obrazowo. Bardzo obrazowo. Tak, żeby łatwiej było to zapamiętać. Bo gdybyśmy znowu powiedziały: „jest coś takiego jak stres oksydacyjny”, to brzmi jak wykład. A chcemy, żebyście mogli to sobie wyobrazić. Że te procesy dzieją się właśnie teraz, w Waszym organizmie. I to też nie jest tak, że… …łatwo odpowiedzieć na pytanie: „Kiedy dieta przyniesie efekty?”. Po tylu latach nadal nie potrafimy na nie odpowiedzieć. Wiemy natomiast, że te procesy wymagają czasu. Trzeba im poświęcić uwagę i cierpliwość. U jednych efekty pojawią się szybciej, u innych będzie potrzeba więcej tego „sprzątania” w mikrośrodowisku komórek rozrodczych. Może pomoże Wam spojrzenie na to tak, jak pomogło mnie – że to po prostu maraton. Trzeba przygotować środowisko, w którym będzie mogło zamieszkać nowe życie. Stworzyć mu jak najlepsze warunki do rozwoju. O co chodzi z tą dietą? Bardzo często dostajemy pytania: „Czy ta dieta na pewno mi pomoże?”. I my tego nie wiemy. Tak samo, jak nie wiedziałyśmy tego w swoich własnych przypadkach. U Zosi dieta pojawiała się przecież któryś raz z kolei. Dietetyczny Zosin miał kilka zrywów w swoim życiu. Jakie kilka? Kilkanaście, bądźmy szczerzy. Kilkanaście zrywów i nie każdy kończył się ciążą. No tak, większość się nie kończyła. Byłaś tym bardzo rozczarowana. To prawda. Ale finalnie zwiększyła się szansa – pojawiła się spontaniczna owulacja. Tak. I to było takie: „Jeju, jak to się w ogóle wydarzyło?”. Bo zaczynałam już w to wątpić. Nie dziwię się. Nawet nie tyle wątpiłam, bo już pracowałam z pacjentami i widziałam efekty u innych, ale myślałam sobie, że może ja jestem właśnie tą osobą, u której dieta nie jest tym brakującym puzzlem. Tylko widzisz, Aniu, jest jeszcze jedna ważna rzecz. Żadna z moich ciąż nie pojawiła się wtedy, kiedy trzymałam dietę na 102%. Były takie momenty, kiedy naprawdę jechałam na maksa. Chyba mogę to zrzucić trochę na moje ADHD. Pamiętasz przecież, jak potrafiłam cisnąć tę dietę. Pamiętam. To było nierozsądne. I jeśli ktoś z Was jest teraz w takim miejscu, to naprawdę tego nie polecam. Tam było wszystko odpicowane na 102%, ale ja jechałam już tylko na oparach własnej energii. A kiedy ta tama pękała, z tych 102% robiło się minus dwa. I wtedy Zosin odlatywał. Oj tak. To było bardzo nierozsądne. Pamiętam te wszystkie koktajle z milionem przeciwzapalnych przypraw. Jezu… pamiętam jeden taki koktajl. Do dziś nie wiem, jak ja go wypiłam. Było ich kilka. Tak. Byłam bardzo zdeterminowana, ale to nie było rozsądne. Okazało się, że dużo lepiej działał dłuższy dystans – nie na 100%, tylko na jakieś 85%. To i tak jest bardzo dużo. Tak, ale daje przestrzeń na oddech. I właśnie to okazało się u mnie skuteczniejsze. Za każdym razem, kiedy zachodziłam w ciążę, udawało się to naturalnie właśnie przy takim podejściu. Przypomnijmy, że Zosia ma jednostki chorobowe, w których dieta naprawdę ma ogromne znaczenie, chociażby insulinooporność. To prawda. I to też jest ciekawe, bo insulinooporność sama z siebie zwiększa stres oksydacyjny. W organizmie toczy się przewlekły stan zapalny. I to nie boli. Można z tym normalnie żyć. Tkanka trzewna odkłada się powoli, obwód talii się zwiększa, rośnie ryzyko zespołu metabolicznego, ale nic nie boli. Po prostu kupujesz większe spodnie i żyjesz dalej. A tymczasem w organizmie zachodzą procesy zapalne, które wpływają również na płodność. I to było dla mnie odkrywcze. Nie czekasz przecież z działaniem dopiero wtedy, kiedy coś zacznie boleć. I do tego właśnie chciałam wrócić. Dla mnie dieta to po prostu kolejny puzzel zwiększający szansę. Częstsza owulacja to większa szansa na ciążę. Nie patrzyłabym na to zero-jedynkowo. Zmiana sposobu odżywiania może przynieść naprawdę mnóstwo korzyści. Ostatnio dostałyśmy maila od dziewczyny, która jest już mamą. Napisała, że bardzo chciałaby wrócić do naszych diet, bo wtedy czuła się najlepszą wersją siebie. I ja ją doskonale rozumiem. Od stycznia sama jestem na naszych dietach – już bardziej ze względów zdrowotnych – i mam takie poczucie, że po prostu dokarmiam swój organizm. Czuję się dobrze. Czuję, że naprawdę o siebie dbam. I dokładnie rozumiem, co miała na myśli. Ale muszę odbić piłeczkę. Czuję, że po drugiej stronie może siedzieć Zosia sprzed lat, która na hasło „najlepsza wersja siebie” odpowiedziałaby: „Mam to gdzieś. Ja chcę być w ciąży”. I doskonale to rozumiem. Nie chciałabym tylko, żeby ktoś potraktował dietę jako złoty środek. Bo może nim będzie, ale może też nie. I nie chcę, żeby później pojawiło się rozczarowanie. Bo właśnie tak było u Zosi. Któryś z kolei zryw okazał się tym najważniejszym. I wiem, że te zrywy przychodzą i odchodzą.. No właśnie – wszystko zależy od tego, jak do tego podejdziemy. Bo mam wrażenie, że tym podcastem niczego nie obiecujemy. Wręcz chcemy pokazać, że dieta ma ogromną moc. Ogromną. Chcesz z tego skorzystać? Super. Bo zobacz, jakie zmiany mogą zajść w Waszym życiu. Ja byłam człowiekiem, który sabotował dietę właściwie do samego końca. No ja zresztą też. Dużo rzeczy sabotowałam. Czy musimy teraz wymieniać je wszystkie? Nie. Tak było. Ale o co chcę powiedzieć… Mamy dużo wątków. Bardzo dużo. A chciałabym to zamknąć jedną klamrą. Chodzi mi o to, o czym rozmawiałyśmy w samochodzie, jadąc tutaj. Pamiętasz, co powiedziałaś o Kinder Bueno? Jak wpadło Kinder Bueno? No właśnie. Nigdy nie udało mi się zajść w ciążę wtedy, kiedy robiłam dietę na 102%. Może też dlatego, że byłam tak zafiksowana i oczekiwałam od niej, że skoro ja wszystko robię idealnie, to ona po prostu musi zadziałać. Może być też tak, że wydaje Wam się, że stosujecie dietę płodności, ale robicie to niezgodnie z zasadami, które naprawdę mają znaczenie. Liczy się ilość białka, proporcje składników, ilość błonnika, jakość tłuszczów… Jak to wszystko bilansujemy. Indeks i ładunek glikemiczny. Bardzo dużo elementów przenika się wzajemnie i właśnie dlatego dieta jest pierwszym elementem leczenia chociażby w PCOS. I czasami naprawdę trudno jest to wszystko samemu spiąć. Dlatego wygodnie jest korzystać z diety przygotowanej przez kogoś, kto zrobił to za Was. Wy po prostu gotujecie i macie pewność, że wszystko jest odpowiednio zbilansowane. Bo możecie stosować dietę, która wydaje Wam się dietą płodności, nie pozwalać sobie na żadne odstępstwo, a ona i tak będzie mniej korzystna niż dobrze zbilansowana dieta, przy której raz na jakiś czas zjecie Kinder Bueno. Albo pojedziecie do Maka. Dokładnie. Ania też kiedyś myślała, że odżywia się bardzo dobrze. A dziś, patrząc z perspektywy czasu, mówi: „Chryste Panie… naprawdę dało się zrobić to lepiej.” Mało tego. Ja pamiętam, jak mówiłam, że nie potrzebuję zmiany stylu życia, bo przecież mój styl życia jest całkiem dobry. No tak. Musiał przyjść taki moment otwarcia się na zmianę. Bo ja naprawdę myślałam, że robię wszystko. Łącznie z butelką czerwonego wina na endometrium. Nie wiem, czy wszyscy słuchali poprzednich odcinków. To nie jest prawda. Brzmiało świetnie, prawda? No dobrze, ale wtedy wiedza była zupełnie inna. Mówimy przecież o wielu latach temu. Tak. Dzisiaj mamy dużo większą świadomość. I ogromnie większe doświadczenie. Dlatego nasze obecne diety wyglądają zupełnie inaczej niż te sprzed lat. Dzisiaj zamiast tego wina możecie wypić sok z buraka. No właśnie. Chciałaś poprawić endometrium, przeczytałaś gdzieś, że resweratrol działa świetnie… …i zupełnie pominęłam fakt, że to jednak alkohol. Przy tych wszystkich lekach, które wtedy brałam. No właśnie. Wiecie co… aż mi trochę głupio, jak o tym myślę. Można więc mieć poczucie, że odżywia się zdrowo, a wcale nie robić tego zgodnie z tym, co rzeczywiście wspiera płodność. Można też jeść Maczka i myśleć, że jeszcze korzysta się z kredytu swojej młodości. I oba te podejścia są błędne. Więc… w sumie fajnie, że istnieje Akademia. Można też czasami pojechać do Maka. Można. Bo Kinder Bueno było tylko przykładem tego, że jest miejsce na normalność. Ta dieta naprawdę jest normalna. My tam nie wymyślamy żadnych kosmicznych rzeczy. Po prostu zwiększamy ilość wartościowych składników i odpowiednio je układamy. Dokładnie. I okazuje się, że kiedy cała reszta jest naprawdę dobrze zbilansowana, to taki jeden grzeszek nie robi wielkiego spustoszenia. Kinder Bueno. Czy wyjście do Maka. Czy spotkanie ze znajomymi. To naprawdę nie przekreśla całej pracy. Bardzo chciałybyśmy, żebyście uwierzyli w dietę płodności choć w połowie tak mocno jak my. Żebyście zobaczyli jej potencjał. Bo mnie bardzo otworzyło głowę właśnie wyobrażenie sobie tych procesów. Tego, że wszystko dzieje się we mnie. I spojrzenie na to jak na maraton. Pamiętasz? Kiedyś robiłyśmy webinar i pokazywałyśmy mikrośrodowisko jajnika. Tak. Był taki slajd ze sprzątaniem domu, do którego ma wprowadzić się nowe życie. I to bardzo zapadło dziewczynom w pamięć. Bo właśnie tak można o tym myśleć. Dieta wnosi do organizmu mnóstwo składników, które pomagają „sprzątać”. Mnóstwo antyoksydantów, które walczą z wolnymi rodnikami. Ale pamiętajcie też, że antyoksydanty się zużywają. To nie jest tak, że wypijecie jeden koktajl i on będzie sprzątał przez miesiąc. Trzeba wypić kolejny. Dobrze się wyspać. Mogę powiedzieć: rzucić papierosy? Możesz. Powiedziałam to kiedyś w telewizji i dalej będę to powtarzać. Rzućcie papierosy. Pomyślcie o ograniczeniu albo odstawieniu alkoholu. Idźcie na spacer. Na siłownię. Na pilates. Na aqua aerobik. Znajdźcie coś, co sprawia Wam przyjemność. Bo to wszystko są kolejne puzzle. A jeśli zaufacie nam i skorzystacie z naszych diet, to możecie być pewni jednego – odpicowałyśmy je najlepiej, jak potrafiłyśmy. Mało tego, ugotowałyśmy je. Ja już skończyłam testowanie. Kolejna letnia edycja jest gotowa. Są przepyszne chłodniki. Dobrze, że w tym zespole jest ktoś odpowiedzialny, bo ja jeszcze nie ugotowałam wszystkiego. Jestem w trakcie. Ale to są przepisy, z których korzystamy od lat. To nie są przypadkowe dania. To nasze sprawdzone przepisy. Najbardziej dopracowane wersje posiłków. A teraz, jak o tym rozmawiamy, to jestem głodna. Ja też. Myślę o tym ekspresowym chłodniku. Mój teść powiedział o nim: „Jo, dobry”. A pamiętasz lava cake? Nawet Zosia, która nie cierpi jednego ze składników, była zachwycona. Siedziałyśmy wtedy na trawie w ogrodzie i jadłam to ciasto z takim poczuciem, że właśnie w takim miejscu chcę być. Że dieta płodności daje mi frajdę. A wiecie, że ja jestem wybredna. Na samo hasło „ciasto z kaszy gryczanej” już się śmiejemy. Ale teraz naprawdę te przepisy są pyszne. Przypomniało mi się jeszcze burrito. Nie wiem jeszcze, w którym tygodniu diety będzie. Ale robiłam je chyba pięć razy w ostatnim tygodniu. To jest po prostu burrito z mięsem. Robi się błyskawicznie. I kiedy mam ochotę na fast food, robię właśnie to. Bo jest przepyszne. A placuszki z cukinii i ricotty? Też. One zniknęły podczas nagrań tak szybko, że nie miałyśmy już czego dogrywać do rolek. Także naprawdę – te diety są po prostu dobre. Smaczne i jednocześnie dobrze skomponowane. I z tym chcemy Was zostawić. Dajcie tej diecie szansę. Naprawdę spróbujcie. Niewiele ryzykujecie. Najwyżej poświęcicie trochę czasu na gotowanie. Który i tak poświęcacie. A nasze diety dla zapracowanych właśnie po to powstały, żeby tego czasu było jak najmniej. Spróbujcie posprzątać swoje… Mikrośrodowiska. Dokładnie. Stworzyć tam taki mikroklimat, w którym będą mogły dojrzewać jak najlepszej jakości komórki. I w którym nowe życie będzie miało dobre warunki. My bardzo mocno trzymamy za Was kciuki. Kciuki. Kciuki! Nasza karta od angielskiego mówi, że tak pokazuje się zaciśnięte kciuki. A my robimy to po polsku. I po międzynarodowemu. Jesteście głęboko w naszych sercach. Ściskamy Was i życzymy Wam dobrego tygodnia, pełnego nowych wyzwań. Artykuł #105 Jedna jeździła na maka, druga jadła zdrowo i obie robiły to źle pochodzi z serwisu Akademia płodności.

  • July 10 · 39 min

    #104 Jestem w ciąży i co dalej?!

    To miał być najpiękniejszy moment. Dwie kreski. Pozytywna beta. Koniec wieloletnich starań i początek wymarzonej ciąży. A potem okazuje się, że zamiast ulgi pojawia się strach. Taki, którego wcześniej trudno było sobie wyobrazić. W tym odcinku rozmawiamy o czymś, o czym mówi się zdecydowanie za rzadko- o ciąży po niepłodności. O tym, że upragnione dwie kreski nie zawsze leczą traumę i nie kończą lęku. Czy wszystko staje się łatwe po tym jak się uda? Mówimy o emocjach, których wiele kobiet się wstydzi, poczuciu winy, braku radości, ciągłym oczekiwaniu na najgorsze i o tym, dlaczego to wszystko jest znacznie częstsze, niż mogłoby się wydawać. Plan odcinka Dlaczego pozytywny test ciążowy nie zawsze oznacza koniec lęku i początek radości. Jak wygląda ciąża po latach starań i dlaczego wiele kobiet żyje w ciągłym napięciu. Skąd bierze się poczucie winy, gdy zamiast szczęścia pojawia się strach. Dlaczego trauma niepłodności nie znika w momencie zobaczenia dwóch kresek. Jak niepłodność wpływa na relację partnerską i dlaczego ciąża nie zawsze naprawia to, co wcześniej zostało zranione. Dlaczego warto zadbać o związek jeszcze przed narodzinami dziecka i kiedy terapia par może być ogromnym wsparciem. Jak dać sobie prawo do wszystkich emocji i przestać oceniać siebie za to, co czujesz. Znajdziesz nas również tutaj: Podcast VIDEO SPOTIFY Witamy w kolejnym odcinku podcastu. Razem z prawidłowym intro. Chyba można zapomnieć po czterech latach, prawda? Proszę, wybaczcie nam. To chyba kwestia lekkiego stresu związanego z nową przestrzenią. Chociaż prawdopodobnie tego nie usłyszeliście, bo liczymy na to, że chłopaki poradzili sobie z montażem i po prostu go nie ma. Musicie wiedzieć, że weszłyśmy do nowego studia i byłyśmy po prostu oniemiałe. Jest tutaj tak pięknie, tyle kamer… Trochę nas to przytłoczyło i nagle zapomniałyśmy, co mówimy do Was od czterech lat. Mamy nadzieję, że ta nowa przestrzeń podoba Wam się równie mocno jak nam. Dajcie znać, bo być może właśnie stąd będziemy do Was nadawać. A tymczasem przechodzimy do tematu, który przygotowałyśmy na dziś. Znowu usiądziemy sobie wspólnie przy kawie i wodzie i porozmawiamy o czymś, czego – mam wrażenie – przez poprzednie lata trochę bałyśmy się dotykać. Będzie to temat ciąży. Dobrze wiecie, że z ciążą podczas starań jest różnie. Trudno się o niej rozmawia, trudno się na nią patrzy. Widok kobiet z brzuszkiem często jest czymś, czego najchętniej w ogóle byśmy nie oglądały, kiedy same jesteśmy w trakcie starań. Mam wrażenie, że właśnie dlatego, chcąc roztoczyć nad Wami taki ochronny parasol, praktycznie nie komunikowałyśmy tego, że mamy diety dla kobiet w ciąży. A przecież mamy. One po prostu same się sprzedają, same je znajdujecie. Trochę bałyśmy się poruszać tematy okołociążowe. Tym razem jednak to zrobimy, bo dostajemy od Was coraz więcej wiadomości. Piszecie, że o tym w ogóle się nie mówi. Pytacie, dlaczego my o tym nie mówimy. Dlaczego nikt nie powiedział Wam, że pozytywny test, pozytywna beta i moment, w którym wreszcie zachodzicie w ciążę, wcale nie oznaczają końca stresu. Wręcz przeciwnie. Powiedziałabym nawet, że ten stres wychodzi poza skalę. To nie jest taki idylliczny stan, jaki często sobie wyobrażamy. To bardzo zaskakujące, bo każda z nas ma w głowie pewien scenariusz. Wyobrażamy sobie, jak będzie wyglądał ten dzień, nasze życie i przyszłość. Myślimy: „kiedy to się wydarzy, wtedy wreszcie będę szczęśliwa”. Przynajmniej ja tak miałam. Byłam przekonana, że moment, w którym zobaczę dwie kreski, będzie granicą między dwoma światami. Jeszcze dzień wcześniej będę tkwić w tym niekończącym się smutku i tęsknocie za dzieckiem, a następnego dnia wszystko nagle zniknie. Okazuje się jednak, że bardzo wiele kobiet myśli dokładnie tak samo. A kiedy tak się nie dzieje, pojawia się zaskoczenie i pretensje do samej siebie. „Przecież miałam się cieszyć. Miałam skakać z radości. Co jest ze mną nie tak?” Myślę, że trochę miesza nam tutaj internet, który pokazuje piękne obrazki. Miały być kolorowe skarpeteczki, idealnie zaplanowane przekazanie wiadomości mężowi i wzruszające nagranie. Tymczasem pojawia się paraliżujący strach. I nie ma tej radości, której się spodziewałyśmy. Ja, zanim zaszłam w ciążę, przez wiele miesięcy wyobrażałam sobie moment, w którym przekażę mężowi tę wiadomość. Co jakiś czas zmieniałam plan. Raz miał dostać małe skarpetki, innym razem chciałam ukryć test tak, żeby sam go znalazł i żeby było wielkie zaskoczenie. Miałam nawet kupione maleńkie skarpetki. Leżały schowane w szufladzie. Plan był taki, że włożę do jednej z nich test ciążowy i powiem, że czeka tam na niego niespodzianka. Idealny scenariusz. Wyszło zupełnie inaczej. Emocje wzięły górę. Po prostu wyszłam z łazienki zapłakana, z czerwonymi oczami. Od tego momentu już nic nie szło zgodnie z moim wcześniej ułożonym planem. Bo ja wyobrażałam sobie ten moment jako koniec trosk. Myślałam, że najgorsze już minęło. U mnie było jeszcze o tyle inaczej, że wcześniej w ogóle nie znałam tematu poronień czy ciąż biochemicznych. Nasze starania wyglądały tak, że na każdym teście była tylko jedna kreska. Nigdy wcześniej nie widziałam dwóch. Dlatego samo zobaczenie dwóch kresek kojarzyło mi się wyłącznie z tym, że już się udało. Teraz będą już tylko wizyty u lekarza, pierwsze USG, bicie serduszka, kolejne zdjęcia.Wyobrażałam sobie, że będę robiła zdjęcia w tym samym miejscu, przed tym samym lustrem, w tej samej pozycji i tylko porównywała, jak rośnie brzuch. I taki scenariusz oczywiście może się wydarzyć. Bardzo wielu kobietom właśnie tak przebiega ciąża. Ale trafiamy też na zupełnie inne historie. Przytoczę jedną z nich. Napisała do nas dziewczyna po dziesięciu latach starań. Dziesięciu latach. Życie naprawdę bardzo mocno ją doświadczyło. Napisała, że nie może w to uwierzyć, ale test pokazał dwie kreski. To była krótka wymiana wiadomości. Zapytałyśmy, jak się teraz czuje. To, co odpisała, bardzo utkwiło mi w pamięci. „Wszyscy się cieszą. Mąż skacze z radości, a ja czuję, że jestem w czarnej otchłani.” To cytat, słowo w słowo. Po dziesięciu latach starań nie czuła euforii. Była przerażona tym, co właśnie się dzieje. Dziesięć lat życia podporządkowanego staraniom. Dziesięć lat budowania siebie wokół tego doświadczenia. I nagle… co dalej? To może być bardzo trudne do zrozumienia dla kogoś, kto nigdy się w takim miejscu nie znalazł. Kto wciąż żyje wyobrażeniami o tym, jak będzie wyglądał ten upragniony dzień. I ja naprawdę życzę Wam, żeby te wyobrażenia się spełniły. Żeby były piękne, spokojne i pełne radości. Ale jeśli okaże się, że zamiast euforii poczujecie ogromny ciężar na klatce piersiowej, że trudno będzie Wam złapać oddech, to chcemy, żebyście wiedziały jedno: To też jest normalne. Ciąże po długich staraniach bardzo często są wyłapywane od samego początku. Nierzadko poprzedza je długie leczenie, procedury i medykalizacja starań. Często wiążą się również z większą liczbą leków i ogromnym napięciem, które wcale nie znika w momencie zobaczenia dwóch kresek. Jeśli czujecie ogromny ciężar na klatce piersiowej i nie możecie złapać oddechu, to też może się zdarzyć. Ciąże po długich staraniach bardzo często są wyłapywane już od samego początku. Często są poprzedzone długim leczeniem i medykalizacją starań, dlatego wymagają większej obstawy lekowej, częstszych wizyt u lekarzy i nieustannej kontroli. Mam teraz w swoim najbliższym otoczeniu przyjaciółkę, która o pierwsze dziecko starała się bardzo długo. Drugie przyszło szybciej, ale to doświadczenie sprawiło, że cały czas potrzebuje poczucia, że ma nad wszystkim kontrolę. Prowadzi ciążę równolegle u dwóch lekarzy. Dzięki temu ma wizyty praktycznie dwa razy częściej. I kiedy ostatnio zaczęło się coś dziać, nie były to żadne ogromne red flagi, ale pojawiły się skurcze przepowiadające, brzuch zaczął się stawiać i robić twardy – jedna lekarka zbadała ją i zapewniła, że wszystko jest w porządku. To jednak nie wystarczyło. Dopiero kiedy poszła do drugiej lekarki, do której ma większe zaufanie, i usłyszała dokładnie to samo po wykonaniu tych samych badań, odrobinę odetchnęła. Ale po każdym, nawet krótkim epizodzie, kiedy coś się dzieje, poziom stresu znowu szybuje. Czasami dziewczyny kończą starania o dziecko dopiero w momencie porodu. Dwie kreski nie zawsze oznaczają koniec starań. Każda przeżywa to na swój sposób. Jeżeli ktoś ma za sobą wcześniejsze straty, drży praktycznie każdego dnia. Każdy ból, każda wizyta w toalecie, podczas której sprawdza, czy nie pojawiło się krwawienie, potrafią wywołać ogromny lęk. Zdarza się też, że nagle urywa nam się z kimś kontakt. Nie ma wiadomości, zastanawiamy się, co się wydarzyło. Po wielu miesiącach dostajemy odpowiedź: „Nie mogłam wcześniej się odezwać, bo dla mnie niepłodność skończyła się dopiero w momencie porodu. Dopiero kiedy trzymałam dziecko w ramionach, uwierzyłam, że naprawdę się udało.” Bo dopiero wtedy pojawia się poczucie, że dziecko jest już bezpieczne. Że teraz więcej zależy ode mnie niż wtedy, kiedy było jeszcze w brzuchu. W ciąży mogłam chodzić do lekarzy, brać leki, wykonywać badania i wszystko kontrolować, ale nie na wszystko miałam wpływ. Ta głowa cały czas przypomina: „To jest moje największe marzenie. To jest mój najcenniejszy skarb. Muszę zrobić wszystko, żeby go ochronić.” I właśnie dlatego ten stres potrafi całkowicie wymknąć się spod kontroli. Może Was to zaskoczyć. Mogą pojawić się pretensje do samej siebie. „Przecież marzyłam o tym przez dziesięć lat. Dlaczego nie skaczę z radości tak jak mój mąż? Dlaczego nie umiem po prostu cieszyć się ciążą? Co jest ze mną nie tak?” Ta niepłodna głowa naprawdę potrafi namieszać. A najgorsze jest to, że nawet wtedy, kiedy już się uda, potrafimy jeszcze same sobie dokładać. Pamiętam, jak bardzo czekałam na koniec pierwszego trymestru. Nie wiem, czy Ty też tak miałaś, ale cały czas miałam z tyłu głowy, że właśnie wtedy dochodzi do największej liczby poronień. Pamiętam, że wystarczyło, żebym zobaczyła jakąkolwiek wydzielinę, a już biegłam do łazienki z myślą: „To już. Na pewno krwawię.” Ta krew nigdy się nie pojawiła. Nawet najmniejsze różowe zabarwienie. Ale byłam tak przesiąknięta tymi wszystkimi historiami, że nie potrafiłam uwierzyć, że może być dobrze. Pamiętasz, jak wysłałam Ci zdjęcie testu ciążowego? Ja naprawdę byłam przekonana, że to drugi test, który mnie oszukał. Kiedyś zrobiłam test, na którym pojawiła się bardzo cieniutka kreska przy literce T, ale nie wyglądała jak prawdziwy wynik. To był po prostu wadliwy test. A kiedy zrobiłam ten właściwy, z którego później narodziła się Krysia, wysłałam Ci jego zdjęcie wściekła. Napisałam: -Kurczę, oni się na mnie uwzięli. To znowu inna firma, inny test i znowu mnie oszukał. Pamiętasz? -Pamiętam. Właśnie tak działa głowa po niepłodności.Nawet kiedy wydarza się coś dobrego, nie pozwala Ci w to uwierzyć. Ja z kolei mam trochę inne doświadczenie. Po ciąży biochemicznej, kiedy drugi raz zobaczyłam dwie kreski, nie było wielkiej radości. Mam wrażenie, jakby ktoś po prostu zakręcił kranik z emocjami. Nie dopuszczałam do siebie myśli, że się udało.Po tym, co przeżyłam przy ciąży biochemicznej, nie chciałam znowu przez to przechodzić.To był taki mechanizm obronny. Po tylu latach starań dostajesz na chwilę dwie kreski. Pojawia się nadzieja, a za moment zostaje Ci odebrana.Nie chcesz przeżywać tego drugi raz.Bronisz się. Pamiętam, że kiedy poszłam na USG, nie miałam już nawet siły płakać.A lekarz powiedział wtedy, że ta ciąża jest nierokującaJa nawet wtedy nie popłakałam się po wyjściu z gabinetu.Po prostu zamknęłam emocje na klucz. Koniec. Nie ma ich. Nie niosę tego drugi raz. Funkcjonowałam. Chodziłam do lekarzy, robiłam kolejne badania, ale wszystko było jak za szybą. Wyparcie.Dowiemy się na kolejnym USG. Nie myśl o tym. Nie ciesz się. Nie rozmawiajmy o tym. Akurat mieliśmy z mężem zaplanowany krótki wyjazd. Pomyślałam: wyjedziemy, wrócimy i wtedy zobaczymy, co dalej.Ale jeszcze przed wylotem poszłam do drugiej lekarki. Chciałam po prostu wiedzieć. Ona nie znała naszej historii. Zrobiła USG i powiedziała tylko: -Jest malutki pęcherzyk. I tyle. Pamiętam, że nie płakałam. Szłam do lekarza, badałam się, wychodziłam. Szłam do drugiego lekarza, badałam się, wychodziłam. Brałam progesteron. Szłam na betę.Umawiałam kolejne USG. Tak wyglądało moje funkcjonowanie. Nie było skakania z radości. Nie było euforii. Nie było wręczania testu w tych maleńkich bucikach, które sama, bardzo koślawo, wydziergałam i które cały czas czekały schowane. Bo cały czas z tyłu głowy siedziała myśl: „Zaraz coś pójdzie nie tak.” Po prostu. To szczęście wydawało się tak irracjonalne. Tyle razy wcześniej coś się nie udało, że trudno było uwierzyć, iż tym razem będzie inaczej. Przecież kiedy jesteśmy nastolatkami, wydaje nam się, że ciąża czyha za rogiem. Wystarczy jeden nieuważny stosunek i już. Dlatego trzeba się zabezpieczać, najlepiej dwiema metodami antykoncepcji. A później przychodzi moment, kiedy bardzo chcesz zajść w ciążę i nagle okazuje się, że ten magiczny przełącznik, który kiedyś był ustawiony na „ON”, jest na „OFF” I nie da się go po prostu z powrotem włączyć. Myślę, że właśnie stąd bierze się ten syndrom ciągłego oczekiwania, że zaraz wydarzy się coś złego. Albo z przekonania, że będzie mniej bolało, jeśli nie pozwolisz sobie cieszyć. Nie dopuszczasz do siebie myśli, że jest dobrze. Bo dlaczego miałoby być dobrze?Przez tyle lat było źle. Jak nagle po dziesięciu latach wszystko miałoby się zmienić? W przypadku tej dziewczyny, o której wcześniej opowiadałyśmy, całe ostatnie dziesięć lat było pasmem rozczarowań. Pod gruzami były marzenia. Byłyśmy my same. Musiałyśmy nauczyć się żyć z niepłodnością. Z kolejnymi nadziejami. Bo niepłodność to sinusoida. Miesiączka. Nadzieja. Rozczarowanie. Kolejna wizyta, wyniki. Parametry się pogorszyły. Parametry się poprawiły. Nowy lekarz, droga. I nagle… Nagle jesteś w ciąży. I pojawia się myśl: „Ja nie wiem, co mam teraz zrobić. Nie znam siebie w tym miejscu.” To jest po prostu nieprawdopodobne.Zwłaszcza z perspektywy osoby, która nadal marzy o tych dwóch kreskach. Bo wtedy trudno zrozumieć, jak można się nie cieszyć. Jak można powiedzieć: „Widzę dwie kreski i jestem przerażona.” No właśnie. Może zrozumiesz to dopiero wtedy, kiedy sama je zobaczysz. Chociaż bardzo bym Ci tego nie życzyła. Bo to oznaczałoby, że boisz się tak samo bardzo, jak ja się bałam. Dużo piękniej byłoby, gdyby to doświadczenie Cię ominęło. Ale jeśli przyjdzie, nie bądź zdziwiona. Bardzo wiele z nas przeżywa to właśnie w ten sposób. – A ja, kiedy zaczęłyśmy o tym rozmawiać, przypomniałam sobie jedną osobę. – Wiesz kogo? – Wiem. – Nie, chyba myślisz o kimś innym. Ja pomyślałam o Agatce, którą przygotowywałyśmy do projektu PCOS. Wyobraźcie sobie dziewczynę, która przyszła na pierwsze spotkanie naszego programu. To był projekt, w którym wspólnie z uczestniczkami wprowadzałyśmy dietę i aktywność fizyczną, obserwowałyśmy zmiany masy ciała i pokazywałyśmy, jak konkretne zmiany stylu życia wpływają na organizm kobiet z PCOS. Chciałyśmy pokazać, że to nie są tylko wyniki amerykańskich badań. Że to nie jest teoria. Że kiedy mówimy, iż większa ilość błonnika czy odpowiednio skomponowane posiłki mogą poprawiać owulację, to naprawdę może wydarzyć się także tutaj. Pamiętam nasze pierwsze spotkanie w Radomiu. Dziewczyny wchodziły, przedstawiały się, mówiły: „Ale fajnie Was poznać. Istniejecie naprawdę!” A Agatka usiadła przed nami i pierwsze zdanie, które powiedziała, brzmiało: „To jest ostatnia rzecz, którą dla siebie robię. Jeśli teraz się nie uda, poddaję się.” To zabrzmiało jak podpisany cyrograf. Potem zaczęła opowiadać swoją historię. Bardzo długo starali się o dziecko, przyszło leczenie, Próbowali także adopcji. Nie przeszli procedury kwalifikacyjnej. Pamiętam, jak powiedziała: „Nawet tam mi zabronili mieć dziecko.” To była dziewczyna z ogromnie poranionym sercem. A później, już jakiś czas po zakończeniu projektu, dostałyśmy od niej wiadomość. Była już w ciąży. Pamiętam, że pisała, iż ręce trzęsą jej się podczas pisania tego maila.Minęła już ta symboliczna granica pierwszego trymestru, po której ryzyko poronienia wyraźnie spada. A mimo to napisała: „Bardzo chciałam Wam o tym powiedzieć… ale jednocześnie bardzo się boję. Boję się… że jak napiszę, to zaraz to stracę. Pamiętasz? Ona bała się nawet napisać do nas maila z informacją, że się udało. Że od kilkunastu tygodni nosi pod sercem Marysię. Bała się, że samo wysłanie tej wiadomości uruchomi jakąś lawinę, która wszystko zniszczy. I pamiętam też, że każda kobieta niesie swoją własną historię. Nie nam ją oceniać. Chcę natomiast powiedzieć jedno. Jeżeli napiszecie do nas wiadomość dokładnie taką, jaka jest w Waszej głowie, zostaniecie zrozumiane. Naprawdę. Nie oceniamy. Uwierzcie, że bardzo dużo jesteśmy w stanie przyjąć. Piszcie do nas. Tam, gdzie Wam najwygodniej. O każdej porze. Jesteśmy dla Was. Bardzo często dziewczyny zaczynają wiadomość od przeprosin. „Przepraszam, że marudzę…” „Przepraszam, że znowu piszę…” A my już wiemy, co będzie dalej. To jest po prostu potrzeba wypuszczenia z siebie tych trudnych emocji. I dobrze. Bo jesteście ludźmi. Przez te wszystkie lata poznałyśmy tak wiele historii i rozmawiałyśmy z tyloma osobami, że wiemy jedno. Człowiek jest po prostu człowiekiem. Nie musicie upiększać tych wiadomości. Jeżeli jest ciężko, możecie napisać, że jest ciężko. Jeżeli nie potraficie się cieszyć, bo przerażenie jest tak ogromne, że aż Was przygniata, też możecie to napisać. Nie musicie między te słowa wciskać pięknych kwiatków i dopisywać na końcu: „Ale oczywiście bardzo się cieszę.” Bo dziewczyny często boją się, że skoro tak się czują, to będą złymi mamami.To nie ma z tym nic wspólnego. To jesteście Wy. To jest emocja, która właśnie się pojawiła. I ona w żaden sposób nie definiuje tego, jaką będziecie mamą ani jakim jesteście człowiekiem. Przypomniała mi się jeszcze jedna historia. Dzieje się właściwie teraz, kiedy nagrywamy ten odcinek. Myślę, że kiedy będziecie go słuchać, ta historia będzie już miała swój szczęśliwy finał. To bardzo bliska nam staraczka. Wieloletnia. Napisała do nas właściwie na samym końcu swojej drogi. Ich historia jest bardzo bolesna. Stracili dwoje dzieci.Pamiętam też, że co roku, 15 października, kiedy obchodzimy Dzień Dziecka Utraconego, zawsze pisałyśmy do niej wiadomość. Że pamiętamy i że świeczka pali się również dla jej maleństw. I niedawno znowu do nas napisała. Też czekała właściwie do ostatniej chwili. Jest już na końcówce ciąży. Myślę, że w każdej chwili może zacząć rodzić. Czekamy cierpliwie na wiadomość. Bo za nimi naprawdę są lata bardzo trudnych doświadczeń. Miałyśmy ze sobą właściwie stały kontakt. Wysyłałyśmy sobie wiadomości. Czasem przesyłałyśmy jej suplementy, które nam zostały. Byłyśmy takimi… instagramowymi psiapsi. – No tak. I nadal jesteśmy. To cudownie ciepła osoba. Uwielbiam takich ludzi poznanych przez internet. Kiedy masz przy sobie kogoś, kto od początku towarzyszy Ci w staraniach, przed kim nie musisz niczego udawać, kto zna całą Twoją historię… To nie jest koleżanka z pracy, której nie chcesz powiedzieć o ciąży. To są osoby, które idą z Tobą tą drogą. A mimo to boisz się napisać. I to najlepiej pokazuje, jak działa głowa po niepłodności. Jak wielkim demonem potrafi być. Bo ciąża nie zawsze leczy traumę niepłodności. Nie chcę powiedzieć, że nigdy. Każdy człowiek jest inny. Ale bardzo często dwie kreski nie są magicznym plasterkiem. Nie sprawiają nagle, że wszystko staje się dobre. Tak samo jest z relacją. Przypomniała mi się teraz rozmowa z Anną Wietrzykowską – psycholog niepłodności. Mówiłyśmy wtedy o tym, że dwie kreski nie leczą kryzysu niepłodności. To, co przez lata wydarzyło się między dwojgiem ludzi nie znika tylko dlatego, że test w końcu wyszedł pozytywny. To nie jest magiczny plaster, po przyklejeniu którego nagle wszystko wraca do normy. Mam wrażenie, że okres ciąży może być też momentem, żeby zacząć opatrywać tę relację. Naklejać pierwsze plasterki. Bo bardzo często ona naprawdę tego potrzebuje. I to nie wydarzy się samo. Pojawienie się dziecka to przecież kolejny ogromny kryzys dla związku. Jeżeli relacja została wcześniej mocno poturbowana przez niepłodność, to nie można oczekiwać, że wszystko naprawi się automatycznie. A przecież tak łatwo pomyśleć: „Już będzie dobrze.” „Już wrócimy do tego, jacy byliśmy kiedyś.” To niestety nie zawsze działa w ten sposób. Dlatego, dziewczyny, jeśli czujecie, że między Wami nie wszystko gra, chcemy Wam powiedzieć jedno: To naprawdę jest możliwe. Niepłodność jest ogromnym kryzysem. Trzeba przez niego przejść razem. Bo jeśli coś kuleje jeszcze przed pojawieniem się dziecka, to bardzo często nie naprawi się samo po porodzie. Wiem, że ten moment życia z dzieckiem bardzo idealizujemy. Myślimy sobie: „Już wtedy odejdzie tyle zmartwień.” I rzeczywiście, wiele z nich odejdzie. Bardzo często dziewczyny piszą do nas: „Ja nigdy nie będę narzekać na nieprzespane noce.” „Nigdy nie będę narzekać na kolki.” „Ja będę się cieszyć każdą chwilą.” I bardzo chciałybyśmy, żeby tak było. Ale jednocześnie chcemy Wam powiedzieć, że możecie być szczęśliwymi mamami i jednocześnie czasami być zmęczone. Jedno wcale nie wyklucza drugiego. To może być moment rozpoczęcia etapu naklejania tych plasterków, bo czasami relacja potrzebuje ich naprawdę bardzo dużo. I to nie zadzieje się samo. Pojawienie się dziecka to kolejny kryzys, który dochodzi do związku poturbowanego już przez niepłodność. Znamy wiele historii małżeństw, które po latach starań doczekały się dziecka, a mimo to ich związki się rozpadły. Niepłodność udało się zażegnać. Dziecko się urodziło. A potem na jeden kryzys została zrzucona kolejna bomba. Bo często kryzys niepłodności jest pierwszym poważnym kryzysem związku. Oczywiście upraszczamy i mówimy o pewnym schemacie, który nie będzie pasował do wszystkich. Ale zazwyczaj wygląda to tak: poznajemy partnera, bierzemy ślub albo decydujemy, że chcemy razem żyć, a później planujemy dziecko. Kiedy dziecko się pojawia, rozpoczyna się nowy etap. Nowe życie, nowe wyzwania, niewyspanie i poznawanie siebie w zupełnie innych, często bardzo niekomfortowych sytuacjach. To dla wielu par pierwszy duży kryzys. Muszą nauczyć się na nowo budować siebie i swoją relację. Tymczasem w przypadku par po długich staraniach kryzys związany z pojawieniem się dziecka bardzo szybko następuje po kryzysie niepłodności. Jeden kryzys dostaje kopniaka od drugiego. I wtedy naprawdę może być bardzo trudno. Bobasek, którego przez lata postrzegaliśmy jako plasterek na wszystkie rany, okazuje się nie tylko spełnieniem marzenia, ale także kolejnym wielkim wyzwaniem. Jeżeli wcześniej nie uporządkowaliśmy tego, co rozsypało się między nami, to nadal będziemy potykać się o te porozrzucane klocki. Będą nas uwierały w stopy przy każdym kroku. Nie da się udawać, że ich tam nie ma. Prędzej czy później i tak trzeba będzie je pozbierać i schować do pudełka. Jeśli zrobicie to przed wejściem do kolejnego pokoju, będzie Wam po nim łatwiej chodzić. A tam prawdopodobnie i tak będzie na Was czekała niejedna bomba. Dlatego to bardzo dobry moment, żeby powiedzieć o terapii par. Terapia małżeńska lub partnerska może być dobrym pomysłem niezależnie od tego, na jakim etapie jesteście. Nie musicie czekać do ostatniego wdechu, kiedy ledwo utrzymujecie się na powierzchni i próbujecie pływać w gęstym, czarnym oleju. Naprawdę nie trzeba czekać aż będzie tak źle. Terapia może dać Wam konkretne narzędzia, z których będziecie korzystać nawet przy drobnych kryzysach i sprzeczkach o tak zwane pierdoły. Bo bardzo często właśnie od tych pierdół wszystko się zaczyna. Później macie już mechanizmy, których się nauczyliście, i możecie sięgać po nie w kolejnych trudnych momentach. To następna okazja, podobnie jak w wielu naszych wcześniejszych treściach, żeby zachęcić Was do terapii. Podpisuję się pod tym. Chociaż sama wtedy nie słuchałam Akademii Płodności, więc nie skorzystałam. I bardzo tego żałuję. Później pojawiły się kolejne kryzysy, które są przecież nieodłączną częścią życia i relacji. W małżeństwie czy związku partnerskim cały czas pojawiają się nowe wyzwania. Nigdy nie powiem, że na pewno nigdy nie rozstanę się z mężem, bo nie wiem, co wydarzy się w przyszłości. – Tego po prostu nie wiesz. Niedojrzałe byłoby powiedzenie, że na pewno się to nie wydarzy. Ręki sobie za to nie dam uciąć. Wiem jednak, że z kryzysów można wychodzić. Nawet z tych, które w danym momencie wydają się całkowicie beznadziejne. – Ale ja chcę Cię trochę obronić. Powiedziałaś, że wtedy nie było Akademii Płodności. Mam nadzieję, że gdyby była, posłuchałabyś naszych rad. Nie możesz teraz tak łatwo wytrzeć sobie tym buzi i powiedzieć: „Nie było dziewczyn z Akademii, dlatego nie poszłam na terapię.” Ale chcę Cię pochwalić, bo w końcu na tę terapię poszłaś. I właśnie wtedy zaczęłyśmy mówić ludziom, jak bardzo jest ważna. To nie są narzędzia, o których tylko sobie opowiadasz, bo któregoś dnia postanowiłaś o nich mówić tylko narzędzia, z których sama korzystasz w życiu. – I naprawdę pomogły nam wyjść z niejednego zakrętu. Mieliśmy po drodze również taki największy małżeński zakręt. Dzięki terapii udało nam się ze sobą skomunikować i na nowo otworzyć na drugiego człowieka. Bo relacja to jest po prostu praca. Nie trzeba czekać do momentu, w którym idziesz na terapię wyłącznie po to, żeby ktoś dał Ci pozwolenie na rozwód z tym typem. Nie czekajcie do samego końca. To jest chyba jeden z ważniejszych apeli płynących z tego odcinka. – Właśnie próbuję sobie przypomnieć, o czym właściwie miałyśmy rozmawiać. – Jaki był temat? – Ciąża po staraniach. O tym, że miało być idealnie, a później okazuje się, że jest bardzo trudno. A przecież jeszcze tyle rzeczy można byłoby poruszyć. – To dobrze. Trzeba zostawić sobie coś na później. Chyba i tak dałyśmy Wam trochę do myślenia. Dajcie znać, czy zasiałyśmy w Waszym sercu jakieś ziarenko, które będzie teraz powoli wzrastało, czy może bardziej Was tym odcinkiem zdenerwowałyśmy. Artykuł #104 Jestem w ciąży i co dalej?! pochodzi z serwisu Akademia płodności.

  • June 30 · 24 min

    #103 Niepłodność zabrała mi więcej niż dziecko

    To właśnie robi z człowiekiem niepłodność. Sprawia, że zaczynasz podważać nawet rzeczy, których normalnie byłabyś absolutnie pewna. Nagle przestajesz ufać sobie. Swoim decyzjom i temu co do tej pory było dla Ciebie oczywiste. Jedno przypadkowo usłyszane zdanie, jeden komentarz przeczytany w internecie czy jedna nieprzemyślana uwaga potrafią zostać z Tobą na lata. I nie dlatego, że są prawdą. Niepłodność odbiera Ci poczucie własnej wartości i powoli podkopuje zaufanie do samej siebie. Do tego stopnia, że nawet mając przed sobą fakty, wiedzę i doświadczenie, w najtrudniejszych chwilach potrafisz uwierzyć, że jedno zdanie kogoś innego jest ważniejsze niż wszystko, co wiesz o sobie. Zaczynasz zadawać sobie pytania, których wcześniej nigdy byś sobie nie zadała. „A może naprawdę nie jestem wystarczająca?”, „A może to moja wina?”, „A jeśli oni mają rację?”. Znajdziesz na również tutaj: Podcast VIDEO SPOTIFY Ania: Witamy w kolejnym odcinku! Dzisiaj w trochę innej formie, bo po raz pierwszy od bardzo dawna widzimy się również na wideo. Kiedyś już były takie próby – może są jeszcze osoby, które to pamiętają – ale minęło od tego naprawdę sporo czasu. Specjalnie dla Was przyjechałyśmy do Lublina, żeby nagrać ten odcinek w nowej przestrzeni i z nową energią. Jesteśmy bardzo ciekawe, czy taka forma przypadnie Wam do gustu. Czy jesteście już tak przyzwyczajeni do słuchania nas w słuchawkach, że zostaniecie przy audio, czy jednak ktoś będzie miał ochotę również nas zobaczyć. Koniecznie dajcie znać, bo od Waszych opinii będzie trochę zależało, czy zostaniemy przy tej formule. Dzisiaj porozmawiamy o tym, co potrafi zabrać niepłodność. A właściwie o tym, co zabrała nam. Bo po pewnym czasie obie doszłyśmy do wniosku, że odebrała nam znacznie więcej niż tylko możliwość posiadania dziecka. Zosia: Myślę, że na początku człowiek w ogóle nie zdaje sobie sprawy, jak wiele niepłodność potrafi zabrać. I mam wrażenie, że gdybym na początku starań usłyszała, że wchodzi ona z buciorami praktycznie w każdą sferę życia, to chyba nie byłabym gotowa tego przyjąć. Byłam tak skupiona na jednym celu – zajściu w ciążę – że wszystko inne schodziło na dalszy plan. Gdyby ktoś powiedział mi wtedy: „Hej, zobacz, ile rzeczy powoli tracisz”, odpowiedziałabym: „To mnie teraz nie interesuje. Ja chcę po prostu zajść w ciążę”. Dopiero z perspektywy czasu zobaczyłam, jak wiele wydarzyło się gdzieś obok. Zosia: Czyli tak naprawdę widziałaś tylko jedno – że niepłodność odbiera Ci dziecko, którego tak bardzo pragniesz. Ten cel był tak ogromny, że przesłonił wszystko inne. Ania: Dokładnie. Miałam poczucie, że ona tylko oddala mnie od mojego marzenia. A to, że po drodze zdążyła namieszać praktycznie we wszystkich obszarach mojego życia, dotarło do mnie dopiero później. Zosia: Ja miałam bardzo podobnie. Nie potrafię wskazać jednego momentu, w którym nagle zrozumiałam, że oprócz starań trzeba jeszcze próbować żyć. Ale pamiętam nasze określenie: „spalone zgliszcza niepłodności”. I wtedy przyszła mi taka refleksja. Cofnęłam się pamięcią do życia sprzed starań i uświadomiłam sobie, ile się wtedy działo. Spotkania ze znajomymi, podróże, spontaniczne wyjazdy, mnóstwo śmiechu. Wystarczyło otworzyć galerię w telefonie i jedno spojrzenie na zdjęcia z jednego miesiąca przypominało, jak intensywnie wtedy żyłam. A później patrzyłam na okres starań… Tam też dużo się działo, ale zupełnie inaczej. Były wizyty u lekarzy, kolejne badania, następne leki i suplementy, w których pokładało się nadzieję, że może właśnie ten cykl okaże się przełomowy. Całe życie zaczęło kręcić się wokół jednego celu. Zosia: Jakby ktoś po prostu nacisnął przycisk „pauza”. Ania: Dokładnie. I myślę, że dziewczyna, która dopiero zaczyna starania, może jeszcze tego nie dostrzegać. Ale kiedy jesteś w tym od dawna i czujesz, że dosłownie czołgasz się przez kolejne miesiące, zaczynasz zadawać sobie zupełnie inne pytania. Gdzie podziały się relacje? Kiedy ostatni raz byliśmy z mężem na weekendzie? Kiedy rozmawialiśmy o czymś innym niż wyniki badań albo kolejny cykl? Nagle okazuje się, że małżeństwo zaczyna przypominać zespół realizujący jeden projekt. A przecież obok jest jeszcze drugi człowiek ze swoimi emocjami, lękami i potrzebami. Ania: Ja doszłam do momentu, w którym czułam, że bardziej już się nie da. Byłam całkowicie przesiąknięta staraniami. Każda wolna chwila prowadziła mnie do tego samego miejsca – forów internetowych, artykułów, badań, historii innych kobiet. Cały czas szukałam czegoś, co mogłoby odmienić mój los. Miałam wrażenie, że odpoczywam tylko wtedy, kiedy śpię. A nawet to nie do końca, bo kiedy przebudzałam się w nocy, pierwsza myśl znowu dotyczyła starań. W pewnym momencie człowiek jest po prostu wyczerpany. Nie tylko psychicznie, ale też emocjonalnie. Czujesz, że nie masz już z czego dawać. Że dalej tego wózka po prostu nie uciągniesz. I wtedy zaczynasz szukać dla siebie choć odrobiny oddechu. Jedni dochodzą do tego po roku, inni po dwóch latach. Są też dziewczyny, które piszą do nas, że dopiero po pięciu latach poczuły, że muszą zawalczyć nie tylko o dziecko, ale też o siebie. Zosia: I właśnie tego nie da się wyreżyserować. Wszyscy mówią: „Odpuść”, „Jedź na wakacje”, „Wyluzuj”. Tylko jak? Przecież naprawdę próbujesz. Próbujesz wrócić do życia, złapać oddech, na chwilę wynurzyć się spod tej wody. Ale odpuszczenia nie da się odegrać. Ono przychodzi dopiero wtedy, kiedy człowiek naprawdę dochodzi do swojej granicy. I ja też pamiętam ten moment. Nawet kiedy budziłam się w nocy, moja głowa natychmiast wracała do starań. Zosia: Ja nawet miałam wyrzuty sumienia, kiedy czułam, że na chwilę odpuszczam. Bo od razu pojawiała się myśl: „A może właśnie teraz coś przeoczę? Może czegoś nie dopilnuję?”. To było bardzo męczące. Każdy miesiąc dawał nową nadzieję. A skoro każdy cykl mógł być tym przełomowym, to bałaś się odpuścić choćby na chwilę. Bo co, jeśli właśnie wtedy wydarzy się coś, co mogło zadecydować o wszystkim? Byłam już zmęczona, ale jednocześnie nie potrafiłam przestać. Ciągle z tyłu głowy miałam: „A może to właśnie ten cykl?”. Ania: To przypomniało mi jedną rzecz. Trochę odbiegniemy od tematu tego, co zabiera niepłodność, ale w sumie nadal jesteśmy bardzo blisko. Pamiętam, jak próbowałam oszukać własny organizm, że… odpuściłam. Wiem, że samo słowo „odpuść” jest dla wielu staraczek jak czerwona płachta na byka, ale naprawdę próbowałam. Myślałam sobie, że jeśli uda mi się wejść w taki stan większego spokoju i odpoczynku, to może właśnie wtedy się uda. Pamiętam taki „udawany” cykl przerwy. Wmawiałam sobie, że tym razem nie będzie presji. Że nie będziemy żyli od owulacji do owulacji. Że seks znowu stanie się po prostu seksem, a nie zadaniem do wykonania. Tylko że… nie dało się. Bo nawet jeśli próbujesz zrobić sobie przerwę, to w głowie cały czas masz myśl: „A jeśli właśnie ten jeden cykl okaże się tym właściwym?”. I dlatego uważam, że odpuszczenia nie da się wyreżyserować. Albo naprawdę jesteś już tak zmęczona, że ono przychodzi samo, albo tylko próbujesz je odegrać. Ja wiele razy próbowałam oszukać samą siebie. Mówiłam sobie: „Weź oddech”. Ale nawet kiedy przestałam korzystać z aplikacji do śledzenia cyklu, to i tak wystarczyło spojrzeć w kalendarz i od razu wiedziałam, który jest dzień. Zosia: Ja miałam dokładnie tak samo. Najbardziej chciałam… nie wiedzieć. Naprawdę marzyłam o tym, żeby obudzić się któregoś dnia i zastanawiać się: „Kurczę, kiedy ja właściwie mam dostać okres? A owulacja już była czy dopiero będzie?”. Ale to było niemożliwe. Ja znałam swój cykl praktycznie co do godziny. I dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że zaczynam zapominać, jak wygląda życie bez ciągłego liczenia dni. Bez myślenia, że zaraz będzie miesiączka. Że jesteśmy w połowie cyklu. Że za chwilę trzeba szykować się do owulacji. Ania: I jeszcze zadbać o to, żeby atmosfera w domu była odpowiednia. Bo przecież seks miał być przyjemny. A tak naprawdę najważniejsze było to… żeby w ogóle do niego doszło. Wystarczyło pokłócić się z mężem w okolicy owulacji i od razu pojawiało się poczucie: „Przegrałam ten cykl”. Więc chodziłaś na paluszkach. Robiłaś wszystko, żeby było miło. Nie zwracałaś uwagi na rzeczy, które normalnie by Cię zdenerwowały. Udawałaś, że wszystko jest w porządku, tylko po to, żeby nie wywołać kłótni. Zosia: Dokładnie. Ja czasami wręcz udawałam przed samą sobą. Coś mnie w środku strasznie irytowało, ale myślałam: „Nie teraz. Teraz nie mogę zrobić awantury”. Więc odstawiałam taki teatr. Przed mężem. Ale chyba jeszcze bardziej przed samą sobą. Ania: Czyli możemy powiedzieć, że niepłodność odbiera też relację między partnerami. Zosia: Zdecydowanie. Ale ja chyba poszłabym nawet o krok dalej. Bo mam wrażenie, że niepłodność zabrała kawałek mnie. Tę spontaniczną, prawdziwą Zosię. Kiedy jesteś w samym środku tego wszystkiego, nie zauważasz tego. Wydaje Ci się, że to tylko chwilowe. Że jeszcze moment, jeszcze jeden cykl, jeszcze trochę wytrzymasz. Zagryzasz zęby, wstrzymujesz oddech i mówisz sobie, że zaraz będzie po wszystkim. Dopiero z perspektywy czasu widzisz, ile to kosztowało. Ja akurat jestem wdzięczna za jedną rzecz. Niepłodność zweryfikowała część moich relacji. I dziś nie uważam tego za coś złego. Ale jednocześnie to ja sama zaczęłam zamykać się na ludzi. Przestałam mieć ochotę spotykać się ze znajomymi. Kiedy zastanawiałam się nad tym odcinkiem, doszłam do wniosku, że właśnie to było dla mnie największą stratą. Ten czas jest dla mnie jak czarna dziura. Naprawdę niewiele z niego pamiętam. Potrafię powiedzieć, że byłam we Wrocławiu. Ale nie dlatego, że pojechałam tam odpocząć. Pojechałam, bo przyjmowała tam lekarka, z którą chciałam się skonsultować. Tak wyglądały moje wyjazdy. Do lekarzy, na badania, leczenie. Nie na wakacje. W mojej głowie po prostu nie było już na to miejsca. A jeśli chodzi o relację z mężem… Nawet nie wiem, jak to nazwać. Powiedzieć, że ledwo się czołgała, to za mało. Ona była już tak przygnieciona tym wszystkim, że naprawdę trudno było nam się w tym odnaleźć. I co najważniejsze… Ja zobaczyłam to dopiero z perspektywy czasu. Ania: Ja pamiętam Was bardzo dobrze z tamtego okresu. Dla osób, które są z nami od niedawna — Akademię Płodności założyłyśmy wtedy, kiedy Zosia jeszcze starała się o dziecko, a ja byłam już po swojej wygranej walce z niepłodnością. I pamiętam, że kiedy się poznawałyśmy, mówiłaś, że właściwie jesteście już na etapie ratowania małżeństwa. Ja z boku naprawdę widziałam, jak dużo trudnych emocji było między Wami. Momentami czułam się wręcz niezręcznie podczas naszych spotkań. Nigdy nie jestem osobą, która wtrąca się w czyjeś życie albo je ocenia. Ale pamiętam, że wracałam po jednym z takich spotkań do domu i powiedziałam mężowi: „Tam jest naprawdę bardzo dużo mroku między nimi.” Ania: Pamiętam, że wracałam do domu i mówiłam mojemu mężowi: „Tam jest między nimi bardzo dużo mroku”. I to było coś, czego nie dało się nie zauważyć. Wy praktycznie nic do siebie nie mówiliście. Nie było żadnych kłótni ani wybuchów emocji. To po prostu wisiało w powietrzu. Wchodziło się do Waszego domu i czuło tę atmosferę. Była bardzo gęsta. Pamiętam, że było mi po prostu ogromnie przykro. Widziałam, jak bardzo oboje jesteście uwikłani w tę niepłodność. Z jednej strony prowadzisz Akademię, wspierasz dziewczyny, które starają się o dziecko, a z drugiej sama jesteś w samym środku tego wszystkiego. Naprawdę Wam wtedy współczułam. Zosia: I wiesz co? Warto powiedzieć jedną rzecz. W momencie, kiedy zaprosiłam Cię do swojego domu i poznałaś mojego męża, my byliśmy już naprawdę po ogromnym kryzysie. To był etap, kiedy zaczynaliśmy powoli wychodzić na prostą. A wcześniej… Był moment, kiedy mieszkaliśmy w dwóch różnych miastach. Kiedy decyzja o rozwodzie była dosłownie o krok. Poszłam wtedy na terapię właściwie po to, żeby usłyszeć od terapeutki: „Tak. Możesz odejść.” Więc jeśli Ty czułaś taki ciężar już wtedy, kiedy przyszłaś do nas do domu, to nawet nie potrafię opisać, jak wyglądało to wcześniej. Ania: Wiem. I pamiętam, jak mówiłaś, że jesteście już po terapii. Pamiętam też ten garnek rosołu stojący w Twojej kuchni. Dla kogoś z zewnątrz to był po prostu rosół. A dla mnie był symbolem tego, jak bardzo próbowałaś posklejać Waszą codzienność. To nie było romantyczne: „Kochanie, ugotowałam nam rosół”, tylko mozolne wychodzenie z kryzysu. Takie codzienne wybieranie siebie na nowo. I myślę teraz o wszystkich dziewczynach, które nas słuchają i czują, że ich małżeństwo też jest na włosku. Może właśnie siedzi teraz po drugiej stronie ktoś, kto myśli: „To jest dokładnie o mnie.” Może masz wrażenie, że już nic nie czujesz do tego człowieka. Że wszystko się wypaliło. Ale po tych wszystkich latach rozmów z kobietami i obserwowania ich historii wiem jedno.Z takich kryzysów naprawdę można wyjść. Patrzę na Was i wiem, że jest w tym nadzieja. To nie wygląda tak, że nagle wraca wielka miłość i fajerwerki tylko raczej powolne odradzanie się czegoś na zgliszczach. Krok po kroku. Zosia: I właśnie to jest kolejna rzecz, którą niepłodność mi zabrała. Coś znacznie większego niż samo dziecko. Pamiętam, że patrzyłam na mojego Dudka i myślałam: „To jest naprawdę świetny facet. Tylko ja chyba już go nie kocham.” Dopiero później, na terapii, zrozumiałam, że to wcale nie była prawda. To był sposób, w jaki próbowałam ochronić samą siebie. Najbardziej bałam się tego, że kiedyś zostawi mnie dla kobiety, która bez problemu urodzi mu dziecko.To był mój największy lęk. Więc podświadomie chciałam go uprzedzić. To ja chciałam odejść pierwsza.Żeby to była moja decyzja.A nie moment, w którym on kiedyś powie: „Odchodzę.” Pamiętam też, że myślałam wtedy: „On jest takim fajnym facetem.Jeszcze zdąży sobie ułożyć życie. Znajdzie kogoś, kto da mu to, czego ja nie potrafię.” A dzisiaj patrzę na tamtą Zosię i mam ochotę ją przytulić. Powiedzieć jej: „Dziewczyno… Ty też jesteś wartościowa.”Bo wtedy kompletnie w to nie wierzyłam. Czułam się malutka. Niewystarczająca. Jakby brakowało mi jakiegoś elementu, który sprawia, że jestem pełnowartościowym człowiekiem. Ania: I właśnie to robi niepłodność. Ona odbiera poczucie własnej wartości. Zosia: Totalnie. Poczucie kobiecości. Poczucie własnej wartości. Takie zwykłe przekonanie, że jesteś dla kogokolwiek wystarczająca. Masz wrażenie, że zawodzisz na każdej możliwej płaszczyźnie.Jako kobieta, żona, synowa. Myślisz sobie: „Moja teściowa mogła mieć inną synową. Może już dawno miałaby wnuki.” Czujesz, jakbyś zawodziła wszystkich. A przecież jesteś tylko jednym człowiekiem. I kiedy jeszcze pojawiają się komentarze z zewnątrz… One nie spływają po Tobie, tylko utwierdzają Cię w tym, co i tak już o sobie myślisz. Że jesteś niewystarczająca i zawalasz. I to boli potwornie. Ania: Pamiętam wpis jednej z dziewczyn na naszej społeczności. Napisała: „Jak Zosia może prowadzić Akademię Płodności, skoro sama nie potrafi zajść w ciążę? Co to za dietetyczka od płodności?” Zosia: Pamiętam, że próbowałaś mnie wtedy przed tym ochronić. W tamtym momencie pojawiła się tylko jedna myśl: „A jeśli ona ma rację?” Mimo że wcześniej widziałam już dziewczyny, którym odpowiednia dieta naprawdę pomogła zajść w ciążę. To wszystko przestało mieć znaczenie. Bo kiedy sama walczysz z niepłodnością, takie słowa trafiają milion razy mocniej, wtedy naprawdę czujesz się kompletnie rozwalona. I właśnie tak działają takie słowa. Na początku wydaje Ci się, że po Tobie spłynęły. Myślisz: „Dobra, nieważne”. Mijają godziny. Kładziesz się wieczorem do łóżka i nagle okazuje się, że ten komentarz cały czas siedzi Ci w głowie. Walczysz z płaczem. I to nie jest taki płacz, po którym robi się lżej. Wręcz przeciwnie. To zdanie wraca do Ciebie raz za razem. Wiecie, od tamtego wpisu minęło tyle lat. Dzisiaj jestem mamą trójki dzieci. Na co dzień układam diety oparte na badaniach naukowych. Widzę efekty pracy z kobietami, które zachodzą w ciążę. Mam przed oczami setki historii i dowodów na to, że to, co robimy, ma sens. A mimo to… W tych najgorszych momentach starań nadal potrafiłam wrócić myślami do tamtego komentarza i zadać sobie pytanie: „A jeśli ona miała rację?” „Może wszyscy dookoła mnie tylko mnie lubią. Może nie mają odwagi powiedzieć mi prawdy.” To właśnie robi z człowiekiem niepłodność. Sprawia, że zaczynasz podważać nawet rzeczy, których normalnie byłabyś absolutnie pewna. Zosia: Jesteśmy bardzo ciekawe, czy Wy też jesteście już w takim momencie swojej drogi, że potraficie zobaczyć, co niepłodność zabrała Wam poza samym dzieckiem. Może nadal jesteście w tym miejscu, w którym próbujecie po prostu dotrzeć do dna, żeby w końcu móc się od niego odbić i zaczerpnąć powietrza. Jeśli macie w sobie gotowość, zostawcie komentarz. Albo napiszcie do nas prywatną wiadomość. Po każdym podcaście dostajemy ich naprawdę bardzo dużo i każdą czytamy z ogromną uwagą. To właśnie dzięki nim wiemy, że te nasze rozmowy mają sens. Że nie są tylko rozmowami między nami. Że naprawdę trafiają do Was i czasami pomagają spojrzeć na własną historię z trochę innej perspektywy. Dziękujemy Wam, że byliście z nami do samego końca. Ania : Dziękujemy. Artykuł #103 Niepłodność zabrała mi więcej niż dziecko pochodzi z serwisu Akademia płodności.

  • June 19 · 29 min

    #102 Seks podczas starań. Psycholog seksuolog Anna Wietrzykowska

    Dziękujemy za udział Annie Wietrzykowskiej – psycholog niepłodności Zapraszamy do wysłuchania podcastu. Cześć, tu Ania i Zosia, wspólnie tworzymy Akademię Płodności. Miejsce, w którym towarzyszymy Wam podczas starań. Seks podczas starań o dziecko Ania: Dzień dobry, dzień dobry! Witamy w kolejnym podcaście. Dzisiaj gościmy Annę Wietrzykowską, znaną w internecie jako Psycholog Niepłodności. Aniu, żeby nic nam nie umknęło, poprosimy Cię, abyś przedstawiła się naszym słuchaczom i słuchaczkom. Anna: Dziękuję Wam bardzo za zaproszenie. Rzeczywiście tematyką niepłodności zajmuję się już od wielu lat. Można mnie spotkać w mediach społecznościowych, ale również w księgarniach, ponieważ jestem autorką książki Niewidzialni Rodzice. Tak jak Wy, od dłuższego czasu zajmuję się wspieraniem osób mierzących się z niepłodnością i nie ukrywam, że bardzo czekałam na tę rozmowę. Ania: Ania jest psycholożką, a także seksuolożką, dlatego również o tym aspekcie będziemy dziś rozmawiać. Tematem naszego odcinka jest seks podczas starań o dziecko. Zosia: Tak, to jest taki roboczy tytuł naszego odcinka. Przywitam się również, bo ja też tutaj jestem. Zazwyczaj chowam się gdzieś za mikrofonem, ale dziś odzywam się także do Was. Zastanawiałyśmy się wiele razy, jak podejść do tego tematu. Trochę opowiedziałyśmy Wam już o naszych własnych doświadczeniach, bo tym możemy się z Wami podzielić i jesteśmy gotowe mówić o tym otwarcie. Natomiast to wciąż są tylko historie Ani i Zosi. Z wiadomości, które od Was dostajemy, i z całej dekady zbierania doświadczeń związanych z niepłodnością wiemy, jak bardzo jest to bolesny temat w życiu wielu par. Wiemy też, że w bardzo wielu domach dzieje się dokładnie to samo i że wiele osób przeżywa podobne trudności. Dlatego bardzo się cieszymy, że jest dziś z nami specjalistka. Liczymy na to, że pomoże nam lepiej zrozumieć, skąd biorą się te emocje i mechanizmy. Mam więc pierwsze pytanie. Dlaczego seks podczas starań o dziecko tak często przestaje być czymś spontanicznym, przyjemnym i po prostu… fajnym? Anna: Zacznijmy od tego, że seksualność człowieka ma kilka wymiarów. Najczęściej mówi się o trzech. Pierwszy to wymiar prokreacyjny – ten, którym najczęściej zajmujemy się wtedy, kiedy myślimy o dziecku. Drugi to wymiar popędowy, czyli związany z realizacją potrzeb seksualnych. Trzeci natomiast to wymiar więziotwórczy – zaspokajanie potrzeby bliskości, czułości, poczucia bycia ważnym, kochanym i akceptowanym. Co ciekawe, ten wymiar prokreacyjny jest z nami najkrócej. Pojawia się tylko w określonym momencie życia – wtedy, kiedy chcemy zostać rodzicami. I właśnie w chwili, kiedy zaczynamy starania o dziecko, uaktywnia się cała gama skojarzeń związanych z zachodzeniem w ciążę. Pojawiają się historie zasłyszane w rodzinie, doświadczenia znajomych, przekonania wyniesione z domu czy ze szkoły. Nagle okazuje się, że seks nie jest już taki jak wcześniej. Pojawiają się nowe scenariusze i nowe oczekiwania dotyczące tego, jak powinno wyglądać poczęcie. Czy zajście w ciążę jest łatwe? Czy jest dostępne dla każdego? Czy wystarczy po prostu przestać się zabezpieczać? Moim zdaniem nasze pokolenie ma ogromne braki w edukacji seksualnej. Przez lata wielu z nas żyło w przekonaniu, że wystarczy odstawić antykoncepcję i ciąża pojawi się właściwie od razu. Tymczasem okazuje się, że niepłodność, poronienia czy różne problemy zdrowotne wpływające na płodność były obecne od zawsze, a dziś – w dobie chorób cywilizacyjnych – występują nawet częściej. Dlatego wiele osób przeżywa ogromne zaskoczenie. Uprawiają seks, a ciąży nadal nie ma. I właśnie wtedy, kiedy ten wymiar prokreacyjny zaczyna dominować, para konfrontuje się z własnymi przekonaniami dotyczącymi płodności. Zderza się z faktem, że zajście w ciążę nie zawsze jest proste, szybkie i oczywiste. Ania: To jest niesamowite, co mówisz. Ja naprawdę miałam takie poczucie, że istnieje po prostu jakiś „włącznik płodności”. Wcześniej całe życie słyszałam, że trzeba się zabezpieczać, bo można zajść w ciążę praktycznie od razu. W mojej głowie wystarczył jeden stosunek i właściwie było niemal pewne, że ciąża się pojawi. Anna: To jest właśnie dokładnie to przekonanie, o którym mówiłaś. Wiele osób wierzy, że wystarczy jeden stosunek – właściwie w dowolnym momencie cyklu – i ciąża jest niemal gwarantowana. Dlatego dla wielu par ogromnym zaskoczeniem jest sytuacja, kiedy owulacja występuje prawidłowo, parametry nasienia są dobre, a mimo to ciąży przez wiele miesięcy nie udaje się uzyskać. Ania: Nasunęło mi się teraz jeszcze jedno pytanie. Jeżeli mamy parę, która stara się o dziecko i jest już w tym trybie, o którym mówiłaś – kiedy seks staje się przede wszystkim prokreacyjny – to czy taki seks nadal może być przyjemny? Bo wiele par, które do nas piszą, i również nasze własne doświadczenia pokazują, że z czasem coś między partnerami zaczyna się zmieniać. Ten seks staje się coraz bardziej mechaniczny. Na początku jest jeszcze ta ekscytacja, że może właśnie za chwilę pojawi się ciąża. Jest bliskość, radość, nadzieja. To wszystko jest jeszcze przyjemne. Ale kiedy starania trwają miesiącami albo latami, seks bardzo często staje się czymś trudnym. Momentami wręcz bolesnym emocjonalnie. Anna: Myślę, że już samo określenie „seks podczas starań” brzmi bardzo zadaniowo. Jest w nim wpisany ten wymiar prokreacyjny – uprawiamy seks po coś, w konkretnym celu. Chcemy, żeby pojawiło się dziecko. Jednak seksualność składa się z trzech wymiarów. Jeżeli zadbamy również o dwa pozostałe – ten związany z bliskością i ten związany z przyjemnością – mamy szansę zrównoważyć konsekwencje seksu, który przez dłuższy czas pełni wyłącznie funkcję prokreacyjną. Tak często wygląda praca z parami w gabinecie seksuologicznym. Staramy się zmniejszyć skutki tego, że przez wiele miesięcy czy lat w sypialni dominuje wyłącznie seks „na dziecko”, a dwa pozostałe wymiary zostały zaniedbane. Chodzi o to, żeby znowu było w nim miejsce na przyjemność i bliskość. Zosia: Przypomniał mi się cytat, który kiedyś bardzo mocno ze mną zarezonował. „Kupowałam seksowną bieliznę i udawałam, że naszła mnie ochota na seks.” Dopiero teraz, kiedy opowiedziałaś o tych trzech wymiarach seksualności, rozumiem, dlaczego tak bardzo do mnie trafił. Patrzę na to z perspektywy czasu i widzę, że kompletnie zaniedbałam dwa pozostałe wymiary. Prokreacja stała się absolutnym centrum wszystkiego. Tylko z drugiej strony… zastanawiam się, czy ja w ogóle byłam wtedy w stanie to zrównoważyć. Oczywiście mogłam kupić seksowną bieliznę, mogłam próbować stworzyć odpowiedni nastrój, ale miałam poczucie, że trochę odgrywam rolę przed partnerem. A ja nie chciałam grać. Chciałam naprawdę to poczuć. Podczas niepłodności ona tak bardzo dominuje życie, że człowiek ma wrażenie, jakby całkowicie tracił sprawczość. Anna: I właśnie tutaj ogromną rolę odgrywa edukacja seksualna w dorosłym życiu. Warto wiedzieć, jak działają reakcje seksualne oraz jakie procesy zachodzą w nas zarówno fizjologicznie, jak i psychologicznie. Często wyobrażamy sobie pożądanie tak, jak pokazują je filmy – ktoś kogoś zobaczy, spojrzenia się spotykają i nagle obie osoby rzucają się sobie w ramiona. To jest tzw. pożądanie spontaniczne. Problem polega na tym, że ono najczęściej występuje na początku relacji. Później, w długoletnich związkach, pożądanie wygląda zupełnie inaczej. Najczęściej ma charakter responsywny, czyli pojawia się w odpowiedzi na bodźce. Nie czekamy, aż ochota pojawi się sama. My ją stopniowo budujemy. To może być właśnie założenie ładnej bielizny, zaplanowanie wspólnego wieczoru czy stworzenie przestrzeni tylko dla siebie. Można umawiać się na seks i to wcale nie odbiera mu wartości. Wręcz przeciwnie – dla wielu par to działa bardzo dobrze. Istnieje świetna książka Ona ma siłę, która właśnie o tym opowiada. Pokazuje, czym jest pożądanie responsywne i jak można je świadomie budować. Oczywiście w niepłodności jest to wyjątkowo trudne. Seks bardzo często zaczyna kojarzyć się z cierpieniem, rozpaczą, leczeniem i chorobą. Ale trudne nie znaczy niemożliwe. Dlatego wiele spotkań w gabinecie opiera się przede wszystkim na psychoedukacji. Wyjaśniamy parom te mechanizmy i bardzo często samo ich zrozumienie wystarcza, żeby coś zaczęło się zmieniać. Nie zawsze potrzebna jest wieloletnia terapia. Kiedy para rozumie, co się z nią dzieje, może świadomie zadbać o to, żeby czasem seks był rzeczywiście prokreacyjny, ale czasem po prostu służył bliskości. Już samo wprowadzenie tej różnorodności robi ogromną różnicę. Ania: No właśnie… Dziwnie się składało, że ochota na seks zawsze pojawiała się wtedy, kiedy były dni płodne. Zosia: Ja pamiętam moment, kiedy właściwie myślałam już tylko o seksie prokreacyjnym. Szkoda mi było każdej owulacji, która mogłaby się „zmarnować”. Jeżeli lekarz mówił, żeby współżyć dwa dni wcześniej albo po inseminacji, to wszystko podporządkowywaliśmy temu planowi. Szczerze mówiąc, w mojej głowie w ogóle nie było już miejsca na seks dla bliskości. Przy nieregularnych cyklach każde zbliżenie wydawało się potencjalnie „tym właściwym”. Może owulacja będzie za dwa dni. A może jutro. A może właśnie dziś. Nie potrafiłam odpuścić żadnej okazji. Każdy stosunek był „po coś”. Przed owulacją. Po owulacji. „Może jeszcze zwiększymy szansę”. „Może jeszcze więcej plemników zdąży dotrzeć do komórki jajowej”. Naprawdę trudno było wtedy myśleć o przyjemności. Pamiętam też, że tego nie dało się ukryć. Już od rana budowałam odpowiednią atmosferę. Myślałam: „Dobrze, nie pokłóćmy się dzisiaj. Nie powiem nic, co mogłoby go zdenerwować”. I nagle uświadamiam sobie, że seks prokreacyjny nie zaczynał się w sypialni. On zaczynał się wiele godzin wcześniej. Układałam cały dzień tak, żeby partner miał dobry nastrój. Żeby nie był zmęczony. Żeby miał ochotę. Żeby przypadkiem nie powiedział: „Nie dam dziś rady”. Wysyłałam miłe wiadomości, byłam wyjątkowo czuła… ale dziś wiem, że nie robiłam tego dlatego, że spontanicznie miałam na to ochotę. W mojej głowie trwał już plan. I to było niesamowicie obciążające. Dzisiaj, kiedy o tym myślę, chciałabym wierzyć, że mogło być choć trochę lżej. Ale gdy przypominam sobie siebie z tamtego czasu, wiem, że wtedy nie uwierzyłabym, że da się przeżywać to inaczej. Miałam poczucie, że to po prostu misja. Anna: To, co opowiadasz, przypomina chodzenie po bardzo kruchym lodzie. Każdy krok trzeba stawiać ostrożnie. Zastanawiać się: „Czy mogę to powiedzieć? Czy poruszyć ten temat? Czy rozmawiać o rachunkach? Czy lepiej nie psuć atmosfery?”. Myślę, że bardzo trudno jest przez wiele miesięcy czy lat funkcjonować w relacji, w której cały czas ma być tylko romantycznie i miło. Przecież życie każdego z nas niesie różne wyzwania i trudności. Słuchając Ciebie, mam jednak poczucie, że w pewnym momencie zabrakło rozmowy. Seks podczas starań o dziecko wciąż jest ogromnym tematem tabu. Specjaliści często o niego nie pytają, pacjenci sami o nim nie wspominają. Po obu stronach zapada cisza. Wielu moich pacjentów nigdy nie usłyszało informacji, że mogą o tym rozmawiać. Ale też sami nie wpadli na to, żeby zapytać, czy to, czego doświadczają, jest normalne. Często pojawia się przekonanie: „Może tak po prostu musi być”. Tymczasem to, co opisujesz, bardzo często jest konsekwencją choroby. Tak samo jak w chorobie onkologicznej zmienia się życie seksualne. Tak samo jak po traumie czy w przypadku niepełnosprawności. Niepłodność również jest chorobą i ma prawo wpływać na seksualność. Dlatego pacjenci mają pełne prawo szukać pomocy, mówić o tym i szukać rozwiązań. Wyobrażam sobie też, że kiedy Ty przez to przechodziłaś, takich treści w internecie było znacznie mniej. Zosia: W ogóle była cisza. Ania: Ja sobie teraz myślę, że wtedy sama psychoterapia dopiero przestawała być tematem tabu. Coraz więcej osób zaczynało mówić o tym otwarcie. Natomiast pójście do seksuologa? To było coś, o czym praktycznie się nie rozmawiało. I mam wrażenie, że dla wielu osób nadal tak jest. Przecież nawet badanie nasienia dla części mężczyzn jest ogromnym wyzwaniem. A co dopiero powiedzieć partnerowi: „Może pójdziemy do seksuologa?”. Przecież człowiek myśli: „Po co? Za chwilę i tak będziemy w ciąży”. Anna: I to jest właśnie jedna z pułapek niepłodności. To ciągłe odkładanie momentu, w którym prosimy o pomoc. Jeszcze jeden miesiąc, cykl, transfer. Pacjenci bardzo często trafiają do specjalistów dopiero wtedy, kiedy konsekwencje choroby są już mocno nasilone. Psychiczne, fizyczne i seksualne. A przecież – podobnie jak w medycynie – im wcześniej zauważymy problem, tym krótsza i łatwiejsza jest droga do jego rozwiązania. Zosia: Kiedy opowiadałaś o tym wszystkim, bardzo wiele rzeczy we mnie rezonowało. Ja też byłam świetnym strategiem. Ale przyszła mi do głowy jeszcze jedna myśl. Jest ta jedna Ania, która reżyseruje całe swoje życie. Dba o to największe marzenie, które być może spełni się już za chwilę. Bo może właśnie ten cykl okaże się tym szczęśliwym. Myśli sobie: „Jeszcze trochę. Potem już nie będę musiała udawać. Wszystko będzie dobrze”. Przecież każda z nas miała takie przekonanie, że kiedy pojawi się dziecko, wszystko stanie się idealne. Że już nigdy nie będzie narzekania, zostanie tylko szczęście.I wtedy pomyślałam sobie. Ty dbasz o spełnienie swojego marzenia.Dbasz o komfort męża, żeby miał dobry nastrój, żeby nie był zdenerwowany, żeby miał ochotę na seks, żeby nie powiedział: „Nie dam rady”. Ale… Kto w tym wszystkim dba o Anię? Mam poczucie, że taka kobieta płynie cały czas pod wodą. Wstrzymuje oddech. Liczy, że już za chwilę wynurzy się na powierzchnię i wreszcie będzie mogła zaczerpnąć powietrza. Tylko to „za chwilę” może nie nadejść. Ona cały czas wytrzymuje. Jeszcze trochę, jeden cykl. Jeszcze trochę tlenu jej wystarczy. Ale jest już na granicy swoich możliwości. I mam poczucie, że o tę Anię nikt się nie troszczy. Ona sama zaciska zęby i robi wszystko, żeby wszystkim wokół było dobrze. Dlatego chciałabym Cię zapytać… Co dzieje się z kobietą, która przez tak długi czas funkcjonuje w trybie ciągłej walki? Ale też z jej partnerem? Jakie mogą być konsekwencje życia w takim nieustannym napięciu? Anna: Tych konsekwencji może być naprawdę wiele. U jednej osoby mogą pojawić się epizody depresyjne, u innej zaburzenia lękowe, a u części pacjentów również zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne. Nie jest to zaskakujące. Osoby starające się o dziecko naprawdę mają o czym myśleć i bardzo wiele rzeczy próbują kontrolować. Z czasem jednak część z nich zaczyna tracić poczucie kontroli i właśnie wtedy mogą pojawić się objawy zaburzeń. Najczęściej obserwujemy jednak epizody depresyjne. To o tyle trudne, że bardzo łatwo je przeoczyć. Pacjent zaczyna wycofywać się z życia. Wycofuje się z relacji. Wycofuje się z różnych ról, które wcześniej pełnił. Coraz bardziej zamyka się w sobie. A kiedy to się dzieje, pojawiają się kolejne konsekwencje – także dla związku. Bo depresja nigdy nie dotyczy wyłącznie jednej osoby… Anna: Epizod depresyjny wpływa nie tylko na relację partnerską, ale również na stan zdrowia, pracę zawodową i wiele innych obszarów życia. Te konsekwencje zaczynają się stopniowo nawarstwiać. Im dłużej ktoś pozostaje w takim stanie, tym trudniej jest później z niego wyjść. Czasami otoczenie jest tak zaabsorbowane własnymi problemami, że tego po prostu nie zauważa. Nawet dwie osoby mieszkające pod jednym dachem mogą przestać się naprawdę widzieć. Kiedy pracuję z parami starającymi się o dziecko, bardzo często obserwuję, że on przeżywa wszystko po swojemu, a ona po swojemu. Z czasem te dwa światy zaczynają się od siebie oddalać. Dlatego tak ważne jest, aby trudności pojawiające się na etapie starań o dziecko zaopiekować właśnie wtedy, kiedy się pojawiają. Każde wyjście z niepłodności oznacza zmianę, a każda zmiana wymaga adaptacji i niesie kolejne wyzwania. Jeżeli para zachodzi w ciążę, pojawiają się nowe doświadczenia. Często sama ciąża jest mocno zmedykalizowana i również bywa źródłem stresu. Potem przychodzi rodzicielstwo, które także stawia przed parą nowe wyzwania. Są również pary, które wybierają inne drogi – adopcję, rodzicielstwo z wykorzystaniem dawstwa gamet, adopcję zarodka czy adopcję społeczną dziecka. Każda z tych dróg również wiąże się z własnymi wyzwaniami. Są też osoby, które podejmują decyzję o zamierzonej bezdzietności. Dlatego niezależnie od tego, jaki scenariusz przyniesie życie, odkładanie rozwiązania trudności na później może okazać się bardzo zgubne. Najczęściej obserwuję taki schemat: para doczekuje się dziecka, ale problemy, które pojawiły się wcześniej, nie znikają. W czasie ciąży często rezygnują ze współżycia. Później rodzi się dziecko, które naturalnie absorbuje ogromną część uwagi i energii. Mijają miesiące, czasem lata, a kiedy para chciałaby wrócić do życia seksualnego, okazuje się, że nie bardzo wie, jak to zrobić. Dlatego wszystkie trudności seksualne i relacyjne warto zaopiekować już na etapie starań o dziecko. Ania: Myślę, że niepłodność bardzo zawiesza człowieka. Ja sama byłam przekonana, że kiedy zajdę w ciążę, wszystkie moje problemy po prostu znikną. Że tam, po drugiej stronie, czeka już tylko moje dziecko i szczęśliwe życie.Nie myślałam o tym, żeby zadbać o siebie tu i teraz. Myślałam o sobie jako o osobie, która jeszcze trochę wytrzyma. Zagryzie zęby. A potem wszystko samo się ułoży. Nie zastanawiałam się nad tym, jakie mogą być konsekwencje nierozwiązanych problemów w przyszłości. Człowiek w trybie przetrwania nie myśli o tym, co będzie dalej. Myśli tylko o tym, żeby przestać cierpieć. Zosia: To prawda. Ale z drugiej strony myślę też, że wtedy do Twoich uszu nie mógł jeszcze dotrzeć taki podcast jak ten. Nie chcę też za bardzo upraszczać tego tematu ani udzielać uniwersalnych rad, bo po drugiej stronie są bardzo różne osoby. Każda z nich jest na innym etapie, z inną historią i innym zakończeniem tej drogi. Chciałabym jednak spróbować zostawić naszym słuchaczom coś praktycznego. Oprócz tego, że wszystkie trzy bardzo zachęcamy do tego, żeby nie zwlekać z wizytą u specjalisty. Bo – jak powiedziałaś – czasami nie potrzeba wieloletniej terapii. Czasem wystarczy kilka spotkań i zrozumienie mechanizmów, które właśnie się dzieją. Już sama świadomość pozwala inaczej sobie z tym radzić. Dlatego chciałabym Cię zapytać… Czy jest coś, co osoby słuchające tego podcastu mogłyby wdrożyć już dziś? Anna: Jak najbardziej. Oczywiście z zastrzeżeniem, że nie istnieje jeden uniwersalny przepis dla wszystkich. Każda historia jest inna. Ale myślę, że warto zapamiętać jedną bardzo ważną rzecz. Niepłodność jest chorobą. A każda choroba somatyczna wpływa na wiele obszarów naszego funkcjonowania. Wpływa na seksualność, relacje, zdrowie psychiczne. To nie jest oznaka słabości ani porażki, tylko naturalna konsekwencja choroby. I właśnie dlatego warto szukać sposobów, żeby ten wpływ możliwie jak najbardziej ograniczać. Anna: Jest jeszcze jedna rzecz, o której warto pamiętać. Nasz mózg bardzo lubi nowość i poczucie nowego początku. Czasami samo wprowadzenie czegoś nowego do życia seksualnego sprawia, że przestaje ono kojarzyć się wyłącznie z niepłodnością i leczeniem. Możemy próbować nowych rzeczy. Nowych pozycji, nowych sposobów okazywania bliskości czy nowych gadżetów. To wszystko może pomóc odbudować ten wymiar przyjemności, który podczas starań często schodzi na dalszy plan. Warto też pamiętać, że spadek libido bardzo często ma podłoże biologiczne. Wiele pacjentek przyjmuje leki hormonalne albo choruje na schorzenia, które wpływają na gospodarkę hormonalną. To wszystko może zmieniać reakcje seksualne. Dlatego nie warto obwiniać siebie. Nie myślmy: „Robię coś źle”, „Za mało się staram”. Spróbujmy być dla siebie bardziej wyrozumiali. Zamiast mówić sobie: „Zawaliłam”, warto pomyśleć: „To było wszystko, na co było mnie dziś stać”. Albo: „Dzisiaj się nie udało, ale jutro też jest dzień”. Bardzo często nasze myśli są pełne zniekształceń poznawczych. „Jestem do niczego.” „Nic się nie uda.” Jeżeli zaczynamy je zauważać, warto od razu próbować zastępować je bardziej życzliwymi i realistycznymi myślami. To naprawdę pomaga. Rozmawiajmy też z partnerem. Nazywajmy to, co się dzieje. To zupełnie normalne, że na pewnym etapie starań może po prostu nie być ochoty na seks. Pamiętajmy jednak, że w długoletnich relacjach znacznie częściej niż spontaniczne pożądanie pojawia się pożądanie responsywne. Nie musimy czekać, aż ochota pojawi się sama. Możemy stworzyć przestrzeń, w której będzie miała szansę się pojawić. Bardzo polecam obserwować The Gottman Institute. Publikują mnóstwo krótkich wskazówek opartych na badaniach naukowych. Jedną z nich jest tzw. sześciusekundowy pocałunek. Okazuje się, że pocałunek trwający dłużej niż sześć sekund może zwiększać poczucie bliskości i pomagać rozbudzać pożądanie. To bardzo prosty eksperyment. Spróbujcie dziś pocałować się przez sześć sekund i zobaczcie, co się wydarzy. To właśnie z takich drobnych gestów często zaczynają się większe zmiany. Zosia: Słuchając Ciebie, miałam momentami wrażenie, że odezwało się we mnie jeszcze trochę nieprzepracowanych emocji z tamtego czasu. Ale bardzo chciałabym, żeby ten odcinek trafił do osób, które właśnie teraz przechodzą przez podobne doświadczenia. Mam nadzieję, że zasieje w nich choć małe ziarenko. Takie, które pomoże zaopiekować się sobą, swoją relacją i partnerem. Po prostu… żeby żyło im się trochę lżej. Ania: Aniu, bardzo dziękujemy Ci za to spotkanie. Nie ukrywamy, że liczymy na kolejne rozmowy. Anna: Z ogromną przyjemnością. Zosia: W takim razie mamy nadzieję, że jeszcze nie raz usłyszymy się wspólnie w naszym podcaście. Dziękujemy Wam za dzisiejszy odsłuch. Ania: Dziękujemy, Aniu. Anna: Dziękuję za zaproszenie. Ania i Zosia: A Wam życzymy dobrego tygodnia. Do usłyszenia! Artykuł #102 Seks podczas starań. Psycholog seksuolog Anna Wietrzykowska pochodzi z serwisu Akademia płodności.

  • May 26 · 25 min

    #101 Dzień Mamy- dlaczego może być taki trudny

    Dziękujemy za udział Annie Wietrzykowskiej – psycholog niepłodności Zapraszamy do wysłuchania podcastu. Cześć, tu Ania i Zosia, wspólnie tworzymy Akademię Płodności. Miejsce, w którym towarzyszymy Wam podczas starań. Ania: Dzień dobry w kolejnym podcaście. Naszą gościnią w dzisiejszej rozmowie jest Anna Wietrzykowska, psycholog niepłodności. Zosia: Z Anią mieliście okazję usłyszeć się już wcześniej w naszych podcastach. Mamy nagrany też jeszcze jeden materiał, który opublikujemy prawdopodobnie po Dni Mamy. Super Aniu gościć Cię tutaj dzisiaj. Dlatego że jesteśmy w takim dniu, który wiele z nas, staraczek, obrało sobie jako taki dzień, który jest pełen bólu, który jest bardzo ciężki, o którym marzą, żeby już móc go obchodzić ze swoimi dziećmi, na które tak bardzo czekają. I w sumie to może na początek powinnyśmy Cię zapytać, dlaczego tak to jest, że ten dzień jest taki trudny? Anna Wietrzykowska: Myślę sobie o tym, że ten dzień mamy, to jest taki dzień, którym cały świat przypomina właśnie o tym doświadczeniu. I dla pacjentek, dla pacjentów, którzy są w trakcie leczenia niepłodności, którzy właśnie idą w kierunku swojego dziecka, ale jeszcze po drodze nie mają tego swojego dziecka, to ta celebracja tego macierzyństwa, rodzicielstwa jest bardzo trudna, bo to jest trochę takie cały czas przypominanie, gdzie ja jestem, a gdzie są inni. Niepłodność to jest ogólnie taka choroba, która bardzo odgradza od innych, od znajomych, od rodziny, która wprowadza pewną różnicę. I myślę sobie, że właśnie w takich sytuacjach świątecznych, tych szczególnych dni, to jest jeszcze bardziej takie oddalające od bliskich. Więc tu na wielu poziomach dochodzi do takich trudności. I tych relacji z najbliższymi, i też takich relacji tego, co się dzieje w nas, jak jesteśmy w trakcie leczenia, a jeszcze tego dziecka nie ma i nie wiadomo, czy ono będzie. Ania: Dlaczego ten dzień mamy jest takim trochę deadline’em? Wyobrażamy sobie, to jest jeden z takich wielu deadline’ów podczas starań, gdzie na tej osi starań jest właśnie bardzo ważnym momentem, który pojawia się. I dlaczego tak jest? Zosia: Ja jeszcze tutaj dodam tylko od siebie, że drugim chyba, który może stawać w konkury, bo nie wiem, czy jesteśmy w stanie to zestawić na równi, ale drugim takim bardzo ciężkim momentem to są święta, kiedy te starania są o wiele bardziej odczuwalne. No i wyobrażamy sobie bardzo często też, że dajemy ten wymarzony prezent na przykład z okazji urodzin męża i tam w tym pudełeczku będzie czekał ten test ciążowy w końcu z dwoma kreskami. I ten dzień mamy też jest taki deadline w naszych głowach. Anna Wietrzykowska: To zależy, jak bardzo my się też identyfikujemy z tymi wyobrażeniami, jak mocno w nim wchodzimy, czy my trochę uciekamy w ten świat fantazji i w nim zostajemy, czy my jakoś natarczywie, kompulsywnie na przykład wyobrażamy sobie, że to nas jakoś pominie, że będziemy tylko cierpieć. Właśnie jest bardzo ważne przeanalizować treść tych wizualizacji, ale też kontekst, kiedy one się pojawiają, jaką one rolę spełniają. Natomiast jeżeli to są takie wyobrażenia takie bardzo swobodne, po prostu występują przy okazji, na przykład zobaczymy w sklepie jakiś mały bucik i gdzieś tam nasze myśli podążą w tym kierunku, czyli spontanicznie w odpowiedzi na bodziec. Myślę, że to jest łagodne i takie bardzo ludzkie, bo przecież w tą stronę idziemy, w kierunku własnego dziecka. Ania: Dobrze, Aniu, a powiedz nam proszę, czy te wizualizacje jest to coś, co może nam pomóc podczas starań, czy raczej staramy się unikać wyobrażania sobie siebie? Anna Wietrzykowska: Ja może dodam, że w medycynie z wizualizacji się korzysta u pacjentów np. onkologicznych, pacjentów przed zabiegami. Wizualizacja jest bardzo dobrym narzędziem, ale np. w psychoonkologii pracuje się z pacjentami w ten sposób, że np. niekoniecznie się bazuje na tym, żeby pacjent wyobrażał sobie, że wyzdrowiał, albo wyobrażał sobie, że to nie idzie w dobrym kierunku. Odrywa się od końca, czyli np. wizualizacja u pacjenta wtedy polega na tym, aby wyobraził sobie, jak gdzieś jest, w jakimś miejscu, jest ta stereotypowa plaża, albo jest w górach, albo znowu jest w jakimś takim miejscu ze swojej przyszłości, które jest dla niego ważne, ulubiony fotel, może jakiś las. Dlaczego to jest ważne? Wówczas układ nerwowy trochę przechodzi z tego trybu walcz lub uciekaj, który często się uruchamia w chorobie i tak samo się uruchamia, gdy my myślimy uporczywie, czy ja będę tą mamą, czy nie, bo to też jest stresogenne na zasadzie tak albo nie. U nas wtedy przechodzi z reakcji walcz lub uciekaj na takie bardzo neutralne funkcjonowanie, takie bezpieczne funkcjonowanie. I on się skupia na bodźcach, bo w tych wizualizacjach bardzo ważne jest wyobrażenie sobie bodźców. Co pacjent widzi, co pacjent słyszy, jaki zapach się unosi, czy np. zapach sosen, jak idzie przez tę ścieżkę leśną. I takie wizualizacje, które pomagają układowi nerwowemu odpocząć, one są medycznie bardzo wspomagające proces leczenia, więc zakładam, że takie wizualizacje, tak jak ty powiedziałaś może o tych stokrotkach, o kwiatach, które się kojarzą z majem i takie wejście trochę sensorycznie w ten obraz może być jakoś na plus. Zosia: Ja jak słucham tak o tych wizualizacjach, to muszę wam powiedzieć, że jest mi, i zawsze było, z nimi tak trochę nie po drodze. Próbowałam je oswoić na pewnym etapie swojego życia, wiedząc, że mogą być jakimś tam narzędziem, które mnie zagrzeje do walki, zmobilizuje, da mi po prostu jakąś inną optykę taką, z której będę mogła skorzystać i wyciągnąć coś dla siebie. Ale tak serio, to albo po prostu nie wiedziałam, jak z nich korzystać i nie robiłam tego właściwie, albo one mi się wydawały takie trochę od czapy, oderwane od rzeczywistości trochę, bo w ogóle sam temat wizualizacji jako czegoś takiego, z czego można korzystać i postarać się przekuć na swoją, jakby wiecie, tę szalę na swoją stronę, pojawił się w moim życiu dawno, bardzo temu, naprawdę bardzo dawno temu, myślę, że to mogło być około 20 lat, może nawet. Jak spotykałam się, pamiętam, z takim chłopakiem, który miał bardzo fajną mamę i ja z tą jego mamą spędzałam naprawdę dużo czasu i rozmawiałyśmy sobie otwarcie na bardzo wiele różnych tematów i podczas jednej z takich dyskusji temat zszedł na to, że ona pokonała swój ogromny lęk przed jeżdżeniem samochodem, jeżdżeniem do Warszawy, więc do takiego, wiecie, ruchliwego, dużego miasta, skomplikowanego dość do poruszania się samochodem, szczególnie dla osoby, która ma jakieś opory w tym temacie. I pamiętam, jak ona powiedziała mi wtedy, że tak bardzo zależało jej na tym, żeby jeździć do tej pracy, bo dostała taką naprawdę spoko posadę. Prawie równie bardzo jej zależało na tej pracy, co równie bardzo się bała dojeżdżać do niej samochodem i że wtedy skądś dowiedziała się o takiej metodzie na wizualizację i że bardzo pomogło jej wyobrażanie sobie siebie w jakimś zarąbistym, wypasionym, czerwonym cabrio, w którym właśnie podjeżdża do tej pracy i trochę tak jakby dzięki tej pracy go ma i że, wiecie, że to była taka wizja, która jak się bała, to sobie siebie wyobrażała w tej furze i jakoś tak bardziej się mobilizowała do tego, żeby próbować jej zaciskać zęby i kolejny raz mimo swoich lęków to przezwyciężać. I to wtedy zabrzmiało sensownie, chociaż pamiętam, że jak ja próbowałam jakkolwiek z tego skorzystać, to było mi ciężko. I powiem wam, bo chcę wam powiedzieć tę anegdotę w takim kontekście, jeśli nie czujecie się z tym bardzo po drodze, to to chyba też jest okej. Zaraz, Aniu, mam nadzieję, że nam więcej powiesz trochę o tych narzędziach do wizualizacji i może o tym, jak z tego korzystać. Ale chcę wam powiedzieć o tym, że jedyną taką myślą, która naprawdę zagrzywała mnie do walki, to była właśnie podczas starań. Dlatego że ja nie wiem, dlaczego mi się to tak utarło w głowie, natomiast bardzo, ale to bardzo marzyłam o tym, żeby kiedyś to moje jeszcze nieistniejące dziecko przyniosło mi w swoich łapkach taki niedbale zerwany bukiet stokrotek. Taki wiecie, jak to wyobrażałam sobie, że małe dzieci zrywają, czyli jedna to sama główka stokrotki i druga to jakaś łodyga ze źdźbłem trawy, może jakiś kawałek mlecza czy koniczyny i po prostu te łapki, które niosą taki niedbały bukiet stokrotek, wydawały mi się takim moim prywatnym po prostu szczytem Mount Everestu, na który wciąż się wspinałam i wiedziałam, że jeśli tam na górze, na szczycie czeka ta nagroda, to po prostu warto mimo wszelkich przeciwności, które będą gdzieś, jak te kłody pod nogami narzeć i dzielę się z wami tym przemyśleniem, tą anegdotą, dlatego że nie zawsze łatwo w te wizualizacje, tak mi się wydaje, że to nie musi być takie easy game, żeby z tego korzystać. Ania: Ja się postawię trochę, stanę się tą Anią, którą byłam powiedzmy w okolicy połowy starań, kiedy musiałabym dojrzeć do tego, co tutaj zostało powiedziane i ja w ogóle nie szukałam żadnych metod pomocy sobie, wręcz przeciwnie, czułam całą sobą, że ja ten stres łyknę, łyknę tą gonitwę, przecież zaraz będę w ciąży, zaraz to minie. Trochę mi się to wydaje takie nieprawdopodobne, nie dla mnie, wręcz czuję taką złość na to, na to, co słyszę, na to, że mam sobie coś wyobrażać. Wiecie, nie wierzę, tamta Ania w to nie wierzy. Anna Wietrzykowska: Ono cały czas zostawia ciebie w stresie, bo zobaczcie, czy to dziecko będzie, czy nie będzie, pacjent idzie dalej w kierunku, jednak będzie wyzwanie, bo nawet jeśli ciąża się pojawi po leczeniu płodności, to to jest ciąża zmedykalizowana, monitorowana, ciąża na polu minowym, więc ta wizualizacja też momentu zajścia w ciążę, bycia w ciąży dla wielu pacjentów nie jest końcem stresu, tylko po prostu przejściem na inny temat. Ania: Ja tak bardzo mam gdzieś ten układ nerwowy, tak bardzo nie zdaję sobie sprawy, że to może mi w czymś pomóc, ja jestem tylko skupiona na tym, że jaka relaksacja?! Ja po prostu w to nie wierzę, ja nie chcę, ja chcę być, ja chcę zakończyć ten etap, ja chcę dojść do tej mety, mimo, że plączą mi się nogi i słyszę właśnie takie wizualizacje, wydaje mi się to takie dość frywolne może, tak, myślę, że tak. Anna Wietrzykowska: Myślę, że to jest naturalne, że jednak te myśli się pojawiają, bo jesteśmy tylko ludźmi i jednak w sytuacji niepłodności to jest co miesiąc trochę takie stawianie drugiej osoby na ostrzu noża, bo albo będzie, albo nie będzie i niepłodność jest taka kategoryczna, albo będzie miesiączka, albo będzie ciąża, zazwyczaj w tym kierunku. Więc to jest naturalne, że te myśli będą, kwestia jest taka ile ich jest i co my z nimi robimy. I to jest też naturalne nie bombardować ich cały czas, tak, bo to też nie jest możliwe, żebyśmy cały czas byli w takiej wizualizacji, cały czas byli takim zen i cały czas byli w takim rodzaju takiego calm down. No nie da się. Ale wtedy, kiedy możemy, to możemy sięgać po takie metody, na przykład profilaktycznie, raz dziennie, dwa razy dziennie. Czasami z pacjentami pracuję w ten sposób, że przed rozpoczęciem pracy albo robią przerwę w pracy, na trzy minuty sobie właśnie puszczają jakiś ulubiony utwór z YouTube’a, siadają głęboko w fotelu, oddychają i sobie wizualizują tak zwane bezpieczne miejsca. To jest takie ćwiczenie z terapii traumy, ale można je też zapożyczyć na użytek różnych innych sytuacji i tematów z życia ludzkiego. I takie trzy minuty w tym bezpiecznym miejscu też robią dobrą robotę dla układu nerwowego, bo pomagają mu troszeczkę właśnie wyjść z tej reakcji stresowej i poczuć się bezpiecznie. Myślę, że wizualizacja, relaksacja to są te jedne z metod, ale nie jedyne. Tych metod jest kilka. Myślę, że znajdzie się i można dobrać do siebie, do swojej osobowości, do swojego temperamentu i takiego napędu życiowego. Natomiast wyobrażam też sobie, że niepłodność jest tak długoletnią chorobą u większości pacjentów, że są momenty takie jak mówisz, Ania. Są momenty: ja mam totalnie to gdzieś. Ja to rozumiem z perspektywy psychologicznej, bo są takie momenty i mają prawo być up and down. Więc są momenty, gdzie to może być niedostępne dla danej osoby z różnych przyczyn. Bo np. otrzymała właśnie taki wynik, że zmiótł ją, bo długo np. dana osoba próbowała coś naprawić w swoim zdrowiu, a okazuje się, że dalej te wyniki badań wskazują na to samo. Więc są takie momenty dużego zniechęcenia, takiej małej mobilizacji i takie, gdzie jesteśmy na nie. Są też momenty inne i owa te momenty są ważne. Ale każdy wymaga innych interwencji, innego zadbania o siebie. Czasami trzeba poprzyjmować te emocje, pobyć z nimi, poprzetrawiać je, aby móc iść dalej. Zosia: Kurczę, no bo wiecie nad czym się zastanawiam. Zastanawiam się nad tym, że ten podcast, z tym podcastem w ten Dzień Mamy akurat dzisiejszy jesteśmy w stanie trafić w bardzo różny moment w waszych życiach. I może to być ten moment, w którym właśnie jesteście u szczytu mobilizacji i wiecie, że następny Dzień Mamy będzie wasz, albo właśnie potrafiłyście oswoić wizualizację i jesteście jakoś tak okej z nimi, albo trafiamy na ten moment, kiedy totalnie w to wątpicie, kiedy macie kryzys w związku, kiedy macie pierwszy dzień okresu, kiedy nie wyszło kolejne podejście do in vitro, kiedy nie wiem, nie idzie wam po drodze z procedurami adopcyjnymi. To może być mnóstwo różnych punktów na drodze i różnych momentów w życiu. I nie wiem jak w sumie, mam Cię o to zapytać Aniu, ale chciałabym, żebyśmy jakoś wspólnie postarały się poszukać jakiegoś uniwersalnego narzędzia. Czy jesteśmy w stanie udzielić jakiejś uniwersalnej rady, która: dobijając do brzegu pomoże nam odpowiedzieć sobie na pytanie, czy jesteśmy w stanie zrobić cokolwiek w ten Dzień Mamy, żeby nie cierpieć tak bardzo? Anna Wietrzykowska: Duże pytanie i zastanawiam się nad odpowiedzią. Zachęcam do tego, żeby samemu sobie wewnętrznie też zadać na siebie pytanie. Jak w tym roku, w tym momencie chciałabym, chciałabym w tym dniu funkcjonować? Co chciałabym robić? Co chciałabym robić? Czy mam możliwość iść do pracy? Czy chcę iść do pracy? Czy mam możliwość nie iść do pracy? Czy mam jeszcze jakąś inną możliwość? I w zależności od tego, co się pojawi, tak zareagować na tę rzeczywistość, aby też sobie ułatwić to funkcjonowanie. Może jest tak, że na przykład tego dnia w biurze jest takie bardzo huczne wydarzenie. Dużo tych mam jest teraz zemocjonowanych, bo wiadomo, to są ważne dni dla nich? Są wydarzenia w szkołach, gdzie te mamy się cieszą, ale z drugiej strony są też osoby, pacjenci, którzy czekają na swoje dzieci i pewnie u nich emocji też jest dużo. I w zależności od tego, jak my potrzebujemy w tym dniu być w relacjach, też można to jakoś uwzględnić,, bo mamy też różne poziomy bycia w relacjach. Z niektórymi jestem bliżej, z niektórymi jestem dalej. Jednym mamy większą otwartość powiedzieć o swoich potrzebach, innym nie, ale jeśli my nie zadbamy o swoje granice i swoje relacje, to jest mała szansa, że ktoś zrobi to za nas. Zachęcałabym do tego, aby nazwać te potrzeby, zobaczyć, czego do tego dnia potrzebujemy i w jaki sposób na to uwzględnić. Ania: Ja się zastanawiam, dlaczego Dzień Mamy jest jednym z takich dni, kiedy obserwujemy staraczki, kobiety, które z nami się kontaktują. Nawet często pada w wiadomościach, że może to będzie ten Dzień Mamy, że może w tym roku ten maj będzie naszym majem. Dlaczego akurat ten dzień, ten jeden dzień w roku boli tak bardzo? Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego on jest taki, że wręcz kobiety, które starają się dziecko wyczekują, one wiedzą, że on się zbliża, one wiedzą, że zaraz to się stanie. Dlaczego tak się dzieje? Anna Wietrzykowska: Bo tutaj mamy do czynienia ze stratami w liczbie mnogiej. To nie jest strata tylko dziecka, bo tego dziecka nie ma w tym momencie, w którym jesteśmy na to gotowi. To jest strata też kawałka tożsamości, bo na przykład identyfikujemy się już z mamą, z taką rolą mamy, a jeszcze nią nie jesteśmy. To jest strata też właśnie w relacjach społecznych, strata wejścia spokojnie w przyszłość, bo do tej pory być może życie było dla nas bardziej przewidywalne. Kończyliśmy studia, wychodziliśmy za mąż, budowaliśmy domy i nagle pojawia się temat, w którym nasze wpływy są ograniczone, gdzie my nie wiemy z tego punktu, gdzie jesteśmy, jak to się zakończy. Więc to wchodzenie w niepewną przyszłość też jest stratą, stratą czegoś bardzo podstawowego, poczucia bezpieczeństwa w życiu, bo nie wiemy, jak to życie będzie wyglądało, co się w nim wydarzy. Tu mamy trochę takie doświadczenie strat na wielu poziomach, w związku z tym to jest trudne. Tu nie chodzi tylko o dziecko i nie chodzi tylko o mamę. Tu chodzi o coś więcej. Trochę taka metafora grypy. W grypie też się różnie czujemy. Czasem mamy siłę i możliwość pójścia do pracy i funkcjonowania, a czasem nie mamy. I warto uwzględnić to nasze funkcjonowanie psychiczne też bardzo poważnie, tak jak uwzględniamy fizyczne. Bo mam wrażenie, że kiedy fizycznie mamy dolegliwości, to się robi takie poważne, idziemy do lekarza, w jakiś sposób dbamy o tą rzeczywistość, no bo nie możemy, bo kicham, bo mam rozwolnienie, bo pojawia się objaw z ciała. Natomiast objawy z tej sfery psychogennej, one też są ważne i one też mogą i często wpływają na nasze funkcjonowanie. I w zależności od tego, jak w tym danym momencie, w tym danym roku czujemy się, jeżeli chodzi o dzień mamy, tak warto to uwzględnić, że w tym roku mam siłę na to. Nie nakładać na siebie takich oczekiwań, że jak w zeszłym roku byłem w pracy, czy zrobiłem to i tamto, to w tym roku też musi tak być. W chorobie nic nie musi, bo w chorobie człowiek jest bardzo ruchomy, jeżeli chodzi o swoją kondycję psychiczną. Więc trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, ok, to będzie wtorek w tym roku, jakie w związku z tym będę funkcjonować? Na co mam siłę i możliwości, a na co nie mam siły? Jak mogę o siebie zadbać na ten dzień? I tak jak dbamy o siebie w chorobie, Spowolniamy, chowamy się pod kocyk, opiekujemy się sobą na różne sposoby, tak zaopiekujmy się sobą, jeśli chodzi o tę sferę właśnie psychogenną. Zosia: Myślę, że to będzie tylko spoko pomysłem dla części z nas, ale skoro u jednej z Was w wiadomościach się to pojawiło, to może znajdzie jakąś bliźniaczą duszę i będzie mogła się odbić jak w lustereczku w niej i znaleźć jakieś ukojenie. Więc powiem Wam o tym, co napisała Wam nam w sumie, ale teraz się z Wami tym podzielę. Jedna z Was, bo na Instagramie dostałyśmy kiedyś taką wiadomość w okolicy Dnia Mamy albo w sam Dzień Mamy, kiedy właśnie dzieliłyśmy się tym takim trudnym raczej przeżywaniem i pozwalałyśmy Wam na to, żeby ten dzień po prostu pozwolić sobie na przeżywanie trudnych emocji, które są ciężkie. Jedna z Was napisała taką wiadomość, że ona rzeczywiście była w takim miejscu, w którym ten Dzień Mamy powodował w niej wiele bólu i takiego jakby rozdrapywania ran, które przypominały o tym, że ciągle tą mamą nie jest i że to jest kolejny Dzień Mamy, w którym ona tylko marzy o tym, żeby tą mamą zostać. A potem uświadomiła sobie i przypomniała sobie, że ona ma na świecie swojego człowieka, tego, który właśnie sprowadził ją na ten świat, czyli swoją własną mamę. I to był chyba drugi ich Dzień Mamy taki wspólny, który celebrowały bardzo razem i dała nam taką perspektywę swoją, którą może warto poszerzyć, że jeśli macie na świecie wokół siebie swoje mamy, to może w ten dzień przelać po prostu tą swoją uwagę, może nie całą, ale chociaż część z niej na mamy Wasze i z nimi zrobić coś fajnego, spędzić czas. To tak dzielę się, żeby może gdzieś ta myśl z Wami została i wykiełkowała w tych serduszkach, w których będzie miała grunt do tego, żeby wykiełkować. Anna Wietrzykowska: Jeśli w danej sytuacji uwzględniamy, że jest to dla nas w tym momencie potrzebne i ważne i mamy taką możliwość, jak najbardziej tak. Ja też nawiążę np. do sytuacji pacjentek po stratach. Mając straty na różnym etapie ciąży, mają też pytanie, co zrobić w tym dniu porodu, który gdzieś został w kalendarzu. Bo mają go w swoim sercu i też przed oczami. I często właśnie ten dzień porodu też planujemy np. w terapii. Jako się zachować tego dnia, co zrobić, czego nie robić, na co jest gotowość, bo to też jest taki dzień podobny jak Dzień Mamy wyjątkowy, taki inny niż reszta dni. Więc może na bazie tego doświadczenia, takiego planowania, właśnie jak robię z pacjentkami po stracie, które oczekują właśnie na ten dzień porodu, ale już wiedzą, że są po stracie i tego dnia porodu nie będzie, to można tak samo zareagować właśnie na ten Dzień Mamy. Jakoś go zaplanować, zobaczyć, sprawdzić, czy byłoby możliwe, co nie. Może np. można wziąć pracę zdalną, jeśli jest taka możliwość w danym momencie. Albo może jest taki dzień, w który chcemy wyjść, chcemy uczestniczyć, bo mamy takie doświadczenie, że do tej pory zawsze braliśmy wolne albo akurat wypadało w weekend i nigdy nie byliśmy w takiej sytuacji w pracy. Może być różnie i myślę, że każdy może mieć inaczej w tym roku, tego dnia. Zosia: Aniu, dziękujemy ci bardzo za to, że zechciałaś przyjąć zaproszenie do naszego podcastu i dziękujemy, że padło tutaj tyle wartościowych słów, które mamy nadzieję, że ukoją ten niewątpliwie trudny dzień nadchodzący. Bądź może odsłuchujecie ten podcast w Dniu Matki. Wiemy, że on może być dla was trudny. Anna Wietrzykowska: W zeszłym roku też w Skandynawii, chyba w Norwegii, była premiera takiego filmu Mam in Me i to był film o niezamierzonej bezdzietności, w którym bohaterkami były kobiety, które właśnie zakończyły proces starania dziecko i nie są mamami dziś. I akurat ten film miał premierę w Dzień Mamy, tylko ten taki ogólnoświatowy Dzień Mamy, czyli maj, ale nie pamiętam, który dzień, chyba 11. I ta premiera właśnie specjalnie była wyznaczona też w ten dzień dla kobiet, dla osób, których temat niepłodności dotyczy, ale już po tej drugiej stronie niezamierzonej bezdzietności. I to też może być jakoś ważne, żeby pamiętać, że obecnie jest dużo takich społeczności, które odpowiadają na potrzeby. I osób, które dzisiaj wiedzą, że tymi mamami nie będą. I osób, które jeszcze są w takim korytarzu trochę do tego macierzyństwa, nie wiedzą, z którą stronę je zaprowadzi. I osób, które tymi mamami już są. Zosia: To chciałam powiedzieć, że wiemy i staramy się bardzo przelać od nas to takie wsparcie i tę taką miłość. I wiemy, że to jest jeden z trudniejszych dni w roku dla Was. I poczujcie to, że jesteśmy z Wami. Życzymy wam bardzo tego, żeby kiedyś te małe rączki wam poderwały taki bukiet stokrotek i wierzymy w to, że to będzie już następny Dzień Mamy. Dzisiaj szczególnie dbajcie o siebie, ale pamiętajcie o tym, żeby dbać o siebie zawsze. ___________________________________________________ Podczas nagrania tego podcastu napotkałyśmy wiele problemów technicznych, z którymi dzielnie starałyśmy się uporać. Jeśli podczas odsłuchiwania je zauważycie to wybaczcie nam je prosimy. Przyświecał nam cel, by opublikować tę rozmowę terminowo w Dzień Mamy, w który wiele z Was będzie potrzebować otuchy i chociaż takiego wirtualnego utulenia. Mamy nadzieję, że niedogodności techniczne nam tego nie popsują. Ściskamy Was najmocniej, szczególnie dziś. Artykuł #101 Dzień Mamy- dlaczego może być taki trudny pochodzi z serwisu Akademia płodności.

  • Sep 24, 2025 · 1 hr 15 min

    #100 Adopcja – droga do rodzicielstwa oczami Pauliny

    Podążanie za marzeniami czasem brutalnie kładzie na kolana. W mozolnym trudzie podnoszenia się z nich, w obawie przed kolejnym upadkiem szukacie filarów, o które możecie oprzeć swoje nadzieje. W poszukiwaniu drogi do macierzyństwa chcecie zbudować most do źródła, w którym płynie rozpoczęta już wcześniej historia. Historia, która także szuka oparcia dla swoich nadziei na przyszłość. Jak połączyć dwa światy, które tak bardzo potrzebują siebie wzajemnie? Czy można ugasić pragnienie macierzyństwa i rodzicielstwa, pijąc ze źródła adopcji? Czy podążanie za swoimi marzeniami może być samolubne, szlachetne i altruistyczne jednocześnie? Zapraszamy do wysłuchania podcastu. Plan odcinka Nasza droga do płodnej nadziei Adopcyjny test ciążowy i pierwsze zdjęcie USG – czy to możliwe? Uroki rodzicielstwa adopcyjnego – wszyscy jesteśmy tacy sami Żyćko kołem się toczy, czy gdzieś zapisany plan? Zosia.: Hejka. Dzisiaj wyjątkowo słyszycie tylko mój głos, bo Aniusia zaniemogła i jest troszkę chora, a umówiłyśmy się dzisiaj na nagrywki z wyjątkową osobą, dlatego bardzo nie chciałyśmy ich przekładać. Przed chwilą skończyłam nagrywać podcast z Pauliną… teraz, jak to mówię, to się uśmiecham:) (możecie to usłyszeć), ale przed chwilą byłam nieźle spłakana i chciałabym Was na to przygotować, że ten podcast, który nagrałyśmy jest tak bardzo prawdziwy, jest tak bardzo ludzki. Paulina jest mamą adopcyjną i o tym właściwie była ta rozmowa, ale jak zdecydujecie się jej zaraz przesłuchać, to usłyszycie, że była również o wielu innych bardzo pobocznych tematach. Nagrywam ten wstęp, bo cała nasza rozmowa… w tej całej naszej rozmowie byłam tylko tłem i bardzo nie chciałam się wcinać Paulinie w jej historię, bo Ona po prostu płynęłam z tym tematem. Ona sama była reżyserką tego podcastu – właściwie można tak powiedzieć. I, mimo że wcześniej z Anią przygotowałyśmy bardzo wiele pytań, zostawiłyśmy Wam nawet na Instagramie okienko do ich zdania, to Paulina większość z nich zamknęła w swoim (można powiedzieć) monologu. Więc zrobiła to w swoim tempie, na swoich zasadach, dokładnie tak, jak chciała, do tego stopnia, że muszę Wam dograć ten wstęp, bo po prostu, jak się połączyłyśmy to, zaczęło się flow i zaczęła płynąć i nie miałam nawet serca, żeby jej przerywać. I po to ten wstęp, żeby zaprosić Was do niesamowitej rozmowy i do wspaniałego świata rodziców adopcyjnych, którego głosem dzisiaj – takim frontmanem – była właśnie Paulina, która jest mamą w tym całym zgranym teamie (zespole). Bardzo, bardzo serdecznie zapraszam Was do świata Tej Rodziny i tej drogi do rodzicielstwa, do macierzyństwa, a Paulinie… Paulinko Tobie, (co mówiłam już przed chwilą) jestem Ci szalenie wdzięczna i tak bardzo z Ciebie dumna, za to, że dałaś radę i zechciałaś, i przelałaś tyle Waszej historii do świata Internetu, i do tego, żeby stał się teraz takim publicznym głosem. Wierzę w to, że zbierze to przeogromne plony. Zapraszam Was bardzo do rozmowy z Pauliną. Cześć. Tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności. Miejsce w którym towarzyszymy Wam podczas starań. Nasza droga do płodnej nadziei Zosia: No dobrze. To zaczynamy Misiaku dobra? Paulina: Dobra. Więc zaczęłam sobie takim pięknym cytatem, że “piszesz kolejny rozdział swojego życia, więc… Wow! Szybko się zaczyna… Z.: Spokojnie, na luziku… P.: W sensie… to będzie emocjonujące, bo… to może inaczej…. Każdy ma plan na swoje życie. Prawda? Więc jak (my) bardzo szybko wzięliśmy ślub, bardzo… W sensie, byliśmy młodziakami i wszyscy wtedy zakładali, że jestem w ciąży, bo kto bierze ślub w wieku 23 lat. Nie byłam w niej (w ciąży)… Nie byłam w niej tak naprawdę nigdy. Plan zakładał bliźniaki i od początku twierdziliśmy, że na pewno kiedyś adoptujemy dziecko. Więc w sumie, w planie początkowym ta adopcja była właściwie naturalna i oczywista. Ten plan legł w gruzach po, tak naprawdę myślę, że takich bitych ośmiu latach takiej walki. Takiego odbijania się od lekarzy. Takiego szukania pomocy właściwie wszędzie. No i tak trafiłam na Akademię Płodności. Więc Akademia Płodności również była jedną z części naszej walki, bo chyba mogę nazwać to walką. Ale Akademia Płodności pomogła mi (na pewno) w wyregulowaniu moich wyników. Po tak dużej ilości badań, zabiegów i w ogóle. Badań drożności jajowodów, zabiegów u mojego męża, gdzie wykonaliśmy absolutnie wszystko, o co nas lekarze prosili. Akademia Płodności i Wasza dieta pomogła mi na pewno uregulować moje wyniki. Więc tutaj w ogóle było ,,chapeau bas (kapelusze z głów), brawo, super, że Pani tak zrobiła”. Więc zadbałam o swoje zdrowie dzięki Wam – to na pewno. I tak sobie kiedyś marzyłam, że będę tym jednym, takim puzzelkiem, takim kafeleczkiem na Instastory, że ,,nam też się udało”. A oto proszę… nagrywam podcast, mam swój własny post u Was, na Waszym profilu. Więc to jest ukłon w Waszą stronę, że tak naprawdę działacie po to, żeby wszystkie te pary, które tak marzą o dziecku, mogły spełnić swoje marzenie. A my jesteśmy trochę inną historią, a mimo wszystko pamiętacie też o takich osobach. I Instagram łączy ludzi. Czego przykładem jesteśmy teraz, i Instagram łączy ludzi, bo przez przypadek trafiłam na konto jednej z dziewczyn… kobiet. Nie chciałabym podawać nicku (jej danych), bo nawet nie zapytałam, czy mogłabym to zrobić. Więc zostawię ją – jeśli będzie tego słuchała, będzie wiedziała, że to o Niej mówię i wszyscy bliscy moi będą wiedzieli, że to o Niej mówię. Bo dzięki Niej, ta adopcja i to wszystko, co się wokół niej kręciło, cały proces – ciężki proces tak naprawdę, i to co teraz też się dzieje, że wiem, że nie jestem sama, że nie zwariowałam, że to wszystko, co czuję jest oczywiste, że wszyscy ludzie, którzy adoptowali dzieci mogą mieć takie odczucia. Nie jestem dziwnym człowiekiem, jeśli to wszystko czuję i cały ten proces adopcji, też dzięki Niej, był (dla mnie), był taki lżejszy trochę chyba. Mogłam się podzielić, że ja mogłam się zapytać. Ona jest mamą dwóch chłopców. Już takich dużych chłopców. Jeden, to jest nastolatek, a drugi to taki pierwszak albo drugoklasista, ale nie pamiętam już teraz. W każdym razie chłopcy już są starsi, więc Ona jest już bardziej doświadczoną mamą adopcyjną niż ja, bo u nas historia dopiero zatacza swoje dwuletnie koło, więc to dość świeże. Tak naprawdę, wracając do tego wszystkiego, co nas spotkało, no to może… nie to, że się poddaliśmy. Daliśmy sobie chyba spokój. Nie mieliśmy już zasobów chyba też takich zdrowotnych – psychicznie. Trochę nie mieliśmy już też zasobów finansowych, żeby pomyśleć w ogóle… chociaż, może tak powiem. Lekarze odradzali nam in vitro i inseminację, tzn. “in vitro może byście się zastanowili, ale inseminacja to w waszym przypadku jest kompletnie bez sensu”. No dobra, no to w takim razie na początku było, że na in vitro nie mamy kasy, a później myśleliśmy: da się tę kasę zorganizować, tylko czy my chcemy? Czy my jeszcze damy radę, czy jakby jeszcze to dźwignę? Bo jak to się nie uda, to ja się już kompletnie załamię i poddam. No i daliśmy sobie spokój w ogóle z tym pomysłem. Więc naturalną koleją rzeczy… (przepraszam, użyję chusteczki…), było to, że idziemy w adopcję. Zaczęliśmy szukać ośrodka. Jeden nas tak, może trochę zbył. Trochę rozczarował. A drugi ośrodek był takim strzałem w dziesiątkę. No i w tym ośrodku poznaliśmy pięć cudownych par. I uwaga, cała ekipa już jest w komplecie. Cała! Mamy 5 swoich wspólnych takich dzieciaczków, łącznie oczywiście z naszym synem i spotkaliśmy się całkiem niedawno, bo na początku czerwca. Wszyscy się poznaliśmy. Więc to było takie turbo wzruszające, że jakby możemy się tym podzielić ze sobą. Bo jednak to łączy. Nikt Cię nie zrozumie lepiej niż osoba, która wie, co czujesz i przeżywa bardzo podobne kwestie. Więc my przeżyliśmy mnóstwo ciąż dzieciaków w rodzinie, u znajomych. Z takich bardzo bliskich znajomych jesteśmy jedyni, którzy taką drogę przeszli. Jedna koleżanka również. Słuchałam wczoraj Waszego podcastu „Jak poinformować o ciąży”, i miałam dosłownie przed oczami to, jak z jedną z nas byłyśmy na tym samym etapie: my wykupowałyśmy Wasze diety wspólnie i jej się udało… A nam nie… I chyba to była dla mnie jedna z takich cięższych informacji, że przecież robimy dokładnie to samo. I absolutnie… Moja najbliższa przyjaciółka, która też się zmaga w ogóle też z zupełnie innymi chorobami i jej też się udało. I tutaj miałam takie: Boże, jak to cudownie (że się udało), bo Ona po prostu też musi tyle pokonać, też jakby poświęca swoje zdrowie, żeby mieć tego Maluszka. I jej córeczka jest piękną czterolatką. I tu było mi dużo łatwiej. A chyba idąc równoległą walką i jedni idą do góry, udaje im się, a ja zostaję w tym punkcie – i jest takie: O! Oł. Jakby… Co ja mogę więcej?! Robiłam dokładnie to samo co Ona i dlaczego ja nie (jestem w ciąży)? Ale wiem, że jej też było trudno nas o tym poinformować i wczoraj ten podcast Wasz, tak sobie odsłuchiwałam, bo tak sobie odsłuchiwałam Wasze podcasty… trochę odświeżałam. Było to takie, kurcze… jej też było trudno. Jakby wiem, że wszystkim, którzy byli koło nas (i są nadal), to też nie musiało być tak łatwo być z nami w tym, nie do końca wiedząc co czujemy, a jednak nas wspierać. I cały proces adopcyjny to trochę zweryfikował ludzi blisko i chyba dobrze. Ja się chyba z tego cieszę, bo tak naprawdę Ci, co mają zostać, tak zostali. I są. Także, tutaj… Boże, jak zacznę płynąć to Ci nie dam dojść do słowa. Z.: To jest Twój podcast i to jest moment dla Ciebie. Ja jestem tu tylko po to, żeby nadawać jakieś tło, ale to Ty jesteś główną bohaterką, więc bardzo się cieszę. Nie zrobiłyśmy nawet wstępu, ale ja go dogram w ogóle na luzie. Ja nie naszykowałam sobie chusteczek, a już dwa razy byłam na skraju (łez), więc powinnam się w nie też tutaj szybciutko zaopatrzyć. Jeśli chcesz… bo ja oczywiście… my przygotowałyśmy sobie ramowy plan z Anią, mamy pytania, ale Ty tak pięknie o tym opowiadasz, że ja chyba nie chciałabym tego upierać w moje sztywne ramki i po prostu chciałabym dać Ci płynąć. Adopcyjny test ciążowy i pierwsze zdjęcie USG – czy to możliwe? P.: Ok… Ok. Ok, no to płynę dalej. Więc jak już się zdecydowaliśmy na ośrodek, to tam zadałyście mi takie pytanie: co było najtrudniejsze? Więc chyba najtrudniejsze dla nas były te historie na szkoleniach. Te szkolenia trwały… w ogóle ja wspominam, na zasadzie, wracamy po prostu po nocach. Bo my wracaliśmy po 22 drugiej. Wychodziliśmy stamtąd naprawdę bardzo późno. Te szkolenia trwały kilka godzin i nie było ich dużo stricte “zajęć”, ale naprawdę rzeczywiście trwały bardzo długo. I były takie męczące psychicznie. Ja to wspominam, że my stamtąd wychodzimy, przegadujemy sobie w aucie wszystko co było. Na świeżo. Jakby: co o tym myślisz, jak to odebrałeś? I tak dalej, itd. Po czym brałam telefon, zahaczyliśmy o Maczka, bo byliśmy turbo głodni, więc jakiś tam Maczek, jakieś mcflurry, fryteczki i te sprawy. I były dwa telefony. Albo dzwoniłam do mojej mamy, albo dzwoniłam właśnie do mojej przyjaciółki, bo chyba potrzebowałam zdać takich relacji osobie… może nie niezaangażowanej, bo One były zaangażowane i cały czas są, ale takiej na chłodno, że jakby “co Ty o tym myślisz? Bo słuchaj… słuchaliśmy tego, tego. Jest dużo ciężkiej historii. Kiedyś stwierdziłam, że oni chyba chcą nas zniechęcić. Wiesz, jakby tyle nam takich smutnych i ciężkich rzeczy opowiadają, że oni chyba chcą nas zniechęcić. I dziewczyny nam kiedyś właśnie wytłumaczyły, że słuchajcie, my Wam musimy przedstawić wszystko, co jest ciężkie, żeby nie było takiego: O! Oł, one o tym nie powiedziały, a to jest turbo trudne do przejścia, i trzeba to dźwignąć. I trzeba to wziąć na swoje barki. No bo jednak bierzesz na swoje barki historię małego człowieka. Nie zawsze łatwą. Nie zawsze taką, że tak naprawdę to tylko był taki jeden przeskok i jesteś już u nas i masz superszczęśliwe życie. Bo te dzieciaki niosą ze sobą swoje traumy i tak naprawdę te traumy najcięższe jest to dla nich, ale my jako rodzic… każdy rodzic chce zabrać swojemu dziecku wszystkie smutki i chciałaby, żeby Ono miało tylko i wyłącznie szczęśliwe dzieciństwo. Więc One musiały nam to przedstawić i chyba te historie były dla mnie takie najtrudniejsze. Takie smutne. Takie przytłaczające, że czasami stamtąd wychodziłam i myślałam: Boże, czy ja podołam? Czy ja serio tak dam radę? Czy ja mam w sobie jeszcze tyle zapasu sił? No bo jednak dużo z nich poszło na samą walkę. Ale tak jak zapytałyście tutaj, czy ja pamiętam pierwsze spotkanie… to trochę jest tak, jak (tak sobie wczoraj o tym pomyślałam), że ten telefon, ten magiczny telefon, że człowiek czeka po prostu i czeka, i czeka, i czasami już było tak, że ja po prostu sprawdzam: a może ja nie usłyszałam, a one do mnie dzwoniły? I zadzwoniły serio w takim momencie, w którym się absolutnie tego nie spodziewałam i byłam w takim ogromnym szoku, że one w ogóle do mnie dzwonią, że nie zapytałam o nic. Ja nie zapytałam o płeć dziecka, ja nie zapytałam o wiek, o imię. O nic nie zapytałam i tylko powiedziałam, że: tak chcemy usłyszeć tę historię. No i po drugiej stronie Pani Dyrektor mówi do mnie: ale to w ogóle interesuje cię to, co to jest za dziecko, cokolwiek? Odpowiedziałam: no wiesz co, możesz mi coś tam powiedzieć, cokolwiek co wiesz. No to usłyszałam, że Mały Człowiek ma trzy lata, że jest chłopcem, i że zaprasza nas, żebyśmy przeczytali Jego dotychczasową historię. Bo sam fakt tego, że ma trzy latka to już oznacza, że już coś tam za sobą niesie. Więc to było trochę tak, jak te dwie kreski na teście. To są te moje dwie kreski na teście. To jest to, że ja to już widzę i się dzieje ej. Coś tu już jest. Coś tu już kiełkuje. Teraz tylko trzeba jechać i… to dźwignąć. W sensie przeczytać. Bo wiadomo, to, że one dzwonią wcale nie oznacza, że my mówimy TAK. To, że one dzwonią, to znaczy, że my czytamy tę historię i my wtedy mówimy… znaczy nawet już nie musimy mówić tego, tego samego dnia, bo mamy jakąś tam dobę, żeby przegadać, przemyśleć i powiedzieć, czy jesteśmy w stanie psychicznie jechać i dźwignąć historię człowieka, i się z nim po prostu poznać. Więc dla mnie to były moje dwie kreski. Taki przyjazd tam i karteczkę tego, co go spotkało. Na szczęście… myślę sobie, że nie miał łatwego początku, aczkolwiek patrząc na zarys historii, które dziewczyny nam pokazywały na szkoleniach, było super. Bo On jednak miał kogoś – mniej bądź bardziej – ale miał kogoś na kim mógł się oprzeć. Miał człowieka, dzięki któremu myślę też jest trochę taki, jaki jest. Z którym na pewno zawiązał jakąś fajną relację i myślę, że za którym czasami też tęskni. Bo On dopiero teraz o tym mówi. Więc pamięta Tego człowieka i Ten człowiek też dał mu bardzo dużo z siebie. Za co mu dziękuję, bo On potrzebował kogoś takiego, musiał mieć bezpieczną przystań. No to, to było moje zdjęcie USG, czyli historia naszego syna i jego oczywiście takie fizyczne zdjęcie, bo również mogliśmy je zobaczyć. To było nasze takie zdjęcie USG, no i takie nasze spotkanie pierwsze to dla mnie było, jak taki poród, kiedy się pierwszy raz widzisz. Ja pamiętam dokładnie w co był ubrany, pamiętam każdy jego uśmiech. Pamiętam, jak do nas wybiegł. Wiedziałam, że kocha dinozaury, więc pojechaliśmy z dinozaurem oczywiście – z balonem z dinozaurem, ze wszystkim po prostu, co mogłam znaleźć takiego na już i książką. Z resztą i miś, i książka towarzyszą nam do dziś. Nie wiem, czy kojarzą mu się z tym pierwszym spotkaniem, bo On czasami ma teraz takie przebłyski typu na przykład nie wiem… mięso w Lidlu mu się kojarzy z tamtym domem na przykład albo jakieś słowo gdzieś coś usłyszy i nagle ma takie: – O! A ja tam miałem pieska. Więc gdzieś po prostu takie historie, gdzie On je przeżywał wydaje mi się, że je wymazał z pamięci na czas takiego początku u nas, chyba tak dla bezpieczeństwa głowy (tak mi się przynajmniej wydaje), a teraz wracają. Czasami wracają na takim luzie, że po prostu okej odpowiadam na pytania, na które znam odpowiedź, a czasami walą w serce – tak po prostu do samego dna i powodują morze łez. Takie poczucie niesprawiedliwości, że jakby, dlaczego nie mogłam od początku Cię ochronić przed tym, co czujesz teraz, ale jak na swój wiek (ja wiem, że każdy uważa, że jego dziecko jest najcudowniejsze na świecie, ale uważam, że jak na swój wiek), jest mega mądrym człowiekiem. Naprawdę. Myślę, że historia jego też ukształtowała tę mądrość, ale on tak dużo wie, tak dużo rozumie, tak dużo przyjmuje i tak dużo przeżywa. Jest mega wrażliwy. Mega. Jego wzrusza albo załamuje w bajkach to, że na przykład Smerfetka została sama i ona jest teraz taka samotna, no i w ogóle, jak ona może być sama(?), więc ostatnio, było 20 minut płaczu i uspokajania, że na pewno ktoś ją znajdzie i na pewno ją uratuje. Więc naprawdę ma bardzo delikatne serduszko. Ale dla wszystkich mam, które się zastanawiają nad tym momentem, to chcę tylko powiedzieć, że zapominasz, że w pewnym momencie siadam i zastanawiam się jak długo z nami mieszka, że jakby ja: aha no tak, przecież on jest z nami od początku, jakby od samego początku swojego życia to go tutaj nie było. Czasami się pyta nas, gdy ogląda sobie na przykład stare zdjęcia i pyta: byłem tu z wami już czy jeszcze nie? No nie, a bo ja na przykład nie pamiętam, jak ciocia… (nie, też nie będę używać imion) miała swoją córeczkę w brzuszku, ale pamiętam, jak druga ciocia miała swojego synka. Bo synek mojej przyjaciółki drugiej ma dopiero roczek, więc On jakby tutaj to pamięta. Pamięta cały ten proces i chyba to, że moja przyjaciółka była w tym momencie w ciąży, w którym On już z nami był, było też dla nas takim momentem, kiedy On zaczął się otwierać, kiedy zaczął się pytać: a ty mnie nie miałaś brzuszku? A dlaczego ciocia jego ma? A dlaczego tamta ciocia miała swoją córeczkę? A dlaczego ta druga ciocia też miała swoją córeczkę? I jakby na przykład widzi zdjęcia pod telewizorem (u mojej przyjaciółki stoi zdjęcie w ciąży, kiedy była ze swoją córeczką w ciąży) i też czasami pytał: bo ciocia miała ją w brzuszku, a ty mnie nie miałaś, a dlaczego mnie nie miałaś? A czy twój brzuszek będzie tak zdrowy, że będziesz mogła mieć innego dzidziusia, żebym mógł mieć brata albo siostrę? Więc wiecie, że te tematy krążą i krążą, i myślę że gdyby był ciut młodszy, może nie ciut… dużo młodszy w momencie adopcji, to na pewno pytałby inaczej i myślę, że mniej by pamiętał i inne pytania, by nam zadawał. A tutaj, jednak… no tutaj, jednak Go interesuje jego historia i bardzo dobrze, i też to, co nam mówiły dziewczyny na szkoleniach, co jest bardzo ważne, żeby nie ukrywać tej historii, żeby nie wymyślać bajek, bo później z tych bajek nie wyjdziesz, bo się w nich pogubisz. Bo zapomnisz, co mówiłaś, bo zapomnisz, co wymyślałaś. A tak naprawdę wydaje mi się, że każdy ma prawo takiego, do znania swojej historii, no my go wzięliśmy… wzięliśmy… jak to brzmi. Zdecydowaliśmy się na ten krok, wiedząc, że jak kiedyś powie: chcę ich poznać, chcę sobie przypomnieć, chciałbym wiedzieć – no to będę miała takie: Ok, to pamiętasz, że mówiłam Ci to, to, to i to, a teraz pojedziemy do pewnych pań, dzięki którym z nami mieszkasz i poprosimy o kartkę, którą ja kiedyś przeczytałam z tatusiem i będziesz mógł dowiedzieć się wszystkiego, czego potrzebujesz się dowiedzieć. Bo tak naprawdę zmieniliśmy tylko nazwisko. Jest pełnoprawnym naszym synkiem, aczkolwiek był zbyt duży, żeby zmieniać mu imię, to już jest jego tożsamość, to nieważne, czy to imię było moim wymarzonym, czy nie. Drugie imię jest moim wymarzonym. Mogłam mu przy akcie nadać drugie wymarzone imię, więc drugie jest moim imieniem wymarzonym, aczkolwiek to pierwsze nie, bo to jest jego imię i On się z tym imieniem, jakby utożsamia. Także trochę kręcę, trochę zawijam, ale tak jakby to, co mi przychodzi do głowy po prostu mówię. Więc to są takie momenty, które absolutnie pamiętasz, nie zapomina się tych chwil i czasami mam wrażenie, że zapomniałam, jak było przed, ale są chwile, kiedy mi się to “przed” przypomina, i to już jest inna historia. Tak, jak na początku próbowałam to powiedzieć, ale się rozpłakałam, to tak kiedyś usłyszałam, taki dość ładny cytat, że piszesz kolejny rozdział swojego życia, więc napisz go tak, jakbyś chciała go kiedyś przeczytać. Uroki rodzicielstwa adopcyjnego – wszyscy jesteśmy tacy sami No więc staramy się bardzo pisać ten rozdział tak, żebyśmy z dumą i z radością kiedyś usiedli i powspominali ale było fajnie i żeby On mógł też przejść kiedyś się powiedzieć: ej fajne miałem z wami życie dzięki. Chociaż czasami teraz to mówi, ale spokojnie, to nie jest tylko tak roztkliwijająco, bo awantury też nam strzela, jak każdy normalny dzieciak, więc żeby nie było, że my tylko tak się wzruszamy i w tej miłości się tak zatracamy, bo się zatracamy owszem ale mamy tak kompletnie, absolutnie normalne życie. Takie – nie ani usłane różami, ani bardzo ciężkie, bo to są momenty. Czasami siadamy i nam się po prostu chce wyć z bezsilności, czasami słuchamy tych pytań i chyba, nie umiejąc na nie odpowiedzieć mamy taki ból w środku, że ja nie umiem, ja nie wiem, co mam Ci w tym momencie powiedzieć. Bywało tak, że zaciskałam pięści i zagryzałam zęby i odpowiadałam, a później szłam i wyłam gdzieś żeby, nie widział. Ostatnio zadał mi takie ciężkie pytanie, a propos swojej mamy biologicznej, a ja niewiele o niej wiem i prowadziłam auto, i nie mogłam zacisnąć pięści, i udawać, że jest okej, tylko się po prostu rozpłakałam przed kierownicą. Prowadząc to auto, tu z Nim rozmawiam, tu te łzy po prostu mimo woli mi płynęły, i chyba nawet nie z żalu tylko z takiego przypomnienia, że ona zawsze będzie częścią naszej historii, że ja nie byłam ta pierwsza. On się mnie zapytał, czy może za nią tęsknić, że on jej nie pamięta, lecz mógłby za nią tęsknić, więc mówię no oczywiście, że byś mógł. I było takie: dziękuję, to troszkę tęsknię. I rozwaliło mnie to na kawałki, i zapytał się: a dlaczego ty płaczesz? A ja mówię: – Wiesz co Misiu, płaczę, bo jest mi troszkę przykro, że tęsknisz za tą panią, a ja nie umiem Ci nic o niej powiedzieć i jest mi troszkę przykro, że nadal to nie ja mogłam Cię mieć w tym brzuszku. Więc to było takie trochę rozwalające, ale takie też budujące, że no właśnie, później płynnie do tego przejdziemy, bo my o tym rozmawiamy. Ja po prostu potem Mu tylko przypomnę tę rozmowę: słuchaj byłeś zainteresowany tym, pamiętałeś to, co chciałbyś jeszcze wiedzieć, bo może teraz będę umiała odpowiedzieć Ci na więcej pytań? No to to są te takie chwile ciężkie rozwalające, są po prostu kapiące miłością, samym szczęściem, nie tylko i wyłącznie łzami wzruszenia. Ale jest życie. Jest takie życie jak masz Ty i każda inna biologiczna mama i czasami tak siadam, i mówię do mojej przyjaciółki: Boże ja oszaleję, po prostu zwariuję. Co On robi – kolejną awanturę o nic, (dla mnie o nic, dla niego pewnie o koniec świata) i słyszę po drugiej stronie: – Ale ja mam to samo chodź na kawę. Bo jestem normalną mamą, jestem mamą, która jest zmęczona. Jestem mamą, która… ja się nie mierzę z takim uczuciem: o Boże, nie ja nie mogę mu czegoś tam powiedzieć, nie mogę na niego nakrzyczeć, nie mogę dać mu kary, nie mogę po prostu nie wiem powiedzieć – ej koniec cisza stop, bo jest dzieckiem, które ma swoją historię. Nie On jest moim synem, jak mnie zdenerwuje to mnie denerwuje, jak odwala to odwala, jak powinien się uspokoić, to to się uspokaja, także tutaj, jesteśmy normalne drogie mamy. Drogie mamy, które się zastanawiacie nad tym, jak będzie wyglądało Wasze życie. Będzie dopełnione, będzie piękne, będzie ociekające miłością, ale będzie też trudne i takie normalne, więc jak Wasze przyjaciółki mają dzieci z brzuszka, a nie z serduszka to będziecie mieć takie same problemy. W pewnym momencie będziecie mieli bunt pięciolatka, awanturę, że nie taką bluzkę mi naszykowałaś do przedszkola i ja w ogóle nigdzie nie idę cześć pa. Tak dokładnie (Zosiu) – tak kiwasz głową, tak znasz to. Także to wszystko jest normalnym życiem, częścią życia normalną. I chyba najbardziej, co mnie wzrusza w tym wszystkim, to jest relacją, jaką nawiązał z Jackiem, moim mężem. Jakby tutaj, to jest po prostu kosmos, bo On w ogóle od początku wolał facetów, On chyba bardziej im ufa i chyba jest taki bardziej do nich otwarty, przywiązany. Jasne są ukochane babcie, ale też jest dziadziuś, jest mój brat, który jest po prostu guru wszystkiego. Absolutnie, jakby – jak już On powie to jest świętość i w ogóle On pozwala mu na wszystko, na wdrapywanie się na drzewa też. Są też dwie ciocie, które dały mu przestrzeń, które były ze mną od początku do końca, właściwie od początku walki do momentu póki nasz syn nie pojawił się w domu i One dały mu przestrzeń. On wszedł do tej ekipy, do tej rodziny i One pozwoliły mu wejść na jego zasadach, czyli to On zdecydował, kiedy przybije im piątkę, kiedy będzie gotowy się przytulić, kiedy będzie gotowy usiąść na kolanach, i po prostu to były takie dobre ciocie z tyłu i czekały. I są ulubionymi ciociami, bo On poczuł, że może wejść taki, jaki jest, że nie musi nic robić na siłę, że nie musi zabiegać o jakiekolwiek względy, bo był traktowany tak, jakby był traktowany, jakby wszedł jako bobas. Więc One zrobiły mu takie piękne wejście, i myślę, że też jest Im za to wdzięczny, i bardzo często o nich mówi. Lubi spędzać z nimi czas, więc wydaje mi się, że tutaj to też było dla nas ważne, żeby bo wiesz… to tak jak się zapytałyście jak społeczeństwo (zareagowało) i nasza najbliższa ekipa. Nie wszyscy weszli z takim… może nie pozytywnym nastawieniem, ale takim zrozumieniem i każdy ma prawo tego nie rozumieć, bo to jest nasza decyzja i nasza droga, a nie każdy musi robić wokół tego „wielkie hura, ja super, super”. Nie. Nie rozumiesz tego, nie do końca… to może nie chcę powiedzieć akceptujesz, bo nie poczułam, że to nie było zaakceptowane, ale takie: Czy wy jesteście pewni? Ale tak na 100%? Wiecie, bo to jest jednak, to jest jednak nie wasze dziecko! To było chyba takie przykre, ale później powiedziałam: słuchaj, to nie uczestnicz w tym. Nie musisz w tym być. To ty mi pokażesz, jak jesteś dorosła, jak dużo sama dźwigniesz. No po czasie okazało się, że świetnie sobie z tym poradziła ta osoba, ale miała dużo wątpliwości. Chyba dużo więcej niż my i chyba… i chyba to rozumiem. Znaczy „nie chyba”. Rozumiem to, bo ja nie miałam wątpliwości. To jest tak, jak my przeczytaliśmy całą jego historię i no dziewczyny wyszły, żebyśmy mogli dosłownie na gorąco coś tam przegadać no i one wyszły. My zostaliśmy z tym zdjęciem z tą kartką popatrzyliśmy się na siebie i było takie: TAK. To było takie, tak oczywiste, tak ja chcę, więc zapytałam: ale Ty jesteś taki pewien, czy to mówisz dlatego, że ja chcę to usłyszeć, czy rzeczywiście? – Tak, ja to czuję. Ja to chcę, ja chcę jak najbardziej. Więc One weszły. No to co do jutra się zdzwaniamy mówimy: – Nie. My chcemy już iść. My wiemy dziś. Pamiętam która była godzina, pamiętam jaki był dzień tygodnia, po prostu pamiętam datę. Wszystko pamiętam i powiedzieliśmy, że my byśmy bardzo chcieli, tylko jak najszybciej się da. No to chyba umówiliśmy się dosłownie za 3 dni później i mieliśmy blisko, więc mogliśmy jeździć do niego właściwie codziennie, bądź co drugi dzień. Wszystko to, co było najtrudniejsze w tym czasie to było to, że musieliśmy Go odwozić i zostawiać, bo i tak my wracamy w pandemii. My jedziemy razem do tego domu, On tam zostaje i nie zostaje sam fizycznie, ale zostaje sam – zostaje bez nas. Bardzo szybko się przywiązał. Bardzo szybko i chyba najbardziej pękały serca, jak ze łzami w oczach musieliśmy Go po prostu zostawiać. Na szczęście nie trwało to długo, bo historie naszych znajomych właśnie z ośrodka, no były dużo cięższe i tak naprawdę emocjonalnie, i chyba tak też czasowo, a u nas poszło bardzo szybko. Trochę też z uwagi na osoby, które do tej pory sprawowały nad nim opiekę, ale może tak miało być. I właśnie dzięki temu to było takie pstryk, więc jak ja poszłam po tych wakacjach do pracy na 3 tygodnie. Pani dyrektor (w pracy) usłyszała, że: to cześć widzimy się za rok, bo ja znikam. One… no wiedziały, że my się staramy, ale to już trwało ze dwa lata. Więc jakby nikt nie potrafił powiedzieć, kiedy ten telefon zadzwoni, Ona wiedziała, że my skończyliśmy kurs, że czekamy na ten telefon, ale przecież nikt mi nie powie, kiedy to będzie. A należał nam się normalnie pełny roczny macierzyński. Więc zniknęłam na rok. Wróciłam już do pracy. To też była nowa rzeczywistość i szczerze mówiąc, to na pewno jest zupełnie inny rok niż z takim bobaskiem. Słodziutkim. Ale to był taki rok właśnie zawiązywania więzi, poznawania się, bycia 24 na dobę i takiego turbo zmęczenia psychicznego. Takiego, że ja po prostu ja wiem, że ja sobie dużo nakładłam do głowy, i to chyba złota rada, nie nakładajcie sobie do głowy nadmiaru, ale tego się nie da nie zrobić. Po prostu no nie da się. I wiem, że wy jako mamy takie biologiczne też sobie za dużo nakładacie… tak, prawda? No dokładnie, no jakby nie ma opcji, żeby nie wymagać od siebie za dużo. I dopiero po tych dwóch latach uczę się tego, że przecież jakby: halo nie jesteś żadną heroską – jesteś człowiekiem. Masz prawo się zmęczyć. Masz prawo powiedzieć: – Ej mam dość, muszę usiąść w ciszy. Masz prawo wyjść na spacer i po prostu nie mieć wyrzutów sumienia, że przecież zostawiasz tego rozdyganego małego człowieka, bo się na coś zdenerwował, nie potrafi się uspokoić, przecież zostawiam go z tatą. Nie zostawiam go samego. Halo! Ja też potrzebuję złapać wentyl jakiś. Więc no pod tym względem jesteśmy absolutnie normalnymi ludźmi. I po tym roku takiego piękna mieszającego się z trudem, wróciłam do pracy, i to było chyba też takie najlepsze dla nas, że każdy znalazł swoją taką cząsteczkę w rzeczywistości, czyli On ma swoje przedszkole, ulubionych kolegów, ciocie, ja wróciłam do pracy i poczułam, że znowu, jakby mam sprawczość zawodową i lubię to bardzo. No i mój mąż, który cały czas był w pracy, ale odkryliśmy w międzyczasie, że On ma takie prawo do kilku dobrych tygodni takiego właśnie bycia z nami. Więc cały magiczny pierwszy grudzień był z nami. Bo ten grudzień jest taki magiczny. Czeka się bardziej na dwie kreski, w tym grudniu czeka się bardziej na tego bobasa i te magiczne życzenia dotykają bardziej i dobrze wiemy, bo niejeden podcast o tym już nagrałyście, że to jest po prostu najcięższy czas w roku. On wreszcie mógł być najpiękniejszy. Mogliśmy być we trójkę. I tak 24 godziny na dobę. Więc ten pierwszy grudzień był taki nasz kompletnie od pierwszego do ostatniego dnia grudnia. Więc tutaj była taka magia. Taka magia, na którą czekaliśmy 8 lat. Więc zadziała się ta magia: pierwsze pieczenie pierniczków, ubieranie choinki – same wzrusze. Tutaj to było piękne. I pierwsza wigilia. To chyba były też pierwsze święta, na które czekali też moi rodzice. I dziadkowie, którzy jeszcze mają okazję Go poznać. Mają prawnuczka. To też było takie, że ja miałam radość w sobie, że ja mogłam Im to dać. Oprócz tego, że oczywiście to jest nasza historia. Nasza część życia, to ja mogłam dać to Im. Ja widziałam, że Oni tak bardzo na to czekają. Wiadomo – nikt nie wie, kiedy Ci rodzice odejdą z tego świata i oby odchodzili jak najpóźniej, przecież nie masz tej pewności, że zdążysz, że Oni poznają Twoje dziecko. Na szczęście są. Na szczęście cieszą się tym po prostu niesamowicie, ale bywały dni, kiedy z tyłu miałam głowy: – Boże, a jak ja nie zdążę, przecież Oni czekają tak bardzo, jak ja. Co jeśli nie zdążę? Co jeśli kogoś takiego turbo bliskiego mi zabraknie, a nie zdążę podzielić ze mną tego szczęścia? Więc to były pierwsze takie święta, kiedy ja miałam takie: ZDĄŻYLI! I moja babcia i mój dziadek i Oni jeszcze są i Oni się nim jeszcze cieszą, więc to jest takie: Łoooooł, udało się. Wszyscy jesteśmy szczęśliwi. Więc jeśli któraś para gdzieś w środku czuje, że to jest…, to może być ich droga, to przede wszystkim musicie być tego w 100% pewni. Oboje. Tu nikt nie może nikogo namawiać. Tu nikt nie może nikogo przekonywać. Tu nikt nie może powiedzieć: słuchaj, bo może to jednak nie jest dobry pomysł, bo to nie wyjdzie. To nie wypali. Tutaj musi być takie 100%. Moje 100%. Twoje 100%. Bo nas też zaskakuje wiele rzeczy, to, że my byliśmy narażeni na najgorsze historie na zajęciach, to że my tak dużo rzeczy słyszeliśmy, to wcale nie oznaczało, że my teraz na lajcie (lekko) podchodzimy do tych naszych historii, bo jest ciężko. Nie. To trzeba wiedzieć, że trzeba się mierzyć z różnymi ciężkimi rzeczami i różnymi ciężkimi tekstami. Jak każdy rodzic w takiej furii dziecka usłyszy: – Ej nie lubię cię, nie kocham cię, nie jest fajnie, że jesteś moją mamą. To nas to boli troszeczkę inaczej. No bo… halo… Jak kiedyś będziesz nastolatkiem i mi wykrzyczysz w buncie nastoletnim: nie jesteś moją mamą. To może dotknie mnie to troszkę bardziej niż taką mamę, która rzeczywiście fizycznie urodziła swoje dziecko. Więc z tym wszystkim trzeba się mierzyć i myślę, że trzeba być takim naprawdę w 100% pewnym. Nie miałam wątpliwości, ja naprawdę nie miałam wątpliwości. I w takich momentach jego krzyku, nie miałam takiego czegoś: Boże, po co ja to zrobiłam. Tylko miałam bardziej takie: Boże, to będzie jednak takie naprawdę ciężkie. Wiedziałaś to, ale jednak czujesz, że to jest ciężkie. Więc wydaje mi się, że namawianie męża, albo namawianie żony, bo to nie zawsze musi być tylko sugestia ze strony kobiety, na to, żeby iść tą drogą – nie ma sensu, jeśli ta druga osoba tego nie czuje. Tak samo jak wiesz – nie wszyscy chcą mieć dzieci. No umówmy się – nie wszyscy muszą mieć dzieci. Przecież nikt nikogo nie zmusi do tego, żeby założył rodzinę w której są dzieci. Są osoby, które marzą o tym całe życie i zrobią wszystko, żeby te dzieci mieć. Ale są osoby, które nie czują tego. I myślę sobie, że lepiej, żeby ich nie mieli, jeśli są świadomi tego, że nie będą na to gotowi, niż mieli je na siłę, bo świat albo społeczeństwo od nich tego oczekuje. Myślę sobie, że takie “100% chcę to zrobić”. Z takim założeniem, że OK, mogę mieć chwilę zwątpienia, no ale czy biologiczni rodzice czasami też nie mają takiego: – Boże, co tu się w ogóle wydarzyło w tym naszym życiu. Kiedy było mi źle, w tych książkach, czytaniu w spokoju i piciu ciepłej kawy? Wydaje mi się, bo mam przyjaciółki, które też mają dzieci zdrowe, normalne, dokazujące, więc wiem, że to, że ja tak czasami odczuwam, nie świadczy o tym, że jestem jakimś złym człowiekiem albo mamą, która nie powinna nią być. Absolutnie. To też mi dużo dało, te moje przyjaciółki, które tak stawały i mówiły: – Halo, ja też się tak czuję, ogarnij się, to jest normalne! Czasami ten kopniak w przysłowiowe cztery literki był potrzebny, do tego, żeby się otrząsnąć i sama moja przyjaciółka wie, że te kilometrowe wiadomości, albo te godziny wykrzyczane i wypłakane przez telefon były na wagę złota. I myślę, że Ona jest świadoma tego, że dzięki jej wsparciu tak naprawdę (dałam radę), i największemu wsparciu mojej mamy, i chylę jej czoła. To jest taki mój dobry anioł, który stoi dosłownie tutaj z tyłu za plecami i za każdym razem wiem, że jak po prostu jest jakiś taki moment dramy, to jest pierwszy telefon mama albo ta moja przyjaciółka. Więc swoją drogą – nasze dzieciaki są w bardzo podobnym wieku i się bardzo uwielbiają. Mimo różnicy płci się naprawdę uwielbiają. Druga przyjaciółka urodziła synka, więc tu jest takie wielkie zaskoczenie, bo jest taki malutki, taki słodziutki, ma roczek – już zaraz będzie tu biegał, ale nadal mój syn jest taki zachwycony nim strasznie. Ma też kuzynów, którzy są w bardzo podobnym wieku, więc On się, tak jakby wstrzelił idealnie wiekowo, datowo – no tak miało być. Gdyby był bobasem, to byłby dużo młodszy od wszystkich tutaj naszych ekipowych dzieciaków. A On jest właściwie w identycznym wieku, no ich różni, czasem pół roku, czasami rok. Także jest to idealny wiek. Ja sobie kiedyś powiedziałam, że ja do trzydziestki, po prostu do trzydziestki muszę zajść w ciążę. To musi być ten magiczny rok 2020 i ja po prostu tu muszę być w tej ciąży, bo to jest jakby taki koniec. Trzydziestka i koniec. Zresztą Ty wiesz, 30-tka mi się kojarzą te Twoje baloniki i 30-tka jest to taka meta. I ups. I 2020 rok się skończył. No i ups. I skończył się 2021 i ups… I było takie: ej, nie zdążyłaś. Koniec. To marzenia wtedy tak prysły i myślałam, że to koniec. I co się okazało… MOJE DZIECKO, URODZIŁO SIĘ W 2020 ROKU. Pamiętam, że robiliśmy swoją wspólną 30-tkę, tak jakby pomiędzy moją a Jacka. On kwiecień, ja październik – więc tutaj był taki moment, że my w wakacje sobie zrobiliśmy. A nasze dziecko urodziło się 25 sierpnia. A w sierpniu robiliśmy 30-tkę. I dmucham te świeczki, i myślę: masz jeszcze kilka miesięcy – zdążysz. Na 2020 zdążysz. I On się urodził właściwie w momencie, gdy my świętowaliśmy i dmuchaliśmy świeczki “masz zdążyć”. Więc powiedz mi, że wszechświat nie ma swojego fantastycznego planu, który jest inny niż Twój – no ma. Ja się tego trzymam. Ja wierzę, że ktoś na górze gdzieś już sobie ten plan zapisał dużo wcześniej, niż ja sobie go wymyśliłam. Tak pewnie siedział sobie tam – i myślał, i stukał się w głowę, i mówi: dobra weź Paulina, ja wiem, co robię. Ja wiem po prostu, ty tylko ogarnij, ty tylko zaufaj. Daj tutaj swoją przestrzeń, żebym ja mógł podziałać. Bo ciągle mi wchodzisz w drogę. To też był taki sprawdzian wiary mojej, jak już tak jestem przy tym temacie, to to był sprawdzian mojej wiary, bo obydwoje z mężem, no tacy jesteśmy wydaje mi się wierzący. Z praktyką bywa różnie, ale dzięki kuzynce mojego męża trafiłam na świetnego księdza. Po prostu takiego wiesz – najpierw człowieka, a później człowieka, który jakby ma swoją konkretną posługę. On udzielał też chrztu naszemu dziecku. Jest taką częścią też naszej historii, bo to On powiedział… pamiętam, jak postawił przed nami taką… nawet nie chusteczki, tylko postawił przede mną rolkę ręcznika papierowego, jak mówiłam, że: – Wiesz, że będę wyć. odpowiadał: – Wiem, smarkaj. I po prostu wylałam wszystko, co mogłam, to była taka terapia dla mnie, tylko wiesz, nie u psychologa, tylko u księdza. Ja tam krzyczałam: – Co ten Bóg sobie wymyślił, ileż można Go prosić, ileż można się modlić. Halo, On nie słucha. I w ogóle nara i nie będę chodzić do kościoła, bo po co mi to jest – nie słuchasz mnie to cześć. Więc się obraziłam, tupnęłam nóżką, odwróciłam się plecami i powiedziałam, że w ogóle – no to sie masz. No i teraz za to “sie masz” mogę dziękować, bo On jakby miał magiczny plan na to wszystko, więc dobrze, że tak zrobił. Myślę, że z czasem się widzi takie rzeczy, w konkretnym kulminacyjnym punkcie masz bunt na wszystko i na wszystkich. Na przykład nigdy nie miałam takiego momentu, że irytowały mnie osoby, które są wokół mnie w ciąży, ale strasznie mnie bolało. Ja pamiętam absolutnie każdą informację o ciąży, czy to było 9 lat temu, czy 4. Chyba najłatwiej przyjęłam informację o tej ostatniej ciąży, mojej przyjaciółki, gdzie ten mały człowiek ma już roczek. I to Ona też mi powiedziała: – Wiesz, jak ja się cieszę, że ja jestem w ciąży wtedy, kiedy jest już Twój syn z Wami, bo ja się tak bałam o tym powiedzieć, a teraz mówię tak z taką radością, z taką ulgą. Bo jesteś już po tej stronie macierzyństwa i fajnie, że w tym momencie jestem ja (w ciąży). Chociaż pytała też, czy nie boli mnie fakt rosnącego jej brzuszka. W ogóle nie. Ja chyba tę jedną, jedyną ostatnią ciążę przeżywałam już z takim… nie chcę powiedzieć, że tamtych nie przeżywałam z radością, bo je się cieszyłam z dziewczynami. Ja wiedziałam, że każdy czeka i wszyscy, którzy chcą, to mają… Mam takie marzenie, że jeśli chcesz, żeby Twoje marzenie się spełniło, no to niech ono się spełnia. Super, że się spełnia. Ja trzymałam kciuki, żeby te dzieciaki były zdrowe, żeby wszystko było ok. Ale to bolało. I wiesz doskonale, co czuję, bo to tak bolało. Każde zdjęcie USG, ja pamiętam, co robiłam w konkretnym momencie, konkretnej informacji. To było takie, że nie czułam tam buntu, ale czułam tam taki żal, że w ogóle fajnie, że Ci się udało, trzymam za Ciebie bardzo mocno kciuki, niech wszystko było ok. Tylko dlaczego znowu nie ja. Halo! I wiesz, to były takie ciąże, gdzie nikt nie musiał walczyć: a idę zrobić sobie dziecko. I bach. Dzień dobry, następny cykl – ja jestem w ciąży. Tutaj będziesz ciocią. Jak to się dzieje w ogóle. To jest takie niesprawiedliwe. Ja wtedy miałam takie myśli – świat jest niesprawiedliwy i Boże widzisz to? Widzisz znowu. Ona nie chciała… znaczy chciała, ale nie musiała postarać. Jakby po prostu jej to przyszło. No nie jej wina, że mi nie przyszło, ale jednak ból gdzieś towarzyszył. Więc bunt też był oczywiście ogromny. A teraz jest już po prostu Żyćko. I myślę, że to żyćko już jest takie… wydawało mi się, że będzie mi się łatwiej podzielić tym, bo to jednak dwa lata już minęły. A to jednak tylko dwa lata. I chyba takie wracanie do początków nie boli mnie już tak. Na przykład mówię o tych ciążach i mam przed oczami takie obrazy, że dobra tu było tak, tu było tak. Od niej dowiedziałam się w taki sposób, a od innej tak. Od jednej przyjaciółki dowiedziałam się listownie – po prostu. Wręczyła mi kopertę, bo nie umiała mi tego powiedzieć prosto w twarz i to była ta, która się z Wami podzieliła swoim testem ciążowym – była na jednej Instastorce? Ona mi wtedy tego nie powiedziała i absolutnie na tym zdjęciu, nie mogłam się w ogóle domyślić, że to mogła być Ona. Ale miałam takie: o ja, to chyba jest Ona? I przepikiwałam sobię cały czas tę Waszą storkę… i mówię: to jest chyba Ona. No ale przecież mi o tym nie powiedziała, przecież by mi powiedziała. Halo. Jakby staramy się razem. No i nie umiała. Dała mi list. Więc wszystkie te momenty pamiętam. I zastanawiam się, który był najtrudniejszy i chyba ten był jednym z takich, który mocno mi się wyryły w pamięci, bo to była taka równa walka. Szliśmy razem. Te dwie pary. I nam się nie udało, a im się udało. Więc to pamiętam doskonale. Jej córa jest zdrową sześciolatką, równie szaloną jak jej mam i z zakręconymi włosami. Aczkolwiek wszystkie momenty pamiętam i wszystkie się wyryły, ale jak teraz o tym mówię, to myślałam, że gdzieś jeszcze mnie to w środku dotyka, ale chyba już nie. Chyba to jest takie czyste wspomnienia, że to było, że to jest też część naszej historii i super, że te dzieciaki są. I super, że te mamy mogą się cieszyć z bycia mamą. I super, że noszą te same problemy, co ja i słuchają tych buntów. Fajnie, że mogłam wejść wreszcie w ich historię. Fajnie, że mogłam być taką częścią… wiesz, fajnie jest być “ciocią na medal”. Super jest być ciocią i w ogóle fajnie jest rozpieszczać te dzieciaki, spędzać z nimi czas. W tych wózeczkach, te spacery, to jest super. I cieszyłam się tym całą sobą, w każdym momencie w którym rzeczywiście, gdy byłam na spacerach i spędzałam z nimi czas. Ale zamykają się ich drzwi, wsiadasz do auta i jest takie: kuźwa, ja też tak chcę. Dlaczego jestem tylko ciocią. To teraz mam. Co prawda, gdzieś w środku mam takie… znaczy ja się nabyłam w tych wózeczkach, w tych kółeczkach, w towarzyszeniu im jako ciocia. Jak to moja przyjaciółka mówi: – Wiesz, ominęła Cię ta orka, tego wszystkiego, wiesz tych ząbków, tego płaczu, tych kupek, tego wszystkiego… I niby fajnie, że mnie ominęła, że mnie ta orka ominęła, jakby tutaj – nie jestem tym zmęczona. Wiem, że moja orka (w cudzysłowie oczywiście) jest trochę na innym pułapie i poziomie, ale czasami tak sobie siadam i mam takie: jacie, ja nie widziałam, jak Ci rosną pierwsze zęby. Kurdę, ja Ci nie przewijałam pampersów. Ja nie nosiłam takiego bobaska. On teraz czasami chce, żeby Go nosić. Ale już jest ciężki, to nie da się już tak, jak bobasa położyć. Więc nosimy – i nie ma, że nie noś, bo przyzwyczaisz. Po prostu nosimy, bo On tego potrzebuje, ale wiesz tak – ponoszę, ponoszę i muszę usiąść. No to Cię po przytulam na siedząco, chodź tutaj. Jest czasami takie kłucie w sercu – ten Twój pierwszy krzyk, te Twoje płacze w nocy… Ja wiem, że każdy rodzic, no może nie wspomina tego jakoś rewelacyjnie, bo to jest pewnie turbo zmęczenie, ale jest takie trochę uczucie, że zostało mi to odebrane, a właściwie nie…, nie było mi to dane. Nie było mi to dane, że pierwszych kroczków nie widziałam, no nie wiem… wiesz, wszystko takie, co Wy możecie sobie wspomnieć, a ja tego nigdy tego nie wspomnę. Nie opowiem Mu o tym. No i najgorsze jest chyba też to, że On nie ma… żyjemy w XXI wieku, wszyscy mają filmiki, zdjęcia, a my tego nie mamy. I On często o to wypytuje: zobacz, ciocia ma takie malutkie zdjęcia swojej córeczki, a ty masz moje jakieś stare? Więc tak naprawdę jakieś pierwsze filmiki, nagrania to są z takich pierwszych dni i czasu kiedy u nas był. Pierwsze nasze spotkanie, my oczywiście wszystko to fotografowaliśmy i nagrywaliśmy, bo chciałam, żeby to było taką podstawą do części jego historii, i czymś, na czym się będę mogła podeprzeć, żeby mógł sobie to zobaczyć. Jest kilka filmików, które Go turbo śmieszą, bo był jeszcze takim…:to nie, to nie, daj – nie, noś… wszystko takie, co jest typowo dziecięce. I On się z tego śmieje. On się cieszy, że może to obejrzeć. Czasami sam prosi: pokaż mi jak byłem mały. Ale czasami pyta, czy mam takie zdjęcia jak był małym bobaskiem. A ja nie mam skąd Go mieć. Więc tego po prostu pokazać mu nie mogę, więc to też jest takie czasami przygnębiające. Szkoda, że nie mogę Ci tego pokazać. Nie mogę tego opowiedzieć, nie mogę tego wspomnieć, ale no mówię bardziej w swoim imieniu, ale wydaje mi się, że mój mąż ma bardzo podobne do tego podejście. Czasami o tym po prostu siadamy oboje i przegadujemy. Więc ciężko mi o tym powiedzieć z perspektywy faceta ale uwierzcie kobiety, że facet przeżywa to równie mocno. Myślę, że tak samo jak walkę o dziecko. No nie? Doskonale o tym wiecie, że Wasi mężowie byli z Wami mocno, i wydaje mi się, że też warto o nich mówić, i o nich pamiętać. To jest ten filar, przynajmniej ja mam taki filar w postaci mojego męża. Ja mu tak wielokrotnie powiedziałam, że… wiesz, gdyby nie Ty, to ja bym się tak rozsypała, że po prostu koniec. To jest taka tarcza, nawet teraz: – Eej, On Ci nie da tego nagrać, wezmę go na rower. Jakby to jest tak oczywiste, że On jest w tym wszystkim, że On towarzyszy, że spędza z nami czas, że to nie jest, że Mu bardzo dziękuję – bo On jest pełnoprawnym rodzicem. Ale jest takim filarem i taką, jak ja Go nazywam – oazą spokoju i moja mama mówi: – Proszę bardzo. Twoje dziecko, jest kopią Ciebie z dzieciństwa. A masz! Bo ty się wiecznie darłaś, że byłaś taka, że ciebie wszędzie było pełno. Wiesz kiedy przestawałaś mówić? Jak spałaś. I On jest identyczny. Musiał się z Tobą przywitać, po prostu pomachać, powiedzieć cześć. W ogóle nie odpuściłby. No i mama się zawsze śmieje, że jak Ona Go widzi, to Ona ma mnie przed oczami sprzed 30 lat, że to jest po prostu kopiuj-wklej. Kopiuj-wklej masz po prostu swój taki mini charakterek biegający. Więc najczęściej my się trzemy. Wiesz – ja mam swoją siłę – Ty masz swoją. Z samą sobą walczę czasami. A On jest taką naszą oazą spokoju. On jest taki racjonalny, On jest taki: – Dobra weź, już odpuść. Już sobie usiądź. Dobra, ja w ogóle ja się w to nie wczuwam, daj mu niech sobie pokrzyczy. Ja się czasami zastanawiam, jak On ze mną wytrzymuje, serio. Do tego wszystkiego mamy psa, o dziwo śpi (obym nie zapeszyła), bo ona ma charakter mój i mojego syn, więc po prostu wiesz – turbo rozdarta i wszędzie jest jej pełno. I On. Jeden. Z całej czwórki domowników jest taki spokojny. Chociaż On też się potrafi wkurzyć (żeby nie było, że On jest takim aniołem chodzącym – bez przesady:)), ale myślę, że gdyby też nie On, to dużo z tych rzeczy też się nie miałoby prawa wydarzyć. Bo jednak… super jest mieć wsparcie w mamie, w rodzicach, w rodzeństwie. Świetnie jest mieć najlepsze przyjaciółki świata, które Cię zawsze wspierają, ale jednak, ta historia zamyka się w czterech ścianach domu i tak naprawdę ona tam się toczy najbardziej. I wydaje mi się, że jeśli nie masz takiego poczucia, że masz kogoś, kto jest 100% za tobą, to czasami jest ciężko. Myślę, że nie tylko w tej kwestii, bo w kwestii każdej życiowej. W kwestii walki. W kwestii leczenia. W kwestii wszystkich lekarzy, badań – wszystkiego. Bo jak nie masz filaru – to leżysz po prostu i czasami ciężko Ci się podnieść. Mnie też ciężko było się podnieść, ale miał jakby kto z tej podłogi podnosić, z tej rozpaczy. Teraz też jest świetną opcją wsparcia w tym życiu, życiu po adopcji. I czy się zmieniło (życie)? Zmieniło się. Jest pełne. Jest pełne łez wzruszenia i chaosu też, ale jest pełne. Więc na ten chaos też człowiek czekał, więc jakby w ogóle – o co ci chodzi, przecież Ty tego chciałaś. Ten chaos jest wpisany w Żyćko. No więc tak, zmieniło się. Zmieniło się, ale czy tak diametralnie? Ja naprawdę czasem mam wrażenie, że ja nie pamiętam czasu przed. To są naprawdę tylko dwa lata, a ja po prostu, sięgając pamięcią… ok, przecież ja wiem, co się działo w naszym życiu, ale czasami tak się pytam: – Ej, też masz tak, że Ty się czasami zastanawiasz, ile On z nami mieszka, że zapominasz absolutnie, że On nie jest z nami od początku. – Tak, bardzo często. I to nie jest tak, że my siadamy i codziennie pamiętamy – tak, dzień dobry nasz adoptowany synku, jakby witamy Cię po raz kolejny w naszym… Nie. Absolutnie. Zbudzisz się, Boże jest wpół do siódmej, idź do siebie jeszcze na 5 minut. Chociaż teraz to wpół do siódmej jest rewelacyjnie, kiedyś to była 5:30, albo 6:00 i jakby, idź spać synu, masz jeszcze 4 lata, 5 za chwilę – ogarnij spanko. Ale jak śpi do 8:15 to sprawdzam, czy oddycha, bo to jest nienaturalne. Więc mówię, mam absolutnie normalne życie. Więc drodzy ludzie, którzy czujecie, że wyczerpaliście swoją drogę w staraniu się o dzidziusia w sposób naturalny, bądź w sposób, który medycyna oferuje, albo po prostu medycyna i wszystko inne mówi: przepraszam, ale tu nic się nie da więcej zrobić i macie z tyłu głowy lampeczkę – może by jednak pomyśleć o adopcji? To usiądźcie przy dobrej ciepłej kawce. Przy ciachu, legalnym, żeby nie było – z przepisów Akademii;). I sobie przegadajcie. Nie wiem, może rozpiszcie wszystkie za i przeciw. To na ile jesteście gotowi. Pomyślcie też o tym, kto fajnie by było, żeby Was wsparł. Taki ktoś, kto po prostu będzie z tyłu. Do kogo będziecie mogli wyjść, zadzwonić, pogadać. Naprawdę, to wsparcie jest nieocenione. Ja sobie myślę, że Ci wszyscy ludzie, którzy są za nami, czasami sobie nie zdają sprawy, jak bardzo cenni są. Bo naprawdę, to, że My jesteśmy dla siebie turbowsparciem, to, myślę, że my też czasami potrzebujemy tego wyjścia na zewnątrz, i tego pogadania o tych domowych takich problemach. Bo my nie jesteśmy ludźmi bezproblemowymi, my nie mamy takiej bańki miłości. Mimo tego, że jesteśmy dla siebie takim turbowsparciem i kochamy się nad życie. Ja sobie nie wyobrażam żyć bez mojego męża. Absolutnie! (Mam nadzieję, że On beze mnie też nie). Ale potrzebujesz tego wentylu wyjścia z czterech ścian, z tej chałupki, gdzie toczy się normalne życie i są normalne problemy. Wszyscy mamy je podobne bądź zbliżone. I ci ludzie, to jest taka po prostu Twoja baza, taka – ej, wychodzę, mam Ciebie, mogę zadzwonić. Przecież moja przyjaciółka już tam przebiera nóżkami i czeka, aż jej napiszę, że już skończyłyśmy nagrywać. Ona się tak jarała, że wczoraj już: – Ej, stresujesz się, czy się jarasz, bo ja się tak jaram i będę mogła dziś posłuchać. Więc to jest takie fajne. Oprócz tego, że towarzyszysz mi w tych takich ciężkich momentach, to jarasz się ze mną tym. Bo ja się teraz już w ogóle opowiadam, tu sobie trochę popłaczę. Widzę Ciebie (Zosiu), widzę Twoje reakcję, Twój uśmiech i to kiwanie głową – tak, też, jestem mamą, to teraz już czuję taki luz. Ale jak się zgodziłam, to miałam takie: ej, co ty w ogóle robisz, skręt żołądka będzie nie z tej ziemi ze stresu, a wczoraj już miałam takie mrowienie i mówię: ale będzie fajnie, ja cię kręce, będę w internetach. I to jest takie zataczanie kółeczka o tych magicznych koniczynkach, które zrywałyście i które wysłałyście, i przysięgam Ci, że ja byłam turbo-wzruszona, że ja dostałam ten liścik. Ja go później gdzieś tak wcisnęłam, że nie miałam pojęcia, gdzie on jest. Do swoich przydasi pewnie. Wszyscy mają przydasie i wszystko się przyda, ale nie wyrzucajmy tego – i on gdzieś sobie leżał i ja tak sobie pomyślałam: no tak, te czterolistne koniczynki, to wszystko przecież jest super, że ty tak jakby masz ciągle takie marzenie, ale…no pewnie komuś się spełniło. Ale no nam… znowu nie. Super, że dziewczyny mnie to wysłały, ale jest, kiedyś sobie o tym wspomnę… i serio ja to znalazłam w momencie, kiedy ogarnialiśmy tutaj pokój. Tak jak Wam napisałam, po prostu usiadłam, otworzyłam tę kopertę, mówię, co tu jest? Co to jest za koperta, jakiś dokument? Otwieram. Mówię: – Ej koniczynko, spełniłaś swoje zadanie. Dzień dobry bardzo. Fajnie, że jesteś. I to była pierwsza myśl, że ja muszę do Was napisać. Te koniczynki serio – to jest magia w najczystszej postaci. Teraz wiem gdzie jest ten list. Ma swoje magiczne miejsce. Ja czasami sobie do niego tak zaglądam i jak odezwałyście sobie storkę (rolkę na Instagramie) wtedy też, właśnie o tych koniczynkach, że ja do Was napisałam i później zobaczyłam ten post, i się tak zalewałam łzami, że w ogóle: – Ej, hi (cześć), wiesz ile lat temu marzyłaś o tym, żeby móc mieć jedną storeczkę, że ci się udało, a ty jesteś… ty masz post, pokazują to, że naprawdę – to nie jedno ma imię. To imię “adopcja”, też jest macierzyństwem, rodzicielstwem. Rodzicielstwem przede wszystkim. Też możesz mieć swoją historię i wcale nie musisz zakończyć jej Akademiowo-dietowo idealnie, że możesz pokazać też, że jest inna opcja, że ta opcja jest super. Nie wiem, czy jest dla wszystkich – myślę sobie, że nie. Ja ostatnio usłyszałam taki głos od osoby jednej z rodziny, że: – Wiesz, ja bym się nie zdecydowała, ja bym nie dała rady. Jakby podziwiam Was, ale ja bym nie dała rady. Ja sobie wtedy myślę, co tu podziwiać. Ja po prostu spełniam swoje marzenia. To nie jest nic do podziwiania. Bo my też nie chcemy takich wiesz… ja powiedziałam na początku – ukłon w Naszą stronę, ale nie w stronę nas, konkretnych dwojga ludzi, że trzeba wielce się kłaniać, wynosić nas na piedestał, bo halo, ja spełniam też swoje marzenia. Jestem samolubna, ja chciałam mieć to dziecko. Nie jest tylko tak – o kochany synu, teraz jestem fantastyczna, bo mogłam Ci dać inne życie. Ja wiem, że tak jest oczywiście, ale nie oczekuję oklasków. My chcieliśmy mieć dziecko. My po prostu chcieliśmy być rodzicami, to jest trochę samolubne. Halo, ja chciałam, żeby ktoś mówił do mnie mamo, nie tylko ciociu. Jestem mamą chrzestną, owszem. Dwóch shogunów. W ogóle mam samych facetów. Samych. Jacek ma jednego i za chwilę drugiego chrześniaka, właśnie tego roczniaka. Ja mam dwóch chrześniaków. Mamy syna. W ogóle wszędzie są faceci, a moje przyjaciółki mają córki. Idealnie się to dopełniło. No w każdym razie, to było trochę samolubne. To nie jest na oklaski, ale przyznała (ta osoba), że ona by się nie zdecydowała, bo wie, że to nie jest tak jakby dla niej. Nie dla jej charakteru. I ok. I super to jest. Tak samo jak ja zrezygnowałam z opcji in vitro, tak? A wiele par dzięki temu ma po prostu biegające szczęścia. Więc też super, że się na to zdecydowali. Wydaje mi się, że każdy ma swoją drogę i nikomu tego oceniać, bo rewelacja, że się udało samą dietą… znaczy samą, tutaj robię duży cudzysłów, bo my doskonale wiemy, że to jest kawał roboty dla Was. I tego, że same jesteście pięknymi żywymi przykładami, że się da. Ale nawet jak się okazuje, że nawet jeśli się totalnie poddaliśmy diecie, wszystkim opcjom lekarzy, zrobiliśmy naprawdę wszystko. Ja mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że wyprostuję się i powiem, że ja naprawdę zrobiłam wszystko. Słuchaj synu, ja naprawdę zrobiłam wszystko. Ja sobie nic nie zarzucę. Po prostu podjęliśmy świadomą decyzję, że opcja in vitro nie jest dla nas, a inseminacje no kazali nam sobie odpuścić. Tutaj była kolejna z dróg. Dla nas oczywista, ale nie musi być oczywista dla wszystkich. I nawet ci, którzy jak twierdzą, nas podziwiają nas, ale by nie dali rady, no to ok. Tak samo, jak wiesz, nie wszyscy muszą nam mówić, ale super, że to zrobiliście, tylko mogą sobie pomyśleć, czy oni są tego pewni? I też mają do tego prawo. Tylko jedno – ja tego nie muszę słuchać. Nie musisz mi tego mówić. To tak samo jak wiesz, takie dobre rady cioć, wujków i przyjaciół, i nie tylko, właśnie w całym procesie leczenia, że niejedną „dobrą radę” w dużym cudzysłowie słyszałaś i słyszy je mnóstwo kobiet, bo nawet na Waszym profilu jest o tym – wystarczy kliknąć i tego posłuchać, i się załamać. Przeczytać to i powiedzieć: Jezu, żyjemy w takim świecie… serio?! Postukać się w głowie, tak, jak Ty w tym momencie, więc naprawdę to jest. Ja też tego nie muszę słuchać. A stereotypy społeczeństwa o które też tutaj pytałyście – są też jakby. Np. a wiesz jakie to geny? A wiesz, co z tego wyrośnie? Jesteś pewna? Wiesz no bo wychowanie, wychowaniem ale no gena nie oszukasz. To nadal to jest, mimo tego, że o adopcji się już mówi dużo głośniej i Bogu Dzięki. I dzięki też tej dziewczynie, o której ciągle myślę, i mówię bez nicku na Instagramie, ale ona też ma wiele historii. To trochę tak, jak Akademia Płodności, i tak piękne kafelki, że „się udało” i testy, i te małe bobasy to ona tam ma sporo ma tam swoich, jak ona mówi “dzieciaków”, bo dzięki jej wsparciu też wiele osób się naprawdę zdecydowało na to, żeby jednak tą drogą iść. Ona też jest super. Jak na nią mówię “żmija”?. Super, superwsparciem jest, więc naprawdę i myślę, że ona też ma takie właśnie swoje dzieciaki, i dzięki temu, że była wsparciem, to też dużo osób się zdecydowało. No i tak jak powiedziałam na początku nikt Cię nie zrozumie bardziej niż ktoś, kto przeżył. Więc jeśli tylko ktoś chciałby porozmawiać, to ja służę oczywiście pomocą. Nie wiem, czy jestem odpowiednią do tego osobą, aczkolwiek – my też mamy taką swoją mini grupkę wsparcia z tych ludzi z ośrodka. Każdy z nas ma troszkę innego dzieciaczka, z trochę inną historią, i inaczej też wiekowo, chociaż są w podobnym wieku. Dwóch chłopców jest dużo młodszych, ale ogólnie dzieciaczki są w podobnym wieku. Wiesz, pewnie to spotkanie by głównie polegało na morzu łez, ale takich wzruszenia, takich też trochę bólowych, że jednak te nasze dzieciaki musiały tyle przejść, żeby z nami być. I to jest takie super, że możesz o tym z kimś porozmawiać, ten ktoś wie, co w ogóle myślisz, co czujesz, tylko wiesz to jest takie spojrzenie na siebie, i yhmm, I know (ja wiem), też to mam, też to czuję, więc to… poczekaj, bo śmieciara wyrzuca śmieci… Z.: Żyćko. P.: Będzie to słychać. Z.: Żyćko. P.: Niby usiadłam w najcichszym pomieszczeniu, no ale oczywiście Żyćko. Więc wydaje mi się że tutaj chyba takie, to jest takie turbowsparcie, ale takie wsparcie ludzi totalnie z zewnątrz. Totalnie laiczków, którzy… (upewniam się, że się nagrywam… Dobra nagrywa się, bo wiesz godzinka rozmowy minęła…:)) Żyćko kołem się toczy, czy gdzieś zapisany plan? P.: (Wsparcie) Ludzi takich kompletnie, takich też na chłodno (oceniających), bo ja też potrzebowałam takich, że ja usiadłam, wyryczałam się, opowiedziałam i na przykład słyszałam: – Wiesz co, jakby nie do końca to rozumiem. Też nie do końca wiem, co czujesz. Ja nie umiem ci tego w jakiś inny sposób wytłumaczyć, ale słuchając tego, wszystko jest okej. Wiesz, wszystko jest okej. Ja potrzebowałam tylko takiego “wszystko jest okej” i bywały momenty, kiedy ja siadałam, wyłam w poduszkę i sobie myślę: boże ile jeszcze dźwignę, czy ja naprawdę dam radę. A później sobie myślałam, że każda mama ma swoje momenty, kiedy się zastanawia, czy po prostu da radę. Są mamy…, zresztą Ty też jesteś tego przykładem i a propos historii, że nie zawsze te początki są kolorowe. Nie? Że nawet jeśli masz wymarzony cud i Go rodzisz, to, to nie zawsze jest tak instagramowo. Nie zawsze jest tak pięknie. Nie zawsze jest tak, jakby się chciało, żeby było. I mimo też robisz wszystko absolutnie, żeby było idealnie, żeby te wyniki były świetne, żeby to dzieciątko się urodziło zdrowe to… „Żyćko”. To Żyćko. Więc też nie na wszystko miałam wpływ, ale Żyćko zatoczyło piękne koło i ja się bardzo cieszę, że ono tak wygląda, naprawdę. Ja jestem szczęśliwą mamą z problemem, jak każda normalna mama. Z radościami, jak każda normalna. Ze wzruszkami, jak każda normalna. Wiesz, już pierwsza laureczka gdzieś tam “kocham Cię mamo” napisana najkrzywiej na świecie i podpis, po prostu kaligrafia kompletna, ale pięknie. Najpiękniej i oczywiście włożona w magiczne pudełeczko ze swoją drogą kopertą z koniczynką, i mam swoje magiczne pudełeczko wszystkich pierwszych rysunków. Te stokroteczki w tych rączkach przeniesionych, wyczekane. To jest kolejny symbol oprócz koniczniki, więc to są momenty na które człowiek czeka i ile razy sobie ich nie wyobraża. Boże, to takie historie w głowie pisane, że po prostu kosmos i one się dzieją. Może nie są utkane dosłownie z marzeń, ale są takie, jakie miały być. Dokładnie, po prostu nie mogły być inne. Więc wiesz, On jest kompletnie nasz. Absolutnie. W ogóle nie myślę o tym, że nie. Po prostu On jest nasz od A do Z, z turbo wrażliwym sercem taty i z podłym charakterem mamy;). Ludzie czasami mówią, że te dzieciaczki, które są adoptowane one się upodabniają wizualnie i charakterem. On ma swój charakter. Nie jestem przekonana, że od początku był charakterny mocno i jestem przekonana, że od początku miał, turbo dobre serduszko, i myślę, że teraz po prostu jest moment, w którym On może rozkwitać, i się rozwijać, i cieszę się, że się to dzieje w czterech ścianach naszego domu. Bardzo. I myślę sobie, że rzeczywiście się trochę upodabnia. Bo po prostu jest nasz. Cieszę się, że po tych dwóch latach naprawdę wszedł kompletnie w rodzinę i jedną, i drugą. Jest absolutnie zaakceptowany przez jedną i drugą rodzinę, i naprawdę jest takim… (jak to nasi sąsiedzi się śmieją) jest taką iskiereczką. Wiesz mamy wszystkich sąsiadów, którzy są albo starsi, albo no mają już takie duże dzieci, więc zbiega tak z tego 3 piętra po prostu i hałasuję, i wszyscy cześć, cześć, cześć! Dzień dobry, dzień dobry! Więc On, jakby jest taką iskiereczką tutaj. Serio. I tak jak powiedziałaś, jak go zobaczyłeś, „Boże co za uśmiechnięty człowiek”. Tak. To jest dziecko, które albo się śmieje całym sobą albo się wkurza całym sobą. Więc ze skrajności w skrajność idealnie, ale naprawdę jest pogodny jest naprawdę… czasami sobie myślę… synku ile Ty nosisz w tej swojej główce, a Ty tak potrafisz się z wszystkiego cieszyć. Pamiętam pierwszy tort, bo teraz będzie nasz drugi wspólny. Właściwie przeżyliśmy te jego trzecie urodziny też z nim, ale nie tak, jakbyśmy chcieli to przeżyć. Po prostu byliśmy tego dnia razem. Więc jakby ten pierwszy tort spidermanowy był bardzo istotny dla Niego i On tak skakał z radości, jak mógł zdmuchnąć tę świeczkę, że po prostu… jest takie: ahhh. Każde dziecko, jak ma urodziny, chcesz mu dać wszystko w ten jeden dzień po prostu takie wymarzone. A ten tort był taką radością wiesz takim „wow! To jest mój, jakby kompletnie moja impreza”. Chrzciny też miał, jak miał prawie 4 lata, trzy i trochę więc absolutnie było to dla nas istotne. Bo ta dam, obraziłam się na boga, więc jakby przyjęłam na klatę jego fajny plan, więc ok, już jesteśmy. Już mamy sztamę. Więc oczywiście było to dla nas bardzo istotne, żeby On również miał swojego anioła stróża i on też bardzo dla niego to było istotne, że teraz nawet mówi tata będzie chrzestnym, a moim chrzestnym jest…. i tutaj wypikuje imiona, bo dla niego też to było takie istotne, że to była też jego impreza, i to byli jego goście. Szykujemy się na piąte urodziny, więc tutaj też jest oczywiście konkretna tematyka, i wszystko, i serwetki i wszystko musi być tak, jak trzeba. I cieszę się, że mogę to robić. Bardzo się cieszę, bo ja o tym marzyłam i bardzo się cieszę, że mogę spełniać jego małe marzenia. To jest takie super, że jakby „Ty” (synku) jesteś chodzącym spełnionym moim marzeniem, i teraz jakby naszym zadaniem jest, żeby spełnić wszystkie Twoje małe, i duże marzenia. Jakby “cześć witaj w świecie szczęścia i normalności mały człowieku i żyj tak, żebyś chciał przeczytać później tę historię aby naprawdę… żeby powiedzieć, że się udało…” (Nie wiem, ile z tego [nagrania] Karol poskłada? Będzie musiał moje wzruszki wyciszać. Kawał ciężkiego masz zadania.) Z.: Absolutnie, Karol nie pozwalam. Nawet nie próbuj tutaj nic wycinać. Zabraniam. Ewentualnie moje chlipanie, po drugiej stronie, żeby nie dokładać. P.: Ja się bardzo staram odsuwać od tego mikrofonu, jak sobie wiesz tutaj… wzdycham, ale myślę, że nie zawsze mi się udaje, no wiedziałam że się…, o poczekaj nawet mi słuchaweczka wypadła. Wiedziałam, że się wzruszę, ale no to jest ogrom emocji i rzeczywiście dostałam pytanie, jak się dowiedziała moja przyjaciółka, zresztą nie tylko moja przyjaciółka, bo jeszcze jedna osoba też się dowiedziała, że to nagrywam… mam nagrać. To obydwie zadały pytanie: – Czy jesteś gotowa, żeby opowiedzieć tę historię? Ja mówię: wiesz co? Chyba jestem, znaczy jakby ja ją ciągle przeżywam, ale na pewno będę wyć… i to było oczywiste. Jakby ja wiedziałam, że ja wiesz… ja jestem miękka pupa po prostu. Ja tyle razy czytam wasze historie i o Jezus, ja tak chlipię po drugiej stronie. No w ogóle no ja jestem taki mocno emocjonalny człowiek, więc wiedziałam, że będę wyć, ale z drugiej strony sobie tak pomyślałam, a jeśli jedna osoba to odsłucha i ta jedna osoba usłyszy o tym, że naprawdę jest happy end (szczęśliwe zakończenie) i jest super życie. Normalne, nie odbiegające od rzeczywistości, jest super życie. Da się. No i jeśli mogę być taką małą cegiełką do tego, że ktoś jednak pójdzie do tego ośrodka, i chociaż po prostu zapyta, i nie wiem, i nawet skończę kurs, i pomyśli o tym, a może ktoś jednak zamieszka w kolejnym domu, i będzie miał piękną historię? To czemu nie? To jestem. Z.: Paulinka, ja Ci bardzo dziękuję. Bardzo. Naprawdę, bo Twój głos w ogóle, wiesz Ty jesteś takim naszym akademiowym człowiekiem. My po prostu tyle lat, ile my wymieniamy wiadomości. Mamy niewiele takich dziewczyn jak Ty z którymi przez tyle czasu… P.: Powiedz mi, ile lat jest Akademia, bo próbowałam tak policzyć…? Z.: Akademia jest 7 lat. P.: No to jestem od początku. Z.: Jesteś naszym człowiekiem, który mam wrażenie, że tak towarzyszymy i jestem Ci tak bardzo wdzięczna, że poświęciłaś kawał swojego serducha na to, bo wiesz może tego po drugiej stronie właśnie słucha jakaś inna Paulinka. Może Ona jest te trzy kroki za Tobą i może miała te same pytania, które rodziły się w Twojej głowie. Ja myślę, że zasiałaś bardzo wiele takich małych ziarenek, które sobie zaczną kiełkować w głowach osób, które dla których może adopcja to nie była ta od zawsze oczywista droga, tylko może właśnie życie pisze swoje scenariusze, i zaczynamy o tej gałązce, o tej odnodze myśleć. A ja teraz patrzę na Ciebie cały czas i widzę to Wasze zdjęcia z tyłu. Przyklejone tą Waszą taką pełnią i wzruszam się na maksach i jesteście piękną rodziną, i pięknymi ludźmi, i to, że my jesteśmy w Was zakochane z Anią, od lat, to wiemy, ale teraz możemy to wyznać publicznie. Więc ja sobie pozwalam na ten przywilej, który mam, żeby Ci powiedzieć, Tobie i Twojemu mężowi, i Temu małemu roześmianemu człowiekowi, który tutaj machał jakiejś obcej cioci (którą po prostu widzi) – hej! Jesteście pięknym obrazkiem tego, że macierzyństwo, rodzicielstwo może wyglądać też tak, i być tak totalnie normalne. Dziękuję. P.: Zdecydowanie, teraz mi zabrakło głosu… Z.: Dziękuję. P.: … bo się po wzruszałam, też dziękuję bardzo i bardzo dziękuję za to, że Akademia Płodności zrobiła powiem taki ukłon w stronę naszą. Naszą w sensie mam na myśli wszystkich mam i tatusiów, którzy są tatusiami adopcyjnymi, mamusiami adopcyjnymi. Może to nie jest tak, że my chcemy o tym trąbić na lewo i na prawo, bo wiesz na przykład my mieszkamy w małym społeczeństwie, i no kurcze nagle się pojawił trzylatek, nikt nie pomyślał o tym, że przecież, halo – ona nie była w ciąży. Więc niby się nie mierzę z tym wzrokiem, absolutnie, ale oni wiedzą. To też nie chodzi o to, że mamy strasznie głośno o tym mówić, że konsultacje są jakieś super, i wszyscy muszą adoptować dzieci. Nie. Ale chcemy, żeby wiedzieć, że tak też można i że to jest też super historia, i plan na rodzinę. Więc bardzo dziękuję, że miałam tę możliwość, mam nadzieję, że wychlipanie nie będzie jakoś tak bardzo słyszalne, ale no nie dało się inaczej. Z.: Ty jesteś prawdziwym człowiekiem. Naszym. Z każdym chlipnięciem nosa. Ale też jestem pewna, że nie tylko my dwie chlipiemy, tylko czuję, że będzie innych chlipnięć po drugiej stronie też sporo. Dziękuję Ci. P.: Cieszę się, niech sobie pochlipią i niech mają ten plasterek na serduszko, jeśli rzeczywiście potrzebują tego, to bardzo proszę. Z.: Dzięki. P.: Rozgośćcie się w tej części adopcji. Z.: Miałam bardzo dużo pytań, ale wiesz jak sobie je wyobrażałam, że muszę Cię o coś zapytać to dosłownie trzy zdania później Ty zaczynałaś o tym mówić. Naprawdę… P.: Bo ja jestem Wasza, no. Z.: … I potem nawet przekręcałam oczami i myślę sobie: Boże, naprawdę serio? Właśnie chciałam o to… , chciałam o ludzi zapytać, a Ty zaczynasz mówić o ludziach. Chciałam o TO, Ty zaczynasz O TYM… więc nie mam więcej pytań. Nie mam więcej pytań, dziękuję wyczerpałaś ten temat. Dzięki za nakreślenie Waszej historii i życzę Wam tego, żeby to Żyćko dalej było po prostu normalne. Z wyzwaniami, które na Was czekają ale również z tymi bukietami stokrotek i innymi cudownościami, które na pewno czekają. P.: Tak, z tymi pięknymi „dniami mamy” i tymi wszystkimi cudownymi dniami. Dziękuję bardzo, bardzo, bardzo, bardzo. Z.: My również. P.: Do zobaczenia i do usłyszenia na pewno, bo My się już spisujemy. Z.: Mamy nadzieję, że ten kontakt cały czas będzie. P.: Ależ oczywiście, możecie na to liczyć. Jesteście na mnie skazane. Z.: Dzięki Paulinka, dzięki. A Wam dziękuję Wam bardzo za odsłuchanie naszego podcastu. Artykuł #100 Adopcja – droga do rodzicielstwa oczami Pauliny pochodzi z serwisu Akademia płodności.

  • Jul 10, 2025 · 27 min

    #099 – Jak powiedzieć o ciąży

    Dotykamy dla Was niełatwego tematu, o tym gdy coś Wam ciąży na wieść o CIĄŻY. Zdarza się, że w życiu Staraczy pojawia się pewnego rodzaju emocjonalny dysonans za sprawą “ciąży” bardziej lub mniej bliskiej Wam osoby. Kiełkująca wówczas radość, wpada na jedną szalę z zazdrością, chwiejąc dobrze wyważoną dotychczas relacją. Odnalezienie równowagi może być trudne, szczególnie gdy o tak ważnym momencie informuje Was świat lub powiększający się obwód w pasie, a nie bliska (jak Wam się wydawało) osoba. Często pytania “jak powiedzieć” i “jak przyjąć” wiadomość o ciąży sprawiają wiele trudności po obu stronach tej niecodziennej barykady. Czy jednak trud ten się opłaca? Czy warto walczyć o relację, gdy ktoś stawia pomiędzy Wami mur? Jak podzielić przestrzeń do wzajemnych emocji i nie zamieniać jej w przepaść nie do przejścia. Zapraszamy do wysłuchania podcastu. Plan odcinka „Chcę Ci coś powiedzieć…” co czujemy, gdy ktoś mówi o ciąży Czy da się powiedzieć tak, żeby nie bolało? Radość spotyka ból i co wtedy? Gdy szczerość boli mniej niż cisza Dwie historie, dwa zakończenia Relacja czy mur Nikt nie ma jednej recepty… Transkrypcja podcastu AKADEMII PŁODNOŚCI Ania: O jakie masz skarpety w serca. Zosia: Bo ja jestem pełna miłości dla świata. A.: No fajne, fajne – ładne skary. Tu się bardzo dużo dzieje w tym biurze. Z.: I pan za oknem też kosi trawę, więc mamy nadzieję, że tego nie słychać… A.: Buła (piesek) walczy z posłaniem. Z.: Bułę to możemy eksmitować stąd w każdym momencie, ale pana za oknem… A.: Nie bardzo… ale słychać, że wiosna… Cześć, tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności, miejsce w którym towarzyszymy Wam podczas starań. Wartość rozmowy i pokładane w niej nadzieje, gdy ktoś jest “przy nadziei” A.: Dzisiaj poruszymy temat tego, jak powiedzieć komuś o ciąży i o tym porozmawiamy, bo pytań (jest wiele), a to pytanie pojawia się na naszej skrzynce często i uznałyśmy, że fajnie by było mieć możliwość odesłania do naszej rozmowy na ten temat. Pytania, które zadają te osoby dane, są w ciąży na przykład po długich staraniach i zachodzą w ciąże, i boją się powiedzieć osobie, która towarzyszyła im podczas starań, i również stara się o dziecko. Czyli również mierzy się z tematem niepłodności. Często piszą również do nas osoby, które nie mierzyły się z niepłodnością, a które chcą podzielić się informacją o ciąży z osobą właśnie która się mierzy z niepłodnością, natomiast nie wiedzą właśnie, w jaki sposób to zrobić, żeby było jak najlepiej. Z.: No i teraz po takim pięknym wstępie pasowałoby tutaj teraz powiedzieć, że: ale my znamy na to sposób i dzisiaj Wam powiemy, w jaki sposób możecie się tym podzielić, żeby to było lekkie łatwe, i przyjemne. I teraz takie tutututu… Nie ma takiego sposobu. A.: Myślę, że tak. Myślę, że każdy po naszej rozmowie – być może znajdziecie po prostu odpowiedni sposób na to, jak to zrobić w Waszym życiu, natomiast czy jest taki złoty środek? Nie wydaje mi się. Z.: Ja bym w ogóle powiedziała od razu, że go nie ma. Od tego bym zaczęła, bo ten podcast mógłby się spokojnie nazywać: jak nie zrobić tego najgorzej na świecie, ale nie wyobrażajcie sobie please (proszę), chociaż bardzo byśmy chciały być w posiadaniu takiej wiedzy, że my tutaj Was dzisiaj oświecimy – jak powiedzieć o tym osobie starającej się o dziecko, tak żeby jej to nie dotknęło i żeby była zadowolona. Bo sorry (przepraszam), na 99% mogę powiedzieć, że na pewno będzie to dla niej druzgocąca (w pewien sposób) informacja, bo to będzie także ta jej jedna z osobowości, jedna z jej stron będzie się bardzo cieszyć z Wami, a druga będzie bardzo cierpieć, bo to nie ona będzie tą osobą dzielącą się tym szczęściem. To jest wydaje mi się, że zrozumienie tego i nie oczekiwanie od siebie, i od tej drugiej strony tego, że my to zrobimy najlepiej na świecie, a ta druga strona to przyjmie najlepiej na świecie – będzie chyba najbardziej odpowiednim podejściem po prostu. Chcesz coś dodać jeszcze? A.: Tak, bo wyobrażałam sobie taką sytuację i teraz zwizualizowałam sobie w swojej głowie… natomiast ta sytuacja się wydarzyła. Ponieważ jedna (z naszych obserwatorek), bo być może poruszyłyśmy to w mailu bądź w innej formie naszych działań – teraz nie przypomnę sobie, czy – na rolkach na naszym Insta ten temat i tak mi utkwił w pamięci. Jedna osoba, jedna z Was napisała do nas, że informując o ciąży swoją bliską kobietę starającą się o dziecko powiedziała jej (później będziemy jeszcze rozmyślać na dalszym etapie, czy w ogóle niemówienie o tym jest dobre) powiedziała o tym, jednocześnie mówiąc: jeżeli masz ochotę, to płacz teraz razem ze mną, będę przy Tobie. Zrobiła miejsce na wszystko to, co może się kryć za tą informacją. Myślę, że takie zrobienie przestrzeni na emocje tej drugiej osoby i jakby zaakceptowanie tego, że jakby dzielimy te emocje na pół, że to nie będzie samo moje szczęście i nie oczekuje od Ciebie tego, że Ty będziesz skakać ze mną ze szczęścia tylko spotkania się na środku emocji każdej z nas. Może, nawet jeżeli nam na tej osobie bardzo zależy to zrobienie przestrzeni na jej emocje, że tę radość możemy przeżywać, może np. z mężem. Fajnie by było, gdybym mogła cieszyć się wszystkim z tą drugą osobą, ale może tak nie być. Myślę, że jakimś takim właśnie powiedzmy jednym z punktów, które warto przemyśleć przed taką rozmową, było by zrobienie miejsca na emocje tej drugiej osoby. Z.: Dwóch stron, prawda? Przestrzeń do wzajemnych uczuć A.: To by było super, gdyby można było zrobić, ale też żeby nie oczekiwać (za dużo), żeby wziąć sobie właśnie takie pół na pół. Dajmy jej… powiedzmy i poinformujmy daną osobę o tym, i dajmy jej moment na to, żeby właśnie (przestrzeń na towarzyszące emocje). Chociaż nie wiem (w pełni), jak czujesz się z tym, to wiem, że czujesz radość z tego, że może mi się udało i że możesz czuć szczęście, ale w Tobie mogą być emocje, które są okej. Fajnie, że się udało, ale wiem też, że czujesz ogromny smutek dlaczego “nie ja”. Jeżeli masz ochotę płakać, to może lepiej, że żyjemy razem, spotykamy się, czy nasza przyszłość jest taka, że chcemy być w tej przyszłości razem w naszych życiach i może lepiej będzie po prostu być przy sobie nawzajem, i zrobić miejsce na to wszystko, a jeżeli masz ochotę płakać ja wiem że to jest taki etap w twoim życiu więc płacz. I to nie znaczy, że nie jestem dla ciebie ważna ale rozumiem też, że ten płacz może pozwoli nam przejść dalej przez tę trudną sytuację, w której właśnie mówienie, i rozmawianie, i informowanie o ciąży (po prostu) jest. Z.: Fajne Aniusia, jak sobie słucham, to tak sobie myślę, że WOW (super), tak mogłaby się zachować doświadczona Staraczka, która dobrze wie, że to ona w tej loterii jest pierwsza. A.: Ale są dziewczyny, które starają się razem i które właśnie też piszą do nas. Czyli, skoro szukają czegoś, szukają jakiegoś sposobu, czyli One chcą tej osobie zapewnić jakiś komfort, tak? Z.: Nie no ja wiem, bo w ogóle myśl… A.: Myślą o tej osobie…. Z.: … Nagrania tego podcastu się z tego wzięła, ale bardziej mi chodzi o to, że to jest bardzo ambitne co Ty teraz mówisz, że to jest super, ale mam wrażenie, że to jest taka trochę sytuacja o której czytam gdzieś w książkach i ona się zdarza raz na 10 – rozumiesz? Fajne i dążmy do ideałów tylko one są bardzo trudne do spełnienia, bo jak Ciebie słucham, to to jest bardzo ok, i to jest bardzo w porządku, i kochane, że Ty myślisz to tym, żeby zostawić te 50% przestrzeni na to, żeby dać swobodę tej osobie drugiej, po drugiej stronie w ekspresji emocji, które w tym momencie będą w niej dominować, tak albo się przelatać, bo to może być bardzo różne. Ta radość może być przepleciona z rozczarowaniem, ze strachem bardzo dużo emocji może się w nas kotłować wtedy. Ale myślę sobie też, że no kurcze – no, żeby było sprawiedliwie, to fajnie by było też pozwolić się cieszyć tej drugiej osobie, która w tę ciąże zaszła, czy po staraniach – czy nie, ale ona też tak samo jak Ty masz prawo odczuwać swój smutek, tak samo ona ma najświętsze prawo się z tego cieszyć, rozumiesz, więc chyba najfajniej (co też jest turbotrudne, ale najfajniej) by było te emocje po prostu nazywać, rozumiesz. Bo sytuacja, w której przyklejasz do buzi uśmiech 5 i nic więcej nie daje mi tak naprawdę pełnego obrazu tego, co dzieje się w twoim sercu, a jeśli przyklejasz ten uśmiech numer 5 i mówisz mi o tym, że słuchaj uśmiecham się, ale tak naprawdę… no bo bardzo się cieszę z jednej strony, ale z drugiej jest mi bardzo trudno, bo spełnia Ci się właśnie jedno z moich największych marzeń, tak bardzo nie osiągalne dla mnie. To już jest zupełnie inny wymiar przyklejonego uśmiechu numer 5 też, też trudne wydaje mi się. A.: Trudne, bo też ludzie nie rozmawiają o emocjach. Z.: No sami ze sobą nie rozmawiamy. A.: Pary nie rozmawiają ze sobą o emocjach. Dokładnie, my sami przed sobą podczas starań ganimy się za swoje emocje. Z.: To prawda. A.: I stłumiamy to wszystko nie rozumiejąc tego, że tak, jak w jednym z podcastów ostatnich powiedziałaś Ty Zosin, że człowiek może czuć wiele emocji w jednym czasie. To było takie piękne, że jednocześnie możemy życzyć jak najlepiej tej lasce, która jest w ciąży – jednocześnie czując zazdrość smutek i ból w sercu. Dlaczego nie pozwolić sobie na to wszystko? Oczyszczająca moc szczerości Z.: No dlatego, że one się wykluczają i głowa jakby sama to podpowiada. Poza tym wiesz – jakieś z tych odczuć wychodzi jako main (główne) rozumiesz? Main uczucie na przód, ono jest tym wiodącym, prowadzącym, ale fajnie próbować to chociaż nazwać, bo w ogóle samo nazwanie tego przynosi ulgę. A.: Tak. Z.: Chociażby samo wyrzucenie tego z siebie na zasadzie: cieszę się, ale jednocześnie pęka mi serce i tyle. To już też jest stanięcie takie w prawdzie. Wydaje mi się, że to już bardzo punktuje, jeśli chodzi o przyszłość tej relacji między Wami dalej. A.: Chociaż jest niekomfortowe. Z.: No tak. No bo w ogóle chyba powinniśmy wyjść z założenia nagrywając ten podcast, że to będzie jedna z trudniejszych rozmów ever (kiedykolwiek) – wydaje mi się, że tu nie będzie recepty na to, jak to zrobić pluszowo. A.: To nie jest tak. To nie będzie tak, że wyjdziecie i super… Z.: Mówimy o czymś trudnym bardzo i w ogóle ja bym z góry chyba Was na to nastawiła, że po prostu przygotowując się do tej rozmowy załóżcie, że to będzie bardzo trudne – po prostu. Bo prawdopodobnie takie będzie i w ogóle możecie nawet tak zacząć: że wiem, że to będzie bardzo trudna rozmowa, ale bardzo bym chciała żebyś dowiedziała się tego ode mnie. I ja tak sobie myślę, bo mam dla was taką anegdotkę – chyba już ją w ogóle opowiadałam, ale nie wiem czy robiłam to na zasadzie takiego porównania. Bo mam takie dwie pary w swoim otoczeniu no i właśnie jedna jest trochę bliższa, a druga jest trochę dalsza i wydaje mi się, że to też mogło się wziąć trochę z moich oczekiwań, które czy miałam prawo sobie stawiać (?) to też zostawiam na razie bez odpowiedzi. W każdym razie wydawało mi się, że ta para z którą jesteśmy bliżej, z którą jesteśmy spokrewnieni i spędzamy paradoksalnie ze sobą więcej czasu na różnych imprezach, kiedy dobrze wiedzieli, że staramy się o dziecko i im się udało, nie powiedzieli nam o tym. Wiecie i była takie awkward situations (niezręczna sytuacja), kiedy byliśmy na tych samych imprezach rodzinnych, i na przykład inni członkowie rodziny im zaczynali gratulować, a my mieliśmy takie wtf?! (co jest:)). Wiecie, to było takie głupie, bo pamiętam była to komunia jednego z mojego rodzeństwa ciotecznego i było takie – no widzimy co się dzieje tak, ale no nie wiemy, no bo w sumie się od nich nie dowiedzieliśmy tego, czy podejść mimo, że stoimy daleko i widzimy, że tam się coś dzieje czy nie. Potem po czasie już miałam rozmowę z tą wtedy dziewczyną w ciąży i zapytałam się, dlaczego nie mogliśmy się tego od was dowiedzieć po prostu bezpośrednio. Czemu, jakby nie zasłużyliśmy na tę informację tak, jak inni i ona powiedziała wprost, że liczyliśmy, że nas po prostu z tego wyręczy, liczyliśmy na to, że życie was poinformuje. I prawdopodobnie (ja sobie to teraz tak dopowiadam, bo) było to dla nich trudne, po prostu. Bo rozumiem, że podejście do nas w momencie, w którym oni wiedzą, że się staramy i poinformowanie o tym swoim wielkim szczęściu… może ona się bała, że nam sprawi ból – nie wiem, bo to już dalej jakby nie szło. W ogóle ta relacja potoczyła się bardzo później oschle i przez jakiś czas było tak sucho między nami myślę, że właśnie głównie przez to, i chciałabym to zestawić w tych swoich opowieściach, i powrotach do przeszłości wspomnieniami. Z kolei z inną parą, która totalnie nie jest z nami spokrewniona spotykaliśmy się z nimi jakoś tak bardzo z łapanki. Oni też wiedzieli o tym, że staramy się o dziecko, bo w pewnym momencie to było bardzo wiadome everywhere (wszędzie). To byli znajomi Dudka i oni pamiętam, jak tacy dalecy dla mnie ludzie w sumie, potrafili dokładnie ubrać to w taki sposób: bardzo wiemy, że się staracie, ale też nie chcielibyśmy żebyście się dowiedzieli gdzieś z zewnątrz no i właśnie spodziewamy się synka – jestem w ciąży. I to było takie… ja też opowiadałam chyba na jakimś podcaście, że ja wtedy czułam się zaproszona do świata w ogóle tego dzieciątka, że to, że w ogóle mieli w sobie tę odwagę tę siłę, tę taką… no nie wiem nawet jak to nazwać – że mieli w sobie tyle empatii do nas, żeby nas właśnie zaprosić do tego świata w ten sposób otworzyło mi też drogę do tego, żeby po tym pierwszym takim szoku cieszyć się z nimi tym. Tak jakby wiecie, że to dzieciątko było mi paradoksalnie bliższe niż to dzieciątko z mojej rodziny, która po prostu… wiecie, no tak sobie jest, bo jest i może jego rodzice też by chcieli o czymś innym, żeby nas świat poinformował – tak na zasadzie wiecie, że zdałam sobie wtedy sprawę z tego, że albo to było dla nich za trudne takie naprawdę turbotrudne, albo po prostu my byliśmy na tyle mało istotni dla nich, żeby jednak nie spiąć tego pośladka i nie stanąć na chwilę w takiej niekomfortowej sytuacji, ale właśnie z myślą taką, że jesteś dla mnie na tyle ważna, że muszę teraz zagryźć zęby i po prostu zrobić to, bo wiem, że to zaprocentuje w przyszłości. I z takim przemyśleniem bym Was chciała zostawić, że wydaje mi się, że nawet jeśli w danym momencie to będzie bardzo trudne, bo będzie i nie spodziewajcie się, że będzie inaczej – to dajcie tym emocjom ostygnąć, niech one sobie osiądą na dnie, niech dojdą do głosu inne emocje i zobaczycie, że zawsze szczerość jest po prostu lepsza. Budowanie relacji czy budowanie muru – świadomy wybór A.: I teraz przechodzę do innego punktu – kolejnego, który chciałabym poruszyć. Mianowicie niemówienie o ciąży albo unikanie osoby, która stara się o dziecko, bo jestem w ciąży i doprowadzenie do momentu, w którym na przykład dzielimy się nowiną z tą osobą po czasie, kiedy na przykład jest widoczny brzuch. Ja tak myślę, ale też moje myślenie wynika z obserwacji już wielu lat tych różnych relacji Waszych, moich osobistych również, że nie jest to dobre rozwiązanie, żeby ukrywać ciąże i unikanie spotkań. Wiem, że niektóre dziewczyny robią to ze względu na to, że po prostu nie chcą się dzielić tym faktem do określonego momentu i myślę, że nie mogę tutaj też tak patrzeć zero jedynkowo na wszystko, że tak, zawsze warto się dzielić, gdyż właśnie stoją za tym różne historie czasami tragiczne doświadczenia związane z poprzednimi stratami ciąż. Natomiast jeżeli to wynika właśnie z tego, że wolimy nie mówić i jakoś samo się wyda, to nie jest do końca dobry kierunek moim zdaniem. Jeżeli spotykamy się gdzieś i udajemy, że wcale nie rośnie nam brzuch – takie sytuacje też mają miejsce i też coś takiego na pewno część Słuchaczek to dotyka i znajdzie się taka, która doświadczyła, że udajemy, że ta osoba nie jest w ciąży. Nazwijmy to tak, że ja jako osoba, która jestem (w ciąży) i nie informuję Cię, po prostu traktuje to jako powietrze. Wracając do tej szczerości właśnie, że jeżeli jesteśmy ze sobą blisko, jeżeli się spotykamy, jeżeli jest to siostra albo jest to żona brata, to lepiej jest jednak ze sobą rozmawiać, niż zamiatać wszystko pod dywan, bo to i tak trzeba będzie kiedyś wymieść spod tego dywanu, że tak powiem – no nieładne może porównanie. Natomiast wiem, że mogą przychodzić takie właśnie rozwiązania na informowanie o ciąży, że kiedyś, kiedyś powiem. Z.: Ale “kiedyś”, kiedy? Kiedy już będę miała ten brzuch tak ogromny, że nie będzie się go dało ukryć, czy kiedy już będę trzymała to dzieciątko w rękach i jak wyobrażasz to sobie wtedy? Bo to też jest totalnie jakaś patowa sytuacja, wiesz no wyobrażasz sobie pierwsze spotkanie po czasie unikania się przez 9 miesięcy na przykład spotykasz koleżankę z wózkiem i co mam udać teraz zdziwienie, gdzie tak naprawdę, prawdopodobnie o tym wiedziałam wcześniej czy co mam się dowiedzieć z fejsa, bo wstawisz post? To jest takie… no właśnie… A.: Czym jest ta relacja? Ja sobie myślę od razu, że jeśli nie widzimy się tyle czasu no to jaka ta relacja jest nasza, to też o tym świadczy. To trochę tak rzutuje na to wszystko i może Wam pokazuje, kto jest kim. Kim Wy jesteście dla tej osoby? Ja myślę, że ci tacy ludzie, którzy Was kochają tym którym zależy na Was, jednak dzielą się takimi informacjami z Wami i ja bym to potraktowała nie jako złośliwość, tylko to, że zaproszenie, podzielenie się częścią życia z Wami – jeżeli jesteście ważni dla tych ludzi. Tak sobie myślę oczywiście, pewnie to nie będzie tak dla wszystkich, bo myślę, że w ciąży informujemy nie tylko osoby, na których Wam zależy w sensie nie tylko osoby, którym zależy na Was. Z.: No tak. Ja myślę, że to jest też idealna okazja do tego, żeby wbić szpilę, skoro wiedziałam, że się starałaś teraz jestem tą pierwszą to też mogę o tym poinformować w taki sposób, że wiem, że zaboli Cię to bardziej niż mniej. Więc to też jest to, jest taki bardzo wrażliwy obszar – odsłonięty brzuch, w który łatwo zrobić krzywdę. A.: Tak, ale wierzymy w to, że tego podcastu szukają osoby, które chcą przeprowadzić ten moment jak najbardziej (komfortowo) dla dwóch stron. Z.: Tak i ja bym też chciała waszą optykę trochę przekuć na to. Ja teraz trochę gadam jak taka doświadczona koleżanka, bo już jestem za tym takim bardzo aktywnym okresem starań, kiedy nigdy nie wiedziałam, czy kiedykolwiek będę miała dziecko, to się przeciągało latami i dużo osób z moich znajomych, i z mojej rodziny zaczęło już mieć te swoje małe domy, w których biegały małe stópki, a u nas ich jeszcze nie było. Nie chce tak się mędrkować tutaj i wychodzić na taką wiecie Zosię samosię, która wie najlepiej, ale z drugiej strony chciałabym Wam powiedzieć, że teraz po latach tego wszystkiego, tak jak Wam powiedziałam też niektóre z moich relacji, które wydawały się mi istotne – one jednak życie je mocno zweryfikowało, i ta niepłodność, chociażby sposób informowania o ciążach bądź ich brak mocno zweryfikowało kilka z relacji, które kiedyś uważałam za istotne w moim życiu, więc to też pozostawiam do przemyślenia. Ale chciałabym przekuć Waszą optykę dzisiaj na to również, żebyście mieli taką świadomość, jeśli ten ktoś przychodzi do Was z taką informacją, to dla niego to też jest bardzo stresujący moment i że to nie przychodzi mu też tak just like that (tak po prostu/łatwo), że osoba, która ma Was poinformować, a bardzo jej na Was zależy, to będzie szukała odpowiedniej okazji, będzie szukała odpowiedniego momentu, odpowiednich słów, żeby zranić Was, jak najbardziej, jednocześnie licząc na to, że… A.: Jak najmniej… Z.: Jak najmniej, przepraszam. Tak, żeby zrobić to jak najbardziej delikatnie, to mam na myśli, że jednocześnie licząc na to, że tam po prostu powstanie jakiś taki… wiecie no, że nie wszystko jest czarno białe i powstanie jakaś taka skala szarości, której on dostanie też odrobinę empatii. To nie jest tak (kurcze nie wiem, jak to nazwać), bo wiesz wyobrażam sobie jedną stronę – psiapsi, która zachodzi w ciąże i dobrze wie, że jej ukochana psiapsi cholernie o tym marzy. Z jednej strony wie, że musi ją o tym poinformować, bo jest dla niej turboważną psiapsi, a z drugiej strony wie, że po prostu rozerwie jej to serce i też wyobrażam sobie, i od razu pierwsze o kim myślę to ta osoba, która się stara o dziecko, bo od razu wyobrażam sobie, że jestem to ja. Z drugiej strony widzę tę dziewczynę drugą, która jest w ciąży i bardzo stresuję się tym, żeby powiedzieć to swojej przyjaciółce, bo po prostu cholernie jej na niej zależy, i nie chce jej zrobić krzywdy, więc dla niej to też jest taki ciężki czas. Może to być bardzo trudna rozmowa dla obu stron. A.: No i trudna też przyszłościowo taka (myślę sobie) relacja, bo jakby nie wiem często ciężko jest uczestniczyć właśnie w tym życiu, kiedy rośnie brzuch, to wszystko w późniejszym czasie (ciąży), typu np. czy byłaś na badaniach? Gdy jedna osoba bardzo by chciała się dzielić tym ze swoją ukochaną osobą, a z drugiej strony ta druga osoba niekoniecznie może też chce słuchać takich rzeczy. Z.: Nie no jasne, ale to już jest temat na kolejny podcast. Bo to chyba trzeba kolejnej rozmowy wydaje mi się i określenia jakiś granic, bo wiesz dla niektórych może to być ciężkie inni mogą wręcz chcieć się czuć nie pomijani. Kojarzysz mnogość informacji, które mamy w wiadomościach z Instagrama – niektórzy się czują bardzo pominięci a bardzo by chcieli być zaproszeni do tego świata, a niektórzy wręcz się czują po prostu przeładowani informacjami o nowych śpioszkach, badaniach, wyborze szpitala, wyprawce itd. A.: Tak, tak. Na grupach jakichś takich (to się zdarza). Spectrum osobistych doświadczeń Z.: Takie dominujące tematy w życiu, no i pamiętajmy też o tym, że życie jest bardzo dynamiczne, i bardzo przewrotne, więc to w jakim jesteś teraz miejscu w swoim życiu nie znaczy, że za miesiąc, za pół roku, za rok możesz być w zupełnie innym miejscu w swoim życiu. Trzeba to mieć zawsze gdzieś tam z tyłu głowy nie? A.: Wiesz trudno jest też myśleć… ja sobie myślę tak o sobie podczas starań, że ciężko mi było znaleźć… ciężko mi było znaleźć wtedy Anię, która dysponowała takimi zasobami, która nie potrafiła nazywać swoich emocji, która nie potrafiła mówić o tym też, o swoich jakichś takich oczekiwaniach wobec samej siebie, a co dopiero świata. Trudno mi było wtedy zrobić też miejsce właśnie na ciąże innych ludzi z otoczenia, że inaczej też ja rozwiązuję teraz konflikty, problemy, trudne rozmowy. Jestem w stanie to inaczej troszeczkę przeprowadzić niż ta Ania, którą byłam kilkanaście lat temu. Z.: Tak, dlatego super, że jesteś pełna empatii dla kogoś, kto jest dzisiaj taką Anią, którą Ty byłaś sprzed lat, ale mówisz też tutaj dzisiaj w tym podcaście jako Ania ze swoim całym bagażem doświadczeń. Więc z Twojego doświadczenia i tego, że jesteś w tym miejscu w swoim życiu niech płynie też jakaś nauka, jeśli ona uderzy w grunt, który może wiesz przynieść plon to super. Niech zostanie w głowie jakaś myśl, no bo widzisz to, z czego się składamy, z czego jesteśmy ulepieni sprawia, że tak postrzegamy świat dzisiaj, a nie postrzegaliśmy go tak te 5 lat temu, ale skąd wiesz, co by było, gdybyś mogła wysłuchać takich dwóch lasek, które kiedyś były te kilka kroków przed Tobą, a i tak nie idą w tych samych butach… rozumiesz. Każdy ma inną drogę do przejścia i to, że nam się trochę wydaje że się rozumiemy, bo dotyczyła nas niepłodność, to ta skala – tak jak to mówię odcieni szarości była inna w moim życiu była inna w Twoim, i właściwie w życiu każdej staraczki jest trochę inna. Więc chyba zawsze trzeba zostawić sobie to spectrum na to, że u Ciebie może być inaczej, że Twoje serce jest inaczej pojemne, ma inny kształt, inaczej jesteś stworzona z innej gliny po prostu, a mimo wszystko z tej samej. Z tym bym chyba zakończyła ten podcast. Z taką wzajemną otwartością i pamiętaniem o tym, że to jest trudne dla obu stron, ale czasami poświęcenie trudu dzisiaj, może przynieść o wiele więcej korzyści w przyszłości. A.: Dziękujemy za wysłuchanie podcastu. Artykuł #099 – Jak powiedzieć o ciąży pochodzi z serwisu Akademia płodności.

  • Mar 26, 2025 · 1 hr 4 min

    #098 – Na co wydawałyśmy hajs podczas starań

    Zmiany w życiu nie zawsze łagodzą obyczaje, a te, które następują w Tej drodzę, nieustannie krążą wokół budżetu i zdecydowanie za często spędzają sen z powiek w okresie starań. Poczucie, że w walce z niepłodnością możecie zostać pokonani przez brakujące środki na koncie paraliżuje. Dokonywanie wyborów i podejmowanie właściwych decyzji nie jest łatwe, gdy piętrzą się obawy o przyszłość, brak doświadczenia, niewiedza, uczucie wypalenia i zrezygnowania oraz koszty, które zdają się być bezlitosne. Mimo, że wciąż tę drogę przemierzacie ze świadomością “uda się, tylko muszę spróbować jeszcze tego. Albo tamtego?”, to nie opuszcza Was wrażenie zagubienia. Czy tak musi być? Czy można ufać wszystkim drogowskazom w trakcie starań? Jak się odnaleźć w gąszczu propłodnościowych zaleceń i nowinek? Zapraszamy do wysłuchania podcastu. Plan odcinka Siła perswazji i triggerowanie naszych decyzji Czy każdy krok przybliża do celu? Cienka granica bezpieczeństwa na drodze starań W zdrowym ciele – zdrowy duch, jadasz zdrowo – jesteś zuch. KOSZTujemy zmiany żywieniowe WARTOŚĆ przyjemności – czy to się opłaca? Inwestycja w przyszłość czyli jak zaopiekować się swoim JA Transkrypcja podcastu AKADEMII PŁODNOŚCI Ania: Witamy w kolejnym podcaście? Nie, najpierw czołówka… Zosia: Najpierw to bym chciała rzec, że nie wiem kiedy finalnie zdecydujemy się opublikować ten podcast, bo trwa debata, bo mamy TAAAK nawalone w tym tygodniu, że bardzo bym chciała, żeby tak się działo w Akademii zawsze. Ale na pewno zdecydujemy się go opublikować wtedy, kiedy jeszcze trwa premiera najnowszej edycji DIET WIOSENNYCH, takich najfajniejszych… za często mówimy, że to są najfajniejsze, ale akurat te są naprawdę fajne… A.: Wiosenne i jesienne to są moje TOPY, ale to pod względem owoców. Z.: Ja jeszcze letnie bardzo lubię. Właśnie lato to jest takie owocowe. A:. Lato jest owocowe, a jesień jest taka dyniowa, to też lubię, a wiosenne to są takie… Z.: Chrupiące, nowalijkowe… A.: Tak, tak. Z.: Wreszcie się pojawia, takie CHCĘ SIĘ – więcej słońca. Szparagi…,mmm, fajne rzeczy tam są. A.: A ta edycja wiosenna jest bardzo dobra. Te szparagi są. Z.: No i co jeszcze jest oprócz tego, że szparagi są… A.: Pyszności. Z.: Nawijamy o tym dlatego, że nie chcemy byście się ewentualnie nie spóźnili na promkę. Więc tutaj na wstępie tylko musicie usłyszeć o tym, że aktualnie trwa na te diety promocja, która kończy się w czwartek, więc jeśli słuchacie tego podcastu jeszcze przed czwartkiem, to macie okazję kupić nasze diety taniej 10%. A.: Podczas premiery. Z.: A później wbiją już w swoją cenę standardową, więc to tak tytułem wstępu na początku pamiętajcie o tym, że nowa edycja diet wiosennych wjechała do sklepu. A.: Juuuhuuuu. Z.: Teraz jak najbardziej możemy nagrać Kochana wstępik. Cześć, tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności, miejsce w którym towarzyszymy Wam podczas starań. Siła perswazji i triggerowanie naszych decyzji Z.: Tyrytaty ta, ta, tyritataty, tiritatat da ta, taram, tyritataty, tiritatat da ta, taram… A.: No i ładnie. Będzie muzyczka. Z.: Nie trzeba, ja już zaśpiewałam. A.: Bardzo dziękujemy Zofio za tutaj wokal…wykon. Odkręcam się na fotelu do Ciebie. Z.: Czy opowiesz mi dzisiaj Mordzio, na co wydawałaś swój hajs cenny podczas starań? Jestem bardzo ciekawa na co szły środki z Twojego portfela. Z Waszego portfela w sumie. Małżeńskiego. A.: Tak, dzisiaj będzie właśnie taki temat. Pogadamy sobie o tym co, gdzie i jak? I chyba jeszcze takim tytułem wstępu powiedziałabym, że ten budżet, który też u osób z którymi się spotykałyśmy – on się bardzo różnił i niekiedy, niektóre z Was na niepłodność wydawały ogromne kwoty, wręcz takie, że ciężko jest uwierzyć, że leczenie niepłodności może tak być kosztowne. Jeżeli chodzi o mnie, to takim pierwszym punktem na które szły nasze pieniądze to były BADANIA I WIZYTY. Właściwie to chyba najpierw zaczęłabym od badań, bo badania takie, które robiłam na zlecenie lekarza, ale też badania takie, które wydawało mi się, bo gdzieś – coś wyczytałam, że sama sobie te badania muszę zrobić. Więc takie balansowanie… kurczę dużo tych badań było i to co jakiś czas nawet powtarzałam te badania. Wyczytałam gdzieś więc takie po omacku szukanie, co może być przyczyną niepowodzeń, albo co jeszcze może być przyczyną niepowodzeń, czy coś zostało przeoczone. Bez konsultacji z lekarzem, więc na to poszło dość sporo. BADANIA. Z.: Kurde ja też to robiłam, i mam nawet tak, że… w ogóle bardzo mnie – jest teraz takie modne słowo TRIGGEROWAĆ KOGOŚ, bardzo mnie triggerowały takie posty na grupach na fejsie, gdzie laski wypisywały listę badań, którą one mają zrobioną, albo które trzeba zrobić. Ja wiedziałam, że np. z tych badań, mimo, że nasze starania trwają tam powiedzmy trzeci rok, no to ja mam zrobione powiedzmy 40%, albo 50%, a o niektórych badaniach w ogóle nawet nie słyszałam i musiałam googlować co to jest. I miałam takie poczucie, że na pewno w tych badaniach, które jeszcze nie są wykonane leży nasza przyczyna i po prostu my jeszcze o tym nie wiemy. I lekarze do których chodzimy, a też ich była mnogość cała, na co z kolei ja również wydawałam kasę – to oni po prostu jeszcze o tym nie wiedzą, albo uważają, że to nie ten etap. Więc ja też byłam w tej grupie, która robiła badania, bo gdzieś wyczytała, że to może być mieć wpływ. Nie chcę mówić co, ale tym sposobem udało mi się samej zdiagnozować – jedną z moich jednostek (chorobowych), na którą, żaden z moich ówczesnych lekarzy nie wpadł na to, żeby to zbadać. I dopiero z gotowym wynikiem poszłam do lekarza i było “O, kurcze. To My tu musimy się leczyć”. Więc to też trochę nakręca potem, bo widzisz, że jednak w Twoich rękach jest w pewien sposób sprawczość. Bo nikt Ci nie zlecił (tych badań), Ty gdzieś wyczytałaś w necie, zrobiłaś i się okazało, że to masz. Ja tak miałam i to już w ogóle wpadłam w taką korbę na zasadzie “kurde, to ja jestem właściwie tylko odpowiedzialna za swoje zdrowie, bo mogę poświęcić ten czas, mogę poczytać w necie i się dowiedzieć, że trzeba jeszcze zrobić to, siamto, owamto, i może znowu coś mi wyjdzie, tak jak tamto mi wyszło przed chwilą. Jednak się okazało, że trzeba to leczyć – to było takie turbo niebezpieczne z jednej strony, a z drugiej… A.: Bo ta studnia może nie mieć dna. Z.: Ona nie ma dna… A.: Studnia badań może nie mieć dna i ta studnia była bardzo kusząca, żeby ją po prostu przemierzyć – dla mnie przynajmniej. Więc życzymy Wam, żebyście trafiły na takich specjalistów, którzy Was pokierują w ten najbardziej odpowiedni dla Was sposób i dla Waszego przypadku. I też ja sobie myślę tak, że mi brakowało cierpliwości, że ja już chciałam tak działać, szukać tej przyczyny tu, teraz. Najlepiej wydać wszystkie pieniądze na badania, które mogę zrobić dziś, za dwa dni będę miała wyniki. Nie potrafiłam się pohamować w tym wszystkim. Z.: No i wierzyć, że tam coś wyjdzie, no bo Ty robiąc intencjonalnie badania, wierzyłaś, że któreś z nich pokaże, co blokuje Cię i dlaczego nie możesz być w ciąży, prawda? Nie zakładałaś, że te badania wyjdą git i właściwie fajnie było wydać tyle i tyle klocków, no to żeby się przebadać i wiedzieć, że jestem zdrowa. Przynajmniej ja tak miałam, tylko właściwie liczyłam na to, że “kurde to tu!”, tak samo jak kupowałam te suple wszystkie… zaraz do tego dojdę, to ja zawsze miałam takie wrażenie czytając o czymś, co oczywiście zachwalało na stronie producenta, czy na jakimś forum, czy gdzieś – czy wiesz, nie piłam jakichś ziół, “kurde, to TO!”, nie brałam jakiegoś suplementu, który sprawiał, że wracała owulacja, “to na pewno TO!”, nie robiłam tego przez tyle miesięcy, “zobaczysz ja będę Tą kolejną napisze na tym forum, że mi pomogło TO”. A.: Do suplementów jeszcze później wrócimy, ale teraz tak sobie myślę jeszcze, że – czy żałujesz wydanych pieniędzy na starania, też to powinno paść w podsumowaniu (tak myślę), ale może na początku zaczniemy od tego, czy miałaś takie myśli, że o tym wszystkim o czym będziemy gadać, że “kurde no, z perspektywy czasu przewaliłaś sporo pieniędzy na drogę starań”. Z.: Nie mam takiego poczucia, że żałuję. Na pewno nie mam w sobie takiej myśli, że źle zrobiłam, ale na pewno mam takie poczucie, że dzisiaj zrobiłabym to inaczej. Z dzisiejszą wiedzą i z dzisiejszym doświadczeniem nie wydawałabym pieniędzy na te rzeczy, na które wydawałam wtedy, ale nie mogę oceniać siebie, czyli Zosi sprzed X lat z perspektywy Zosi dzisiejszej. Więc nie mam do tamtej Zosi żalu, ja wiem jaka Ona była zdeterminowana, zdyscyplinowana i teraz wiem, że dało się to zrobić mądrzej, ale Ona tego jeszcze wtedy nie wiedziała. Ona po prostu chciała best (najlepiej). A.: Bo ja mam bardzo podobne przemyślenia, że ja nie żałuję tych wydanych pieniędzy. Czy one były wydane słusznie, bądź nie, to nie wiem… jakby to wszystko – słusznie, bądź niesłusznie doprowadziło mnie do miejsca o którym marzyłam, żeby było. Więc sama nie wiem, czy właśnie tak, jak Ty Zosiu mogłam zrobić coś lepiej, bo wiem, że mogłam pokierować te środki finansowe na coś, co szybciejby przełożyło się na naszą wygraną. Natomiast finalnie – nie żałuję. Z.: Ale wydałabyś tę kasę dzisiaj inaczej? A.:Tak, tak. Na pewno, jak dojdziemy do suplementów. Działki suplementów. Z.: No właśnie chciałam powiedzieć, że może Ty nie wydawałaś tego hajsu tak durnie jak ja Stara. A.: Nie no, wydałabym raczej na taką celowaną terapię, która wiem (teraz wiem), chociażby wspominane przez nas kwasy omega-3, które mówimy, że są must have (obowiązkowe), i must have, a ja nie brałam kwasów omega-3, one mogły być w tych takich preparatach… Z.: Multi… A.: Multi tak, ale czy one były? Wiesz, jakiś taki dodatek do tego wszystkiego, nie zwracałam na to uwagi, natomiast teraz, to jest taka podstawa. Z.: Ja brałam, ale takie raczej mocno basic (podstawowe). Nie zwracałam uwagi na ich jakość, nie żąglowałam źródłem. A teraz też bym to zrobiła mądrzej. O Boże jaka ja teraz w ogóle jaka ja teraz jestem bardzo mądra, jakbym zrobiła dużo rzeczy lepiej. A.: No dobra teraz mamy jeszcze SPECJALIŚCI. Z.: Mam taki podpunkt na swojej karteczce, bo to każda siedzi ze swoją kartką – musicie wiedzieć, każda sobie wypisała rzeczy na które wydawała kasę. U nas na to szło bardzo dużo pieniędzy… bardzo. A.: I mówimy tu o lekarzach, czy o specjalistach z innych dziedzin? Z.: Podczas moich starań ja głównie wydawałam pieniądze na lekarzy. To byli lekarze różnej specjalizacji, dlatego, że tych schorzeń i u mnie, i mojego męża nakładało się dużo, ale to głównie byli lekarze u nas w naszym przypadku. Różne kliniki, różne miasta w Polsce, różne podejścia – ja to chciałam konsultować, to co zaproponował jeden, chciałam przegadać z drugim. Zwłaszcza jak wchodziły w grę tematy jakieś takie mocno inwazyjne typu operacja, to chciałam wiedzieć, czy ktoś może ma na to jakiś inny pomysł. A.: Co nie jest wcale takie niemądre. Z.: Ja teraz bym to zrobiła… w ogóle ja zachęcam do tego, jeśli macie możliwość się z kimś skonsultować to róbcie to zawsze, bo my jesteśmy tylko ludźmi. Lekarze również. Pomysłów na terapię, wiedzę, doświadczenie, każdy z nas ma inny koszyk. Ktoś mógł się spotkać z takim wachlarzem chorób u większej ilości pacjentek, ktoś może się specjalizować w czymś innym. Więc akurat jeśli chodzi o konsultowanie, to ja jestem bardzo za. Bardzo. Jeśli macie taką możliwość nie polegać na opinii tylko jednej osoby, to zawsze warto. A.: Ja również mam punkt na swojej karteczce – LEKARZE, SPECJALIŚCI, to wiązało się też z tymi badaniami, które wykonywałam później w klinikach i też zabiegami, które miały też tam miejsce. Natomiast, tak jak mówię – ja nie żałuję. Cieszę się wręcz. Jak doszliśmy do takiego etapu, gdzie wpadliśmy w taki wir diagnostyki kierowanej przez lekarza, to ja po prostu poczułam, bo zaufałam temu lekarzowi, to też jest taki moment – fajnie, że coś się dzieje. Czułam taką ulgę, że tyle myślałam o tym, żeby sprawdzić czy mam drożne jajowody, bo “może to jest właśnie to, dlatego się nie udaje” i ten wir diagnostyki dawał mi takie poczucie sprawczości. To to był właśnie dość spory wydatek. Sporym wydatkiem było też samo leczenie gonadotropinami pamiętam. Z.: Jezzzu, ja też pamiętam, że jeździłam po aptekach, bo ceny bardzo się różniły. Sprawdzałaś to? A.: Nie, ja kupowałam przy “Zakładowej”, gdzie byliśmy prowadzeni. Od razu tam robiliśmy zakupy. Z.: A ja pamiętam właśnie, że jak wchodziła w grę stymulacja i wjechały gonadotropiny, to pamiętam karteczkę z adresem apteki, którą zapisała mi nasza pani doktor i powiedziała “z tego co wiem to tam jest najtaniej”, możecie sprawdzić i poszukać, i zerknijcie. I sprawdziliśmy, i rzeczywiście w najbliższej, i tam na tej ulicy konkretnej, którą mam teraz w głowie (ale nie będę mówić) w Lublinie, i rzeczywiście tam było najtaniej. Ale to były duże, bardzo duże pieniądze. To było najtaniej ale wciąż grubo. A.: Jak ja sobie tak przypominam – sama terapia gonadotropinami, plus inseminacje, w tym cyklu, plus wizyta u lekarza, która była monitoringiem, plus jeszcze moje te dodatkowe wszystkie rzeczy: podróże, dojazdy, i też ten czas, który – no nie pracowałam, bo jechałam do kliniki, więc to był dodatkowy dzień bez pracy – to generowało naprawdę spore koszty. Już nie pamiętam dokładnie kwoty, no i też to było jakiś czas temu, więc nie wiem, czy ta kwota byłaby adekwatna do obecnych cen. Ale to było tak, że musieliśmy zaplanować budżet. Mój mąż w jednym z podcastów wspominał, że dla niego wsparciem podczas starań było to, że On zakasał rękawy i po prostu robił na dwa etaty, jak nie więcej – cały czas był w pracy i On wiedział, że musi zarobić kasę i gdzieś też uciekał w tę pracę. Dla niego tym wsparciem właśnie mnie, o czym ja nie wiedziałam też – i o tym w podcaście tym małżeńskim wydaje mi się, że rozmawialiśmy. On po prostu robił wszystko aby zorganizować pieniądze na leczenie, aby mieć po prostu te pieniądze. Więc człowiek tak naprawdę, jak sobie myślę ile On wtedy pracy poświęcał na to, to ja w ogóle nawet tego nie widziałam i nawet tego nie doceniałam, że On od rana do wieczora pracował. Dosłownie. Był więcej, więcej, więcej, więcej. Ja również pracowałam. Natomiast moje zarobki nie były (wystarczające). Nie miałam możliwości (by były wystarczające) – również Wam powiemy, co robiłam jeszcze w międzyczasie – nie były one na tyle duże, żeby sfinansować leczenie, gdyby to zależało tylko ode mnie. Te nasze połączone siły miały szansę, ale mój mąż tutaj naprawdę cisnął po prostu opór, także że, jak wyobrażacie sobie, że można pracować i tylko spać, to on po prostu żył w takiej korbie. Z.: Teraz ja mam powiedzieć, bo zapadła taka cisza i w sumie nie wiem, czy chcesz coś jeszcze dodać? Ja się bardzo cieszę, że powiedziałaś to, bo wiesz co sobie wyobrażam, że taki dzień kiedy wyjeżdżasz do lekarza, to koszty w trakcie tego dnia nie są związane tylko z tym, że płacisz za wizytę, tylko to jest właśnie związane z tym, że jakoś musisz tam dojechać, czy jedziesz pociągiem, czy jedziesz samochodem, każda ta podróż kosztuje. Nie ma Cię wtedy w pracy, więc albo robisz to po godzinach albo zarywasz dzień w pracy i nie zarabiasz wtedy, bo musisz wziąć wolne, szef się krzywo patrzy, ja mam za sobą starania w trakcie kiedy pracowałam w korpo i mam starania kiedy pracowałam sama dla siebie. I każda z tych opcji wiąże się z tym, że w tym dniu nie zarabiasz pieniędzy. To jak jesteś u siebie sama, to przynajmniej Twój czas zależy od Ciebie i wydaje Ci Się, że masz takie poczucie, że “dobra nadrobię w nocy, więc mogę jechać teraz na tę wizytę na 11.00”, ale kiedy wypada Ci akurat monitoring akurat w tym dniu o 11.00, a pracujesz u kogoś i jeszcze nawet nie wiesz, czy będziesz musiała błagać na kolanach o to wolne, czy tracisz ten dzień urlopu, czy bierzesz L4, i jest jeszcze taka logistyczna układanka, która wiąże się oprócz z ogromnym kosztem emocjonalnym, to jeszcze z tym, że to są dodatkowe koszty. Takie normalne finansowe, mierzalne. Więc cieszę się, że to padło, bo dużo generuje. A.: Logistycznie te wszystkie wizyty to jest też duża i trudna przeprawa, bo niektórzy z nas nie chcą się tłumaczyć, że jadą na wizytę, “dlaczego tak wyjeżdżasz?” – później pojawiają się pytania, “a gdzie Ty tak jeździsz?”. Z.: Bo właśnie to nie jest jedna wizyta, to nie jest wyjazd na wyleczenie zęba i zamykasz temat, tylko takie monitoringi np. ja miałam co drugi dzień, więc wyjeżdżanie do lekarza co drugi dzień – musisz w to w pewien sposób wtajemniczyć, a jeśli nie chcesz, to musisz się mocno gimnastykować, a różne mamy sytuacje w pracy, też pamiętajmy o tym. Nie każdy ma tak open (otwartą) atmosferę i w ogóle chce o tym gadać, żeby otwarcie ten problem nakreślać, a czasami nawet nie możesz sobie na to pozwolić, ze względu na różne sytuacje. Więc gimnastyka totalna. U nas też było to ogromnym kosztem. Specjaliści wszyscy. A.: Pamiętam nawet taką sytuację, kiedy mój mąż (te wizyty były tak częste), woził mnie do Warszawy, w sensie jeździliśmy we dwoje tam i w pewnym momencie nie było możliwości, bo on zarywał właśnie dzień w pracy, który musiał odrobić, i zawsze jeździliśmy tam na spinie ogromnej, no bo to było w trakcie jego pracy. Jego pracodawca wiedział, że Michał jedzie z Anią do lekarza i to było jasne, nikt nie ingerował po co, natomiast nie było możliwości, że ktoś za niego zrobił tę pracę. To było zawsze na spinie. Mieliśmy jedną knajpkę, gdzie później po leczeniu zajeżdżaliśmy – mogliśmy zjeść i nie było więcej czasu na spokojny przyjazd, tylko ja zostawałam w domu już, albo szłam do pracy, a Michał wracał do swoich obowiązków i siedział tam do nocy. Chcę opowiedzieć też taką sytuację, że w końcu doszliśmy do tego, że ja jeździłam pociągiem na badania i to też było dla mnie bardzo stresujące. Bo pamiętam jak pierwszy raz wyszłam i nie znałam Warszawy, nie umiałam się w ogóle poruszać po Warszawie i było to dla mnie bardzo trudne. Taki wyjazd, choć studiowałam w Lublinie i nie było problemu z poruszaniem się tam. Natomiast tu to mnie tak przytłoczyło wszystko, ta zmiana, że ja będę musiała jeździć teraz pociągiem, gdzie to wszystko jest dla mnie nowe, że pamiętam jak wyszłam na Śródmieściu (wydaje mi się) wyszłam na powierzchnię i ja się tam popłakałam, ale z tego wszystkiego myślę, z tego, że to życie tak wygląda, że zostałam sama… znaczy, że musiałam sama jeździć, bo już były takie sytuacje – mój mąż nie zawsze mógł być ze mną i jeszcze w mieście w którym nie mam pojęcia, a to jeszcze były czasy – nie tak, że sobie wbijam teraz “jak dojadę.pl”, czy jakieś takie inne rzeczy i zamawiam Bolta, i wszystko jest takie, że “aplikacja i no problem (nie ma problemu). Pójść na przystanek, zapytać ludzi to po prostu było przerażające dla mnie. Dojechać tam, wiem jaki jest adres, wiem jaki autobus… czy tam nie autobus tylko… tramwaj. Z.: Trolejbus. Trolejbusy tylko w Lublinie. A.: Trolejbusy tylko w Lublinie. Tak tramwaj. Niby ogarnięty człowiek a poczułam się wtedy… takie mam – widzę ten obraz, widzę jestem taka mała w tym wszystkim. Z.: I to jest Ania, która biegnie po to dziecko… A.: Tak! Z.: W tę dżunglę właśnie, w sensie – pójdę po Ciebie chociaż to jest tak bardzo trudne. A.: Tak, bo to było bardzo trudne dla mnie. To było dla mnie wręcz… nie rozumiem dlaczego, ale to było dla mnie wtedy przerażające, że zadzwoniłam do mojego męża i powiedziałam: jak mogłeś mi to zrobić, że ja będę teraz sama jeździła do tej kliniki. Z.: Do tej miejskiej dżungli, której nie znam. A.: Tak, do tej miejskiej dżungli. Wtedy wszystko tam wyszło, nie tylko ta podróż i to przerażenie, ale cała ta sytuacja gdzieś z człowieka uleciała na chwilę. Czy każdy krok przybliża do celu? Cienka granica bezpieczeństwa na drodze starań Dobrze dalej mamy RZECZY NA KTÓRE WYDAWAŁYŚMY PIENIĄDZE to SUPLEMENTY i wrócimy do tego. Z.: O Boże, tu się otwiera puszka pandory… A.: Yhhyy… Z.: U mnie przynajmniej. A.: U mnie też. Z.: Bliźniaki z manioku? A.: Dobrze, dobrze, taki był epizod w moim życiu. Tak, suplementy to była gałąź – odnoga mojego budżetu. Z.: U mnie to była gruba gałąź. A.: No ładowałam ten hajs, nie szkoda mi było na suple. Nie była to celowana i mądra suplementacja i raczej taka na oko – bo coś. Tych suplementów było. Pamiętam, że denerwowałam się na mojego męża, że On tych suplementów nie brał. Rodziło to jakieś takie niesnaski i kłótnie u nas, które później urastały do ogromnych kłótni, bo skoro On nie bierze tych suplementów, to znaczy, że mu w ogóle nie zależy. No suple były – po prostu były, bo coś gdzieś przeczytałam, chociaż może nie aż tak, jak Zosia – bo myślę, że tutaj jest mistrz – nazwijmy to tak – stosowania różnych rzeczy. Ale jest to zrozumiałe totalnie dla mnie. No to więc, powiedz Zosiu. Z.: Ja już? Ty skończyłaś gadać o swoich suplementach? Myślałam, że naprawdę się otworzy puszka pandory. A.: Nieee, ja aż tak nie. Miałam suplementy. Byłam w tym klimacie, że kupowałam różne rzeczy, natomiast ja pamiętam Ciebie podczas starań i jak wyglądała Twoja tutaj półeczka… Z.: Szafeczka… A.: Szafeczka suplementów i nie doszłam do takiego momentu. Brałam te rzeczy… Z.: “Nie doszłam do takiego momentu” i nie przystopowałam Cię, ale Ty byś mnie nie wtedy nie przystopowała. Ja byłam pewna, że robię dobrze. A.: Zosin Tobie nie dało nic w ogóle wytłumaczyć. Nawet nie próbowałam, bo ja wiedziałam gdzie Ty jesteś swoją głową. Póki widziałam, że sobie nie robisz krzywdy, to przymykałam na to oko. Z.: Granica była close in my opinion (bliska w mojej opinii), ale może… A.: I co byś powiedziała…? Z.: Patrzę teraz z perspektywy (obecnej). Wtedy nic pewnie, ale teraz może bym sobie pomyślała, że “patrz ale Ania wtedy mądrze Ci gadała, że Ci mówiła – ogarnij się”. A.: No to wtedy może bym Ci gadała ale powiedziałabyś… odwóciłabyś się… nie wiem. Z.: Nie wiemy, nie wiemy, bo to są jakieś spekulacje Kochana, ale prawda jest taka, że ja nie lubię jak ktoś mi mówi jak mam żyć, więc bardzo możliwe, że mogłabym Ci wystawić środkowy palec np. i pokazać język albo figę z makiem czy coś. Wydawałam hajs na suplementy gruby, mając nadzieję – to kolejny raz. Bo wiecie… U mnie kupowanie suplementów, było związane z ogromnym emocjonalnym nakładem i taką pewnością, takim przekonaniem graniczącym z pewnością, że tu jest właśnie ten pies pogrzebany. Ok, może ja po prostu wszystkie rzeczy, które mam w swoim organizmie to, to da się poukładać np….(no i teraz bardzo nie chcę używać określenia, co ja tam brałam), bo wiecie, jak u mnie była otwierana taka szafeczka w kuchni, gdzie były takie trzy grube półki, to dwie z nich to były kosze, które były pełne supli. Tak durnych supli. Chętnie w ogóle teraz bym sobie zajrzała do tej szafeczki, chociaż w sumie nie wiem czy byłabym gotowa się z tym zmierzyć ale tam było wszystko i też wydaje mi się, że ta mieszanka była dość wybuchowa, bo mieszanie ze sobą tylu substancji ziołowo-wszelakich… A.: To też nie jest tak do końca bezpieczne momentami. Z.: To było bardzo niemądre. Tak dokładnie. Mieszanie ze sobą kilku nurtów leczniczych (nie wiem jak to powiedzieć, bo przecież) tam było trochę jakichś takich rzeczy z medycyny chińskiej, bo przecież przeczytałam jakieś takie rzeczy, które teraz po prostu mi skóra cierpnie, jak sobie myślę (o tym). Ale przecież wtedy tamta Zosia wyczytała gdzieś w necie, że to jest właśnie TO. To właśnie to coś sproszkowane mi pomoże i łykałam ten shit (badziewie) będąc pewną, że widzisz – miesiąc temu tego nie robiłam i pewnie dlatego miesiąc temu nie wyszło, ale teraz już to wiem, i teraz już biorę, będę to łykać. Suple (pamiętam) mojego męża kosztowały gruby hajs, bo On całe szczęście nie brał ich tak dużo, to jednak był rozsądny człowiek i brał tylko te przepisane przez lekarza, nie bardzo chciał – nie był podatny na moje takie (mądre to było) jakieś nowinki, on brał tylko te rozpisane przez lekarza, ale to i tak było naprawdę grubo – kilkaset złotych tak po prostu na same suple. Więc suple to gruba odnoga. A.: Mądra suplementacja ma sens prawda? To trzeba powiedzieć, że są takie rzeczy które warto brać i są takie rzeczy, które są też dostosowane do danego przypadku, które warto brać. Natomiast rozumiem totalnie, że można się czuć w tym gąszczu zagubionym bardzo. Bo ja sama byłam też zagubiona i ja rozumiem to też. Z.: Ja w pewnym momencie brałam tylko tyle, że miała takie kasetki, które są na leki z podziałem rano, w południe, po południu, wieczór. Miałam takie kasetki dwie i jak wysypywałam sobie suple plus leki z tych kasetek to i ich było tak – prawie, jak przekąska. A.: No tak, ale powiedz jeszcze gdzie Zosia w tym wszystkim – Zosia która już była dietetykiem, która wiedziała, co to są badania naukowe i też, co jest pro, a co może jest mniej pro. Potrafiłaś oddzielić? Bo swoim pacjentom nie zaleciłabyś kasetek. Z:. Ale wiesz co, no z jednej strony tak, ale te kasetki – Stara – to były początki starań. A:. Ok. Z:. To były naprawdę początki starań, no bo potem tych supli nie brałam tyle. Więc wydaje mi się, że to jeszcze była ta Zosia, która nie wiedziała tylu rzeczy. Później to była wręcz Zosia, która walczyła z całym przemysłem suplementów, który jest właściwie bardzo mało kontrolowany i jak zgłębiłam swoją wiedzę (całe szczęście), pokończyłam te kolejne studia, i zobaczyłam jak to wygląda i pobadałam te suplementy w ogóle na zajęciach i widziałam, jak bardzo różni się zawartość substancji czynnych deklarowanych na opakowaniu, a to co znajdujemy tam w środku i czasami, że to są śladowe ilości, a czasami, że wręcz wybijają w kosmos. Jakie tam są inne rzeczy w domieszkach to mi się oczka otworzyły, że to suplement, a lek to bardzo daleko, żeby postawić znak równości. A.: Fajnie, że to powiedziałaś… Z.: Też tu bym nie była dla siebie taka za bardzo surowa, bo ja w momencie kiedy ładowałam te suple, to ładowałam jeszcze jako taki żółtodziób wiedzowy, wierząc w to, że to co oni mi tam obiecują to jest prawda. Nikt przecież nie będzie oszukiwał? To był czas jeszcze kiedy pani Bożenka z zieleniaka mogła przebrać się za lekarza i wystąpić w reklamie i mówić, że “jestem pediatrą z długoletnim doświadczeniem”. A.: A kiedyś to były czasy takie właśnie Zosin. Z.: Teraz nie ma czasów, ale dla suplementów to dobrze, że nie ma czasów. A.: Dobra… Z.: Ale to prawda, muszę też się podpisać pod tym, co powiedziała Ania: są dobre suple, naprawdę są dobre suple, takie które naprawdę są wręcz niezbędne w niektórych przypadkach i to nie jest tak, że ja tutaj wyjmuję szabelkę, i walczę przeciwko wszystkiemu, co się nazywa suplementem, sama te suple biorę teraz. Tylko, że teraz robię to z głową i robię to mądrze, więc nie chcę teraz też tak nie wybrzmieć, że w ogóle wszystkie suple to na stos, i do spalnia. Absolutnie nie. Niektóre są naprawdę świetne jakościowo i bardzo poprawiają parametry wszelakie: i u kobiet i u mężczyzn; co jest bardzo istotne podczas starań tylko trzeba to robić z głową, a ja wtedy tego nie robiłam nawet jednym procentem głowy. Mam wrażenie, że tam tylko serducho wjeżdżało i moja nadzieja, że to jest właśnie solution (rozwiązanie) dla mnie w tym cyklu. A.: Kolejną rzeczą na które ja wydawałam grube siano, to było… i nawet Wam powiem, że pod jedną z naszych rolek ostatnio, pojawił się taki komentarz: “niech ktoś przebije kupowanie testów ciążowych, albo owulacyjnych w wielopakach” i ja miałam nawet odpisać na ten komentarz, że “przebijam”, bo to ja jestem. Kupowałam w wielopakach testy owulacyjne i testy ciążowe, a później jak mi się kończyły, obiecywałam sobie, że już nie będę robić obsesyjnie testów ciążowych i testów owulacyjnych, to kupowałam i takie w aptece. Więc na to szło bardzo dużo i na aukcjach Allegro – w paczkach wielkich przychodziły. Z.: A to np. akurat w ogóle nie jestem ja. Na to w ogóle nie szedł mój hajs. A.: Testy ciążowe? Z.: W ogóle… A.: W wielopakach? Z.: W ogóle… A.: Owulacyjne? Z.: W sensie kupiłam je raz. A.: Te takie paseczki? Z.: Tak, te takie paseczki i tam było z 50 może. A.: Taniej było, a to ja to sobie wiesz – stówami jechałam. Te testy. Z.: Ja pierdziele Stara, to w ogóle nie jestem ja. Ja się bałam robić testy ciążowe i czułam się głupio wtedy jak je robiłam. Więc nie. Oczywiście kupiłam ten pięćdziesięcio pak ale ja to w ogóle nie wiem ile tam zużyłam z tego. A.: A owulacyjne testy? Z.: Nie robiłam owulacyjnych. A.: Nie chciałaś wiedzieć, że masz owulację? Z.: Chciałam wiedzieć, ale wiedziałam, że mogę mieć to zaburzone i nie chciałam sobie rozwalać głowy jeszcze bardziej. A:. No ja sobie rozwalałam, bo w związku z tym, że te testy przepłacało się ze względu na wysoki poziom LH utrzymujący się cały czas, to wychodziły mi – cały czas się barwiły- natomiast bardziej bądź mniej w momencie owulacji, ale ja byłam freakiem (dziwakiem) też robienia pasków tych owulacyjnych bardzo, po kilka dziennie robiłam. Ciążowe tak samo, więc bardzo dużo pieniędzy wydawałam na to. Z:. You crazy (jesteś szalona). Ja tego nie robiłam w ogóle. Ale to zaraz dojdziemy do miejsca gdzie szedł mój hajs a Twój nie, więc co ja tutaj mam jeszcze… O! To będzie dobre. Uwaga: wydawałam hajs… nie oceniajmy tego… A:. Yhhhhy Z:. Ja teraz też postaram się siebie nie ocenić… na GADŻETY. Jeszcze żeby to były właśnie gadżety erotyczne, które np. poprawiłyby jakość mojego życia seksualnego. Nie Kochani. To były gadżety typu gadżet, który zbada Twoją ślinę albo np. śluz i jeśli wyjdą tam takie znaczki jakieś np. liście paproci to znaczy, że właśnie w tym dniu masz śluz płodny – jeśli Twoja ślina taka wyjdzie. Rozumiesz? A:. Rozumiem. Z:. Na to szedł mój hajs. Ja to kupowałam. A:. Ja też kupowałam. Z:. Koleżanka mi pokazała, że takie coś jest. A:. No akurat ja pokazałam Zosi to, że jest. Nie oceniajmy. Może to jest prawda, może nie, natomiast nie polecam bo nie zaglądałam też badania naukowe, czy tam jakiekolwiek, jeżeli coś jest. Z.: Nie wiem. A.: Więc nie oceniam i nie wiem. Dzielę się tylko tym co się działo. Z.: Na to szedł mój hajs Kochani A.: Mój też. Wydawałam też pieniądze na takie ŻELE, które poprawiały jakość śluzu podczas współżycia – coś takiego to było to pamiętam, że te żele różne rodzaje. Te żele, to nie był też taki jakiś rozwinięty rynek żeli poprawiający śluz, więc coś takiego pamiętam, że kupowałam. Kupowałam też sobie ABONAMENT, który wyznaczał mi owulację i dni płodne, i zapisywałam sobie tam temperaturę – to pamiętam to. Akurat lubiłam to, że tak powiem – poświęcanie na to czasu, na taki monitoring do pewnego momentu sprawiał mi frajdę (o ile można jakkolwiek, że podczas starań mamy frajdę z czegokolwiek). To ten abonament i to mierzenie temperatury dawało też takie poczucie trochę kontroli nad tym, co się dzieje. Natomiast w związku z zaburzoną owulacją bądź jej brakiem, no to się po prostu u mnie nie bardzo sprawdzało i dużo też czasu poświęcałam na analizę i w porównywanie się do innych wykresów, które wychodziły podobnie. To była taka nerwówka, czy ta temperatura wzrosła do góry, czy zaraz spadnie czy jakaś anomalia. No dziewczyny, które mierzą temperaturę to wiedzą, że to jest takie.. no właśnie czy ta kropka wyżej o te dwa stopnie to jest to, czy jeszcze nie. To na to wydawałam. Nie żałuję. Jakieś takie TERMOMETRY DO MIERZENIA, że zakupiłam sobie z tych gadżetów, i chyba z gadżetów to było tyle. Taka kategoria GADŻETY. Z.: Też tutaj nie uświadczysz żadnych gadżetów so nice (takich fajnych). Niestety to były gadżety stricte płodnościowe. A propos tego żelu, to ja mam napisane właśnie, że to była taka nowinka, że dla plemników. Bo były lubrykanty, które zawierały w sobie jakieś takie niekorzystne składniki, które mogły wpływać negatywnie na plemniki. Jak ja to przeczytałam, pamiętam miałam takie YYYYYYYY – przeraziłam się. Ty mówisz, że kupowałaś różne rodzaje. Ja kupowałam jeden ten sam tylko on był albo w tubce – takiej tubce, albo w aplikatorach. A.: Nie że różne rodzaje. Nie, kupowałam jeden. Wybór nie był właśnie bogaty wtedy. To był jeden, już nie pamiętam jak się go zapuszczało. Natomiast kojarzę tylko jeden rodzaj tego, możliwy, dostępny, który był akurat wtedy. Z.: Powiedziałaś coś takiego: “że kupowałam różne żele Kochana”. A.: A to nie, to sorry. Z.: Bo ja właśnie kupowałam jeden, tylko droga aplikacji była różna. A.: To prostuję… Z.: Ale to był jeden i ten sam. I znalazłam i tam było napisane, że on jest dobry dla plemników, że je odżywia i że im robi autostradę. A.: Tak, tak dokładnie. Z.: Autostradę! A.: A w związku z tym ja miałam problemy z tym, to zależało mi na tym aby ten płodny śluz się zwiększyła – jego ilość, albo żeby się w ogóle pojawił. W zdrowym ciele – zdrowy duch, jadasz zdrowo – jesteś zuch. KOSZTujemy zmiany żywieniowe Z.: Masz jeszcze coś – na co wydawałaś hajs – na swojej karteczce? A.: Taaak. Mam hajs NA ZDROWE JEDZENIE. I zdrowe jedzenie po prostu – wybieranie, może nie tyle, że wydawałam hajs, bo i tak musiałam jeść coś, więc wybierałam sobie (pamiętam, że) sałatki (tak mi się kojarzy), że robiłam bardzo dużo sałatek. A też pamiętajcie o tym, że nie byłam świadoma podczas starań, jak ta dieta powinna propłodnościowa wyglądać i to dopiero po jakimś czasie zmieniłam żywienie na takie bardziej propłodnościowe. Natomiast ono i tak uważam, że na obecny stan mojej wiedzy, no miało szansę zadziałać, natomiast nie wykorzystałam całkowicie tego co wiem teraz. O! Pamiętam jak robiłam sobie sałatki z łososiem (tym takim podłużnym z Biedry), takie mam wspomnienia swoje, że kupowałam sałatki i robiłam sobie tego łososia – pamiętam, że wydawałam… właśnie to nie było wydawanie, to było zastępstwo czegoś np. tej bułki, którą zazwyczaj sobie brałam na drugie śniadanie. To takie rzeczy robiłam. Pamiętam też, że już wspominałam, że na endometrium miałam taką fazę, że wyczytałam, że orzechy są dobre – i one są dobre, bo źródła witaminy E, wykazano, że witamina może wpływać pozytywnie na endometrium. Natomiast kilo pistacji zjedzonych z czerwonym winem – myślałam, że na to endometrium podziała, to nie był dobry wybór. No właśnie – taki miałam punkt. A Ty Zosia wydawałaś na zdrowe jedzenie? Z.: Jeśli chodzi o zdrowe jedzenie to ja mam też taki podpunkt i mam go w sumie rozbity dwojako, bo wydawanie kasy na zdrowe jedzenie jest jak najbardziej pro. Pamiętam to z przeszłości, że jak przerzucałam się na taką skrajnie zdrową dietę, jak wjeżdżał ten Zosin zafiksowany taki, że o Boże, nie było mowy na wypicie smoothie, tylko to smoothie musiało być po prostu odrąbane w kosmos. A.: Z jarmużem i kurkumą? Z.: Dokładnie. Bez trzech superfood`sów smoothie to się nie zalicza do smoothie pro płodności. To to. I bym chyba powiedziała tylko, bo w ogóle wydawanie kasy na zdrowe jedzenie, na jedzenie ekologiczne, organiczne jest jak najbardziej OK i bardzo do tego probsuje i zachęcam dzisiaj. Akurat tego bym nie zmieniła. Tylko zmieniłabym raczej taki poziom “zafiksowania na…”, czyli zastanowiłabym się, czy wydawanie kasy na te superfoodsy, które dodaję i np. przez ten superfoods, który łatwo jest zastąpić czymś innym co Ci smakuje, ale ten jeden superfoods dodany do posiłku sprawia, że on jest okropny i wmuszasz go w siebie i czujesz, że z każdym kęsem masz ochotę coraz bardziej zwymiotować, ale jesz, bo superfoods tam jest, i wydałaś na niego w ciul siana, i musisz jeść, a przecież on Cię przybliży do (ciąży). To może o to bym zmieniła, czyli ten poziom zafiksowania – bo naprawdę da się to zrobić mądrzej. Plus mam tutaj – jeśli chodzi o jedzenie w trakcie starań – to mam też wypisaną “dietę pudełkową” na którą szły wtedy moje pieniądze. Ta dieta pudełkowa trwała trochę i była z różnych źródeł. Bo wiecie po kilku miesiącach jedzenia z jednego źródła, nie dało się już przetrawić tych posiłków. I tu bym też dała taką gwiazdkę może? No bo niektóre z tych diet pudełkowych, były po prostu głupie. Bo wiesz, jak zjadłam śniadanie, które (powiedzmy) było w miarę normalnie, a na drugie śniadanie miałam po prostu małą buteleczkę świeżo wyciskanego soku i koniec. No to sory, nie zrobiłabym dzisiaj tego w ten sposób. To była np. dieta z niskim indeksem – jak dieta z niskim indeksem? Więc to tutaj to było jakieś rozwiązanie, ale jednak. Ok, gdybym miała dzisiaj wydawać na dietę pudełkową to bardzo bym nie chciała, żeby ona była skomponowana tak jak wtedy tamta dieta pudełkowa. Czyli też tak jak z suplementami – nie wrzucajmy wszystkich diet pudełkowych do kosza, ale akurat tamte nie były (powiedzmy) turbo jakościowe. Więc tutaj mam podpunkt “superfoodsy – mądrze bym postąpiła”. A.: Dajmy sobie też prawo do bycia niemądrymi. To jest bardzo takie uwalniające. Wybaczajmy sobie błędy i wiedzmy, że cały czas będziemy je popełniać bo jesteśmy tylko ludźmi. Ale czy zdrowe jedzenie…no wydawałaś na to hajs? Z.: No wydawałam. Pamiętam np… A.: Bo gotowałaś bardzo dużo i te soczewice tutaj… tutaj gdzie Zosia kiedyś mieszkała. Z.: Siedzimy w tym miejscu gdzie te soczewice były gotowane. To prawda. A.: Dokładnie. To cisnęłaś. Z.: To prawda, ale te soczewice, to tam nie wspominam tego traumatycznie. Raczej traumatycznie zakupy wspominam właśnie z kilkoma porcjami łososia. To wtedy było takie “kurde, obiad z łososiem!”, który się jadło często, potrafiło szarpnąć budżetem moim. A.: No tak. Z.: To było drogie żarcie. A.: Z takich droższych rzeczy uważam, to łosoś i orzechy włoskie. Na ten moment to są na ten moment dość – droższe rzeczy. Natomiast też dużo rzeczy jest (a propos tego budżetu i zarządzania tym zdrowym jedzeniem) jest też kasza chociażby. To są produkty, które… nie wiem ile jest teraz kasza dokładnie chodzi- 3,99 zł duże opakowanie kilogramowe? Więc kasze, siemię lniane. Kiedyś robiłyśmy nawet taki mailing z tymi tańszymi produktami, które mogą wspierać płodność właśnie, żeby zachęcić Was do tego, żeby spróbować, bo to nie znaczy, że ta zmiana żywienia (oczywiście nie wiem, jak wygląda Wasze dotychczasowe żywienie i na co wydajecie pieniądze) może wiązać się z tym (też nie chcę oceniać wszystkiego, natomiast chcę pokazać), że w tej płodnej diecie są fajne produkty, które są niskobudżetowe. Z.: Plus, trzeba sobie zdawać sprawę z tego, bo czasami takie trochę mylne poczucie daje pierwsze zrobienie zakupów płodności. Kiedy ten koszyk – kiedy w ogóle musisz uzupełnić zasoby swojego domu w płodne produkty po które będziesz sięgać i wiadomo, że jak kupujesz jednorazowo te orzechy, czy tego łososia, czy np. oliwę – litr dobrej jakości oliwy – to te pierwsze zakupy są droższe. Ale przecież nie zużyjesz tego litra oliwy do następnych zakupów. A.: Czy nawet kilograma kaszy gryczanej. Z.: Czy tych orzechów, bo bierzesz ich po prostu kilka do porcji, więc to tak się rozkłada relatywnie. Później te koszty się po prostu rozkładają na każde posiłki i to może dawać takie mylne poczucie, że to jest po prostu bardzo drogie, a tak naprawdę zużycie tego litra oliwy zajmie Wam dużo czasu. A.: I też jeżeli chcecie zobaczyć jak np. wyglądają nasze diety i zobaczyć jakie to są składniki to na naszym NEWSLETTERze otrzymacie po zapisie darmowe dwie diety dla kobiety i mężczyzny, które też są takim naszym też wkładem właśnie dla tych z Was, którzy chcą spróbować, chcą zaoszczędzić, a my chcemy żeby właśnie Wasza płodność poszybowała w górę. To tak prezencik od Akademii. Z.: I zobaczycie sobie czy tam są super wymyślne superfoodsy, czy jednak superfoodsy, które są dostępne i może nawet nie wiedzieliście, że część z nich to superfoodsy. WARTOŚĆ przyjemności – czy to się opłaca? Ok, to zamykamy temat jedzenia i wydawania kasy na jedzenie w trakcie starań, czy jeszcze coś do jedzenia byś dodała? A.: Tak… nie, do jedzenia już… to też chcę powiedzieć, że to był taki na przestrzeni tych wielu miesięcy, całego okresu starań, to jedzenie to też nie kupowałam sobie codziennie łososia, bo ono różniło się, wśród nich były też przyjemności. I podczas starań, były też PRZYJEMNOŚCI – nazwijmy to przyjemnością (ja tutaj sobie zaznaczyłam w takim kółeczku, bo to nie do końca były przyjemności, tylko ja bardzo chciałam odciąć sobie myśli różnymi rzeczami podczas starań. Wygospodarowliśmy w Naszym budżecie lekcję języka angielskiego, które miałam niedaleko – dwa budynki obok mojej pracy. I to było takie kuszące, bo to było nieopodal i nie musiałam czasu poświęcać na dojazdy. Lekcje języka angielskiego trzy razy w tygodniu – to było coś, na co wydawałam kasę, ale to też półrocznie wydawałam, bo płatność była albo z góry na rok, może nawet rocznie, że płatność była za cały rok, albo za pół roku. Więc to było coś, co było takim – musiało być ujęte w budżecie i moje studia, które miały też za zadanie odciąć moje myśli. I tak sobie marzyłam, że jak nauczę się angielskiego i skończę studia pielęgniarskie, to po prostu kiedyś uciekniemy z tego miejsca naszego gdzie mieszkamy i od tych całych starań. Dlatego poszłam na te studia, wyobrażałam sobie, że po prostu, że wyjedziemy i ja ze studiami pielęgniarskimi znajdę zawsze pracę, i potrzebny jest mi język angielski, a w międzyczasie doszło do tego też, że uczyłam się angielskiego i studiowałam jeszcze inny kierunek związany z żywnością (swoją drogą), i że pojadę sobie na Erasmusa, że już tak miałam dość tych starań i zrobię sobie przerwę na tym pielęgniarstwie, zostawię te starania, zostawię pracę i po prostu wyjadę sobie na Erasmusa, a że mój mąż zawsze powtarzał, bo On zawsze marzył o tym Erasmusie to bardzo mnie wspierał, mówił, że jakoś sobie damy radę z tym wszystkim. Chociaż powiem Wam szczerze, że teraz sobie myślę o tym – pół roku na Erasmusie w Hiszpanii – nie wiem, nie wiem – dość szalony pomysł to był. Już nie wiedziałam (co robić), moim zdaniem to była taka ucieczka po prostu, bo gdzieś indziej bolało mniej. Na Erasmusa nie dostałam się, bo złożyłam podanie późno – znaczy dzień po, w dniu komisji, w której już nie wzięli pod uwagę mojego podania, co jest smutne – Kartagena czekała. Z.: Widzisz, tak miało być Kochana. Wiesz co, może byś teraz jakąś inną Sophie (Zosię) znalazła tam. A.: Nie no nie żałuję tego, pomysły i ogromne marzenie o zostaniu mamą, a tutaj w końcu przyszła – to tylko było po to – ja już miałam dość po prostu. Ja już miałam dość tego wszystkiego, ja już chciałam (i tak mieliśmy wspólnie) zrobić sobie przerwę, bo żyć w tym kołowrotku, gdzie sen jest tylko odpoczynkiem od starań. Tylko sen. I to i tak nie (zawsze), bo jak mi się śniło coś związane z staraniami to nie (odpoczęłam). Ja już po prostu dłużej nie mogłam, więc szukałam tego jakiegoś ujścia wszystkiego. Ale przyznaję, że było to dość szalone, a mój mąż mówił, że to super pomysł – będzie przyjeżdżał. Z.: Słuchamy nie oceniamy. Słuchamy nie oceniamy, tak miało być, życie zadecydowało, że jednak nie wyjechałaś na Erasmusa Kochana. Po prostu słuchamy nie oceniamy… A.: Dokładnie. Z.: Nie mogę zostawić innego komentarza w tym miejscu. A.: Po prostu miałam dość i tyle – wszystkiego. Z.: To ja akurat bardzo czaję ten vibe (klimat) i może w takim właśnie dojściu do ściany też bym wyrąbała na Erasmusa, tylko wiesz, teraz oceniam to z perspektywy aktualnej. A.: Wiesz, wszystko sobie przeliczyłam, to mi się wszystko zgadzało: jakieś było stypendium, chciałam iść tam do pracy. Z.: Wszystko się zgadzało. Tam się wszystko zgadzało. A.: Tam się wszystko zgadzało. Finansowo też to się musiało zgadzać. Finansowo też szły wszystkie pieniądze leczenie, więc taki Erasmus – wyjazd przy tym wszystkim, to była wręcz oszczędność w porównaniu do tego ile to wszystko kosztowało nas. W każdym razie moja ucieczka się nie udała, ale zaznaczyłam sobie… nie, najpierw zadam Tobie Zosiu pytanie, czy Ty wydawałaś na przyjemności? Z.: W ogóle nie mam takiego podpunktu tutaj, co nie znaczy, że nie wydałam. Natomiast jak robiłam sobie rekonesans na to, na co szedł mój hajs podczas starań, w ogóle nie przyszło mi do głowy “wydawanie hajsu na przyjemności” – w ogóle. I teraz musiałabym się zastanowić na co wydawałam… Pod koniec zaczęłam podróżować, sobie kupiłam te podróże, które się nie odbyły, bo byłam w ciąży, ale to była taka turbo-turbo końcówka tych starań. Właśnie chyba po dojściu do ściany na zasadzie “a co jeśli nigdy się nie uda? To moje życie zawsze będzie tak wyglądać, czy to będzie kolejny rok w którym nigdzie nie wyjadę?”, i to był właśnie ten moment, kiedy masz jeszcze pieniądze na koncie, wchodzisz na stronę linii lotniczych i rezerwujesz lot na zasadzie “jak tego nie zrobię teraz, to tego nie zrobię nigdy”. A jak on (lot) się zbliży, to będziesz musiała się jakoś zorganizować. I tak porezerwowałam te loty… A.: Na którym ja również byłam… Z.: Jednym z tych szalonych wyjazdów, tak. A.: Zosia mistrzem kupowania tanich biletów. Z.: Już miałam w ogóle taki kalendarz w tym domu roczny i tam było rozpisane już – tu z Anią, tu z mężem, tu z Jackiem, moim bratem. A.: Tu z mamą byłaś. Z.: Tu z mamą, dokładnie. Tam już było grubo po rozpisywane. A.: Nawet na Zosi instagramie znajdziecie sobie przypiętą relację, która nazywa się “PROJEKT ŻYĆKO”. Z.: Tak. I PROJEKT ŻYĆKO się urodził właśnie na jednym z takich wyjazdów. A.: Możecie zobaczyć (tam) ten piękny, taki prawdziwy obraz właśnie PROJEKTU ŻYĆKO, który urodził się z tego wyjazdu, gdzie Zosia powiedziała: STOP. Przyjemności, no ja z takich przyjemności też nie miałam, bo angielski wcale nie był dla mnie… ciężko powiedzieć, czy to była przyjemność, czy po prostu jakiś taki cel nowy w głowie. No bo to był cel – nauczę się w końcu angielskiego, bo zawsze marzyłam, żeby się go nauczyć. To był inny cel niż posiadanie dziecka, niż zajście w ciąże. Ale słuchajcie, też było tak, że siedziałam nad tym angielskim i myślałam sobie o staraniach i musiałam siebie pilnować, żeby momentami wracać tam. Natomiast nie żałuję tego, to zawsze było coś wyrwanego, ale nie z taką intencją, że o to jest coś dla mnie i ja tam się rozkoszuje tym. Nie. Myślę, że to też mogło być na takiej spinie. Fajnie, że było, bo mogło nie być. Inwestycja w przyszłość czyli jak zaopiekować się swoim JA Dobrze, mam takie pytanie: czy żałujesz czegoś, na co nie wydałaś pieniędzy? Bo ja mam taką jedną rzecz podczas starań. Z.: Yyyyy nie wiem, bo w ogóle o tym nie myślałam w ten sposób, bo ja mam tutaj jeden taki punkt z którego jestem dumna akurat, że na to wydałam (pieniądze), chociaż wydając je wtedy w ogóle nie zauważyłam, że to jest aż tak istotne. A.: Dobrze mów, bo pewnie to będzie pewnie mój na który, żałuję, że nie wydałam. Z.: Ja napisałam TERAPIĘ. A.: A ja mam napisane, że żałuję, że nie wydałam na terapię jako już osoba, która spojrzała na to z perspektywy (czasu). Z.: To ja mam tutaj wypisaną terapię – to była terapia indywidualna, terapia małżeńska, tam zahaczały jeszcze na rodzinną, bo musiałam na kilka spotkań stawić się z rodzicami, osobno oni sami musieli pójść, więc to było takie szerokie koło terapii. I jak to zaczęłam, to mi się wydawało, że to jest gruby hajs i że on jest nie potrzebny, tak szłam na nią na zasadzie: ok, odwalcie się, zrobię to, ale nie widziałam w tym większego sensu, a teraz jednak widzę, że to były wspaniale wydane pieniądze i to bym zrobiła na pewno jeszcze raz – nawet zapłaciłabym za to więcej. A.: Ja mam z podpunktów, że żałuję, że nie poszłam na terapię bo myślę, że mogłaby być bardzo, bardzo potrzebna… w sensie ona była bardzo potrzebna, natomiast, żałuję, że nie skorzystałam z tego, nie spróbowałam nawet, zobaczyć, czy mój komfort życia (się poprawi). Pamiętam taki moment kiedy mi się nie chciało wstawać z łóżka i jeżeli to cokolwiek by mogło mi pomóc, to po prostu byłoby cudowne. To by mnie być może w jakimś tam sensie pozwoliło się uwolnić od bycia tym depresyjnym naleśnikiem, którego ja tak używam – takiego sformułowania, a kto wie, może byłaby potrzebna jakaś zaawansowana terapia. Nie tylko terapia z terapeutą, a może coś więcej, co pozwoliłoby mi przetrwać ten czas, ale to są tylko takie dywagacje moje. Natomiast żałuję, że nie poszłam na terapię, patrząc ile ona dobrego może wnieść w życie także staraczek, które piszą nam, że ona pozwala po prostu przetrwać im. Z.: To jest gruby kaliber. Pokrywa się z dwóch źródeł: Ty żałujesz, że nie poszłaś, a ja poszłam i nie żałuję, że poszłam, wręcz zauważama coraz więcej plusów tego, a wtedy ich nie zauważałam. A.: No właśnie. Z.: Ja zostałam wypchnięta na terapię, idąc – wykopana na nią, na kopach i jestem wdzięczna, że ktoś to zrobił. Z drugiej strony też… terapia jest bardzo trudna. To jest bardzo trudne i ja też szłam tam po to, żeby usłyszeć to czego chciałam, a okazało się – że nie, trzeba włożyć ciężką pracę, która Cię kosztuje bardzo dużo, wychodzisz stamtąd, chce Ci się drzeć mordę, nienawidzisz tej baby i dopiero po czasie do Ciebie wraca, że to Ty musisz odwalić robotę całą. I to jest zajebiście trudna praca: rozdrapywanie ran z przeszłości, to jest próba zrozumienia dlaczego jesteś takim człowiekiem a nie innym, co na to może wpływać, jesteś taka bardzo wyczerpana w trakcie tego. Na terapię moim zdaniem też trzeba iść z konkretnym założeniem, właśnie takim, że to nie jest easy game (łatwa gra) i że to nie jest tak, że tam siądziesz i przez godzinę za pieniążki włoży do głowy “jak teraz masz myśleć”. To Ty masz utorować sobie nowe myślenie, więc też fajnie było być na to gotowym i przygotowanym, że to naprawdę ciężka praca. Twoja praca i nikt za Ciebie tego nie zrobi. Ktoś Cię może tylko skierować na właściwe tory ale to jest w Twoich rękach. A.: Gdybym zadała Ci pytanie podczas starań, czy warto iść na terapię, co byś odpowiedziała? Podczas starań… Z.: Ale byłabym już bym była po terapii, czy jeszcze bym jej wybrała. A.: Ty jesteś w trakcie tej terapii… Z.: Jestem w trakcie chodzenia na te zajęcia? A.: Tak chodzisz na te zajęcia… Z.: Ja nie wiem Stara, bo jak byś mnie zapytała w momencie, w którym nienawidzę mojej terapeutki, to bym Ci powiedziała: “k* w życiu, żadna Twoja złotówka nie jest warta tego, żebyś się czuła tak jak teraz”. Ale zapytałabyś mnie tydzień później, ja już może bym była pokornym Zosinem i bym stwierdziła: “może ona nie jest głupia ta baba, może ja ją oceniłam za surowo i może to jednak właśnie nie będzie tak Zosinku, jak Ty sobie wyobrażałaś, że pójdziesz, pani Ci powie, “a wie pani Zosiu trzeba myśleć TAK…” A.: Pani ma rację… Z.: Pani ma rację, oni są głupi, pani jest mądra, ona jest głupia, jak mogła pani tak powiedzieć – 50 złotych…ta jeszcze, żeby to było 50 złotych… A.: Tak 50 złotych… Z.: W marzeniach. Ale jak już tu rozpisujemy sobie terapię marzeń. Nie wiem co bym Ci odpowiedziała. Jak byś trafiła na mnie po terapii i na takiego wk*ionego Zosina, to bym Ci powiedziała uuu… A.: Ale ja pamiętam Ciebie w trakcie tej terapii. Ja pamiętam Cię. Z.: Nigdy więcej ta stopa nie postanie, przecież ja wychodziłam i mówiłam: ostatni raz, to był ostatni raz kiedy w ogóle tutaj weszłam do tej głupiej baby. Potem do tej “głupiej baby” odesłałam tyle ludzi, którym ta “głupia baba” pomogła. A.: Taka ciekawostka – razem z Zosią nawet byłyśmy u tej Pani doktor (ma doktorat), byłyśmy razem jak sobie tutaj też musiałyśmy ogarnąć we dwie różne rzeczy i notorycznie odsyłamy tak naprawdę całe nasze rodziny. Z.: Duża już jest ta pajęczyna, która jest łączona przez jedną teraputkę naszą. A.: Ta pajęczyna też pomogła naszej terapii małżeńskiej – w sensie nie moją z Zosią, tylko mojemu małżeństwu Z.: Twojemu małżeństwu też. A.: Mojemu małżeństwu, gdzie to był naprawdę ktoś kto, poszanowanie miał w oczach mojego męża chociażby, bo nie każdy terapeuta też na takie (zasługuje). Taką dygresję Wam tutaj wtrące, bo decydując się na terapię małżeńską trafiliśmy do terapeuty, który totalnie no nie przypadł nam do gustu i szukaliśmy kogoś innego, kogoś z większym doświadczeniem, bo po prostu jesteśmy takimi ludźmi, kogoś kto zjadł zęby (że tak powiem) na takich problemach małżeńskich i zdecydowaliśmy się właśnie pojechać – wrócić tam gdzie byłyśmy my z Zofią z naszą terapią małżeńską, do tej pani doktor. Ona po prostu ułożyła – znaczy ułożyła, my sobie ułożyliśmy, ale Ona pokierowała właśnie nas odpowiednio. Mój mąż był przeciwnikiem, że to nie jest potrzebne nam, natomiast ja chciałam spróbować, bo open mind (otwarty umysł) mocno. I słuchajcie skończyło się tak, że od tego czasu minęło już wiele lat, a mój mąż potrafi w rozmowie wspomnieć terapeutkę, że wtedy to się wszystko zmieniło. Nawet w tamtym tygodniu mi to powiedział, jak sobie rozmawialiśmy kiedy się to wszystko uspokoiło, ta relacja, że już się tak dotarliśmy po tych wielu latach i mówił, że wtedy właśnie ta terapia otworzyła mu oczy. Z.: W skrócie: DOBRA TERAPIA Z MĄDRYM TERAPEUTĄ jest przezajebistym prezentem, który możecie sobie dać sami sobie na całe życie. Zrobicie to w trakcie starań, ale to będzie procentowało dalej w Waszym życiu – więc totalnie TAK. Nie zrażajcie się, bo może tak być że pierwszy terapeuta, drugi terapeuta, trzecia terapeuta to nie będzie Wasz człowiek, to nie będzie Wasz vibe, i nie zrażajcie się też, że będziecie wychodzić z tego gabinetu i będziecie sobie myśleć: głupia baba, nigdy więcej do niej nie wrócę… A.: Albo po co to wszystko? Z.: “Głupie babsko, nigdy więcej tu nie przyjdę, moja złotówka już nigdy nie pójdzie na jej chleb”, a potem wracacie, pieniążki w ząbkach, proszę bardzo tu na chlebek – ja mam do przegadania to i to. I to jestem ja na przykład. A.: Bo zaprocentowało i było warte. Podsumowując Nasz podcast… Z.: No dobrze, możemy zrobić A.: A jeszcze masz coś? Z.: Mam, kurcze ale w sumie to już jest mniej istotne, bo ta terapia to taka już jest gruba klamerka. A.: Kaliber na zakończenie…? Z.: Z tym bym wolała zostawić ekipę do przemyślenia. A.: Pewnie tych rzeczy było o wiele więcej, które zostały być może pominięte. To też dajmy sobie na to miejsce. Jak zakończyć to mądrze? Z.: Ja bym dała ludziom zakończyć. My po prostu skończmy to, a niech Oni zostaną sobie ze swoimi myślami i pomyślą czy wydawanie kasy, i dysponowanie tym budżetem, który mamy jest rozsądny, i mądry czy warto przekierować środki procentowo trochę inaczej na przykład. Dajcie sobie czas, być może za jakiś czas… (czy jeszcze raz użyjemy słowa “czas” w jakimś zdaniu?) dojedziecie do innych wniosków, ale pomyśleć zawsze warto. Z tymi refleksjami zostawiamy Was do kolejnego podcastu. Miłego tygodnia. A.: Miłego Artykuł #098 – Na co wydawałyśmy hajs podczas starań pochodzi z serwisu Akademia płodności.

  • Mar 11, 2025 · 10 min

    #097 – W POCZEKALNI. Historia 38 letniej Staraczki.

    Wiemy, że w PODRÓŻY STARAŃ, w którą wysłało Was życie, bardzo trudno dostrzec stale oddalający się cel. Towarzyszący jej ból o szerokim spektrum obejmuje Wasze ciało, myśli i relacje. Spoglądając na swój rozkład i plan podróży widzicie opóźnienia, przesunięcia… odwołania, a gdy stoicie W POCZEKALNI, to widzicie jak inni łapią kolejny pociąg do macierzyństwa. Dławiący strach niepłodności podaje Wam pomocną dłoń, proponując złudne poczucie zaopiekowania i bilet w drugą stronę z napisem “poddaj się”… Wiemy, że W POCZEKALNI ten strach bywa bezwzględny, ale wiemy też, że warto walczyć o swoją podróż. Bagaż w tej drodze uwiera i ciąży, ale jesteśmy tu po to, by pomóc Wam go dźwigać. Jesteśmy dla Was i z Wami, bo wierzymy, że W POCZEKALNI mimo, że ucieknie ostatni pociąg, lub ktoś inny wykupi płodny bilet przed Wami, to wciąż mogą wydarzyć się dobre rzeczy, o których nieustannie nam przypominacie, dając tym także nam siłę, by dalej budować Akademię Płodności. W POCZEKALNI, nowy format podcastów w Akademii Płodności to Wasze miejsce, który będą tworzyć Wasze relacje z podróży Staraczy. AKADEMIA PŁODNOŚCI – W POCZEKALNI Wasza droga do rodzicielstwa spisana w listach do nas Zosia: Dzisiaj przygotowałyśmy dla Was pierwszy odcinek z serii, która będzie nosiła nazwę “W POCZEKALNI”, i będziemy w nim odczytywać wiadomości od Was, więc ten podcast będziecie współtworzyć z nami, i to Wy będziecie narrację do niego tworzyć. Bardzo czekamy na Wasze historie i postanawiamy o tym wspomnieć już na samym początku, bo chcemy, żebyście wiedziały, że to Wy macie z nami tworzyć ten podcast, więc jeśli poczujecie po odsłuchaniu tego odcinka, że chciałbyście coś przekazać światu, to my czekamy na Wasze wiadomości. I jeśli będziecie je do nas słać, to tytułujcie je tylko – właśnie do podcastu “W POCZEKALNI”, i my bardzo chętnie będziemy wybierać, któreś z nich i publikować je tutaj do odsłuchania dla innych. Dzisiejszą historię tworzy jedna z Was, która chciałbyśmy żeby pozostała anonimowa, więc będziemy na potrzeby tego podcastu nazywać ją po prostu STARACZKĄ. Więc Staraczka, 30 sierpnia w 2023 roku pisze do nas tak… “Cześć dziewczyny. Piszę do Was nieco onieśmielona, że w ogóle podejmuję ten gest interakcji. Trafiłam na Wasze podcasty na początku sierpnia bieżącego roku, tuż po tym gdy odebrałam test beta – HCG o wartości 0, po drugim in vitro. Znowu szok. Znowu niedowierzanie i sto pytań: dlaczego!? Szukałam wtedy wspierających treści, aby ponownie dźwignąć siebie z podłogi, z tego bólu niepowodzeń i trafiłam na Wasz kanał. A były momenty gdy zastanawiałam się, czy jest sens w ogóle się podnosić. Wasze podcasty ocieplały moje serce. Powolutku rozjaśniały dni i zachęcały do małych kroczków. Przesłuchałam kilka najnowszych odcinków, po czym stwierdziłam, że muszę zacząć słuchać od początku – chronologicznie. I przede mną jeszcze sporo odcinków. Wraz ze zdobywaną nową wiedzą, po zakupie e-booka 28 dni do płodności, szybko zaczęłam wdrażać w swoją codzienność Wasze tipy dietowe. Zrobiłam płodną szafkę z przyprawami. Upiekłam swój pierwszy chleb. Zakupiłam dobrej jakości oleje z czarnuszki z kwasami Omega 3, i GL A, produkuję soki pomidorowe dla mojego partnera. Polubiłam szakszukę. Już od kilku lat mięso nie gości zbyt często na moim talerzu, więc ryby i tak były moją codziennością do której przyzwyczaja się też mój partner, ale przede wszystkim wraz ze zaznajomieniem z Waszymi treściami, poczułam się częścią tej zbiorowości staraczek. Poczułam, że przynależę, że nie jestem w tym sama. Poczułam, że wszystkie moje najskrytsze myśli w temacie historii starania okazują się być współdzielone. Jestem pod wrażeniem Waszego projektu – jak szeroko i otwarcie podchodzicie do tematu starań. Ile w tym czystej miłości i autentyczności, a przede wszystkim subtelności opartej na Waszych własnych doświadczeniach. I ten bezmiar wsparcia, który rozdmuchujecie z czystą intencją. Nie do końca rozgryzłam całą Waszą formułę. Często wspominacie o listach od staraczek, zakładam, że mój list zakwalifikuje się do tej kategorii. Mój status jest następujący: mam 38 lat, niepłodność idiopatyczą, niedoczynność tarczycy, hashimoto i podejrzenie endometriozy, drożne jajowody, histeroskopia wykazała liczne mikropolipy w jamie macicy i brak stanu zapalnego. Mikropolipy leczone były farmakologicznie. O dzieciątko staramy się z partnerem od ponad dwóch lat. W tym od ponad roku jesteśmy pod opieką specjalistycznej kliniki. Wartości nasienia mojego partnera zostały ocenione jako bardzo dobre. W klinice trzy razy dokonywaliśmy zmiany lekarza, co wynikało z braku zaufania do jakości ich pracy. Brakiem zainteresowania naszą historią i brakiem zaangażowania. Nasz rachunek starań to: liczne miesiące niepowodzeń, dwie nieudane inseminacje, trzy próby in vitro. Pierwsza zakończona poronieniem w około 6 tygodniu, druga brakiem zagnieżdżenia zarodka i trzecia utratą zarodka po rozmrożeniu. Nie mamy więcej zarodków. Musielibyśmy przejść procedury in vitro od początku. Wczoraj ponownie padłam na podłogę, bo to właśnie wczoraj gdy byłam w pełnej gotowości do trzeciego transferu otrzymałam telefon z kliniki, że niestety zarodek nie kwalifikuje się. A już myślałam, że tym razem, ta historia zakończy się inaczej. Czułam, że moje ciało i serce jest tak bardzo gotowe, że bardziej się nie da. Dbam o dietę i aktywność fizyczną. Mam zaopiekowaną sferę psychiczną, bo od 4 lat jestem w psychoterapii. Od niedawna korzystam z pomocy terapii uroginekologicznej. Odsunęłam na bok stresogenną pracę, ale zaraz muszę do niej wrócić. A przede wszystkim mam wspaniałego partnera z którym łączy nas niezwykła więź. Na taką relację czekałam całe życie i stąd tak późne starania o ciąże, bo zawsze zależało mi na świadomym macierzyństwie, gdyż pochodzę z dysfunkcyjnego domu. Myślałam, że to kwietniowe poronienie i lipcowe cierpienie, gdzie zarodek nie zagnieździł się przekształci się w sierpniowe happy-end. Od wczoraj znowu nie wiem, jak mam się podnieść. Znowu paraliżuje mnie strach, czy będzie dane mi zostać mamą. Stresuje mnie mój wiek. Jakbym ścigała się sama ze sobą. Nie rozumiem, dlaczego nie udaje mi się zajść w ciąże. Nie rozumiem tej całej idiotycznej niepłodności. Nie rozumiem dlaczego mnie to spotyka. Wciąż zastanawiam się, co powinnam jeszcze zrobić. Być może powinnam zbadać obszary, które często są u Was poruszane, czyli PCOS i insulinooporność. Jakie szanse daje nam kolejne in vitro? Czuję jakby mój ból przysłaniał mi wszystko. Z osoby bardzo empatycznej stałam się nieczuła na problemy innych. Gdy moja przyjaciółka dzieli się swoim cierpieniem, ja czuję jakbym była za szybą, jakbym słyszała ale nie słuchała innych. Czuję pustkę, która pochodzi z mojej pustej macicy. Mój list kończę tlącą się nadzieją, bo wciąż wierzę, że zostanę mamą. Nie wiem co zrobicie z moim listem i czy go w ogóle przeczytacie, ale samo zaadresowanie tych słów w miejsce, które mieści tyle zrozumienia dla tematu niepłodności, od tych mrocznych odsłon, po te cudne historie, daje mi dzisiaj ukojenie. Z pełnym wzruszeniem pozdrawiam. Staraczka”. Ania: W międzyczasie wymieniłyśmy jeszcze kilka wiadomości. Dziękując jej między innymi z to, że zechciała podzielić się taką swoją intymną częścią swoich myśli najskrytszych, które zamieszkały w niej. 5 kwietnia 2024 roku dostałyśmy od niej kolejnego maila, który brzmiał tak: “Cześć dziewczyny. Minęło trochę od mojego ostatniego listu do Was, w których dzieliłam się moimi smutkami, niepowodzeniami w drodze do macierzyństwa, a dzisiaj piszę z innego miejsca. Z miejsca pełnego szczęścia. Jestem mamą, bo noszę w swoim brzuszku 18 tygodniową cudowną dziewczynkę. Moją Córeczkę. I bardzo chciałam w końcu podzielić się z Wami tą wiadomością. Stosowałam Waszą dietę, słuchałam podcastów i wiem, że Wasze dobro również przyczyniło się do mojej szczęśliwej sytuacji. Bardzo Wam dziękuję za tamte odpowiedzi. Cieszę się ciążą dosłownie w każdej godzinie. Sprawia mi radość każdy objaw ciąży, nawet ten nie do końca przyjemny. Uwielbiam wizyty na których mogę zobaczyć moją córeczkę i usłyszeć jej serduszko. Jestem najszczęśliwsza. Życzę Wam samych pomyślności. Staraczka”. A 5 grudnia otrzymałyśmy zdjęcie, bo ta malutka dziewczynka, we wrześniu urodziła się siłami natury. Pojawiła się na świecie i w życiu – już tak namacalnie – swoich rodziców. Dostałyśmy w grudniu (pytając się – jak się miewają) piękne zdjęcie, jej malutkiej córeczki, która uśmiecha się tutaj do nas ze zdjęcia – na które właśnie patrzę. Z.: A jej mama napisała, że pisząc tę wiadomość do nas, tuli ją przy piersi. I to jest najpiękniejsze zwieńczenie tej historii. Dziękujemy bardzo, za pokazanie tej drogi, bo te maile dzieli aż i tylko po kilka miesięcy. Natomiast są to tak bardzo, bardzo różne osoby, mimo, że to dokładnie ta sama osoba i tak bardzo różne światy, że nawet jeśli dzisiaj znajdujecie się w tym pierwszym, i to ten pierwszy Was definiuje, to wiedzcie, że to WSZYSTKO MOŻE SIĘ ODMIENIĆ, ŻE JUTRO MOŻE TO BYĆ ZUPEŁNIE INNY ŚWIAT. Za co bardzo mocno trzymamy kciuki. Ściskamy Was. Czekamy na Wasze historie i życzymy Wam dobrego tygodnia. Akademia Płodności – W POCZEKALNI Artykuł #097 – W POCZEKALNI. Historia 38 letniej Staraczki. pochodzi z serwisu Akademia płodności.

  • Feb 25, 2025 · 28 min

    #096 Zazdrość, a może jednak nie?

    Wśród wielu uczuć, które dotykają w czasie starań dość często pojawia się zazdrość. W emocjonalnym gradobiciu czujecie, że szarpiąc się bezwładnie toczycie walkę ze sobą, ale i z otaczającym Was światem. Tracąc poczucie bezpieczeństwa toniecie w zazdrości, gdy gdzieś obok, ktoś zgarnia kupon, który mieliście nadzieję, że był przeznaczony Wam. Czy potrafimy zaakceptować swoje JA, gdy dopada nas zazdrość? Dlaczego tak bardzo boli nas szczęście innych? Jak zaopiekować się swoją zazdrością? I jak docenić to, że jesteśmy prawdziwi? Zapraszamy do wysłuchania podcastu. Plan odcinka Zazdrość – siła uczucia Nic o Was bez Was – pytamy o Wasze emocje W kręgu uczuć zazdrość kołem się toczy Równanie i definiowanie zazdrości gdy boli Równouprawnienie w uczuciach, by mieć prawo do zazdrość Transkrypcja podcastu AKADEMIA PŁODNOŚCI Zosia: Dobra. Zobaczymy, czy tu nie ma żadnych przesterów… Ania: Ja muszę się podnieść. Z: Wiesz, że mój głos jeszcze nie doszedł do końca… A: A nie pomyślałam nawet o tym… Z: Będzie słychać. Ty już jesteś przyzwyczajona do tego, że ja w ogóle mówię. A: Jeju… faktycznie. Ja w ogóle nie pomyślałam o tym, że Ty tak gadasz. Z: Bo już jak odzyskałam >głos< to już trzeba chociaż trochę pogadać. Cześć, tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności – miejsce w którym towarzyszymy Wam podczas starań. ZAZDROŚĆ – siła uczucia A: Dzień dobry w kolejnym podcaście. Z: Dzień dobry. Będziemy poruszać dzisiaj temat ZAZDROŚCI i tego CZY POZWALAMY SOBIE JĄ CZUĆ, czy jednak nie, bo nas ONA zawstydza, albo same się nie poznajemy w tym obliczu-tak nowym. Mamy takie wrażenie, takie poczucie, że w pewien sposób już ten temat poruszałyśmy kiedyś, ale otrzymałyśmy tyle odpowiedzi na niego i tak bardzo on Was poruszył, że stwierdziłyśmy, że jeszcze spróbujemy go chapsnąć z drugiej strony. Skoro takich treści potrzebujecie, a one są dla Was wspierające, to mamy nadzieje, że po odsłuchaniu tego odcinka też poczujecie się zrozumiane, i wysłuchane, i same siebie lepiej może zrozumiecie dzięki temu. A: Tak, bo uczucie zazdrości, to jest jedno z wielu uczuć, które towarzyszą >staraniom<. Natomiast ono jest bardzo intensywne podczas starań. Ono jest tak intensywne, że wręcz czujecie zazdrość, która fizycznie ściska Was w żołądku, zaciska się krtań, serce bije mocniej, pocą się ręce, czujecie jak dosłownie nie możecie ustać. To uczucie zazdrości jest tak silne, że czujecie je fizycznie w swoim ciele. Z: Wyobrażam sobie, że to nie tylko nas dotyczyły te uczucia, kiedy dowiadując się o ciąży, przyklejałaś uśmiech nr 5 i wycedzałaś przez zęby “gratuluję” z tym właśnie uśmiechem – piąteczką, a tak naprawdę w środku czułaś, że Cię rozrywa i chciałaś uciec jak najszybciej, gdzieś się skryć w swoją norkę. A: Poza tym jeśli zobaczyłaś kiedyś zdjęcie USG i poczułaś, jak ściska Cię w żołądku, to ten podcast będzie dla Ciebie. Jeżeli zdarzyło Ci się uśmiechnąć i powiedzieć “gratulacje”, a w środku miałaś ochotę uciec i płakać, to też ten podcast będzie dla Ciebie. Nic o Was bez Was – pytamy o Wasze emocje Z: Wpadłyśmy na taki pomysł, żeby to był taki bardziej Wasz ten podcast, nie tylko naszymi dwoma głosami – wpadłyśmy na taki pomysł, że przed nagrywkmi zapytamy Was na IG: Co czujecie, kiedy to ktoś inny ogłasza ciąże, a Wy wciąż czekacie? Jakie są Wasze odczucia? Teraz, żebyście to Wy też współtworzyły z nami ten odcinek, postaramy się odczytać kilka z nich, bo jest ich naprawdę bardzo dużo i bardzo pokrywają się ze sobą, co też pokazuje, jak bardzo te nasze niepłodne głowy w staraniach są podobne do siebie i jak bardzo z podobnymi kamieniami w naszych plecakach życiowych się mierzymy, niosąc je przez żyćko. Odczytamy część z nich anonimowo… “Chce mi się płakać i czuję zazdrość” A: “Smutek i żal, że mi się nie udaje, chociaż tak bardzo tego pragnę i robię wszystko, co mogę”. Z: “Niesprawiedliwość, zazdrość, złość, żal, smutek i poczucie, że nigdy nie będzie dane być mi mamą”. A: “Emocje, których nie chcę czuć”. Z: “Zastanawiam się, co dalej… co dalej robię albo robimy nie tak”. A: “Poczucie niesprawiedliwości, choć wiem, że nie powinnam”. Z: “Kolejne rozczarowanie i zadawanie sobie pytań – czemu nie ja. Czuję smutek, swoją porażkę i niechęć do osoby ogłaszającej ciążę”. A: “Smutno, pomimo, że cieszę się, że komuś się udało. To w głębi jest ten smutek”. Z: “Wstydliwe uczucie – poczucia niesprawiedliwości i zazdrości. Wracają przykre wspomnienia”. A: “Czyli znów ktoś wygrał życie, a ja nadal nie. Czuję się znów przegrana”. Z: Wasze odpowiedzi, ich mnogość i często taka braterskość w tym wydźwięku, pokazują, że jest to temat, (chociaż często nie chcemy się do tego przyznać), który dotyczy wielu z nas. Pamiętamy same – Ania zaraz opowie Wam swoje wspomnienia z czasów starań – ale pamiętamy obie, jak trudne to było. Z jednej strony czujesz tę zazdrość, ale z drugiej wiesz, że nie jesteś takim Zosinkiem, bo przecież nie życzysz nikomu źle, i w sumie nigdy taka nie byłam, więc dlaczego teraz ta niepłodność generuje we mnie takie uczucia, gdzie sama siebie nie rozumiem, i sama siebie nie poznaję. To było takie słabe. Trochę żałuję tego, że ja sobie nie pozwalałam na te uczucia i dzisiaj mamy dla Was trochę innych rad, ale ja próbowała to w sobie zanegować, i nie lubiłam tej części Zosinka w sobie. A: Bo zazdrość być może wiele też tutaj słuchaczek łączy z tym właśnie poczuciem, że życzysz komuś źle, a to nie jest to uczucie. Można czuć zazdrość i nie życzyć nikomu źle. My to mam wrażenie, że w rozmowach z Wami, ta zazdrość właśnie jest powiązana z tym, że to jest równe z życzeniem “źle”, a tak nie jest. To tylko oznaka tego, że… no właśnie o tym będziemy rozmawiać: co oznacza ta zazdrość. Na pewno nie jest uczuciem, że komuś życzymy, żeby tego >co posiada lub osiągnął< nie miał. Z: Tak to na pewno, tylko jestem wstanie to zrozumieć teraz – z perspektywy siebie, już po tych staraniach, bo to był takie >uczucie<, że jestem wkurzona, że ona jest w ciąży, bo wkurza mnie to, że ona jest, tylko, że ja nie jestem. Zaraz odbijam to lusterkiem do siebie. Nie życzę jej źle, bo ona jest w ciąży, tylko kurde to znowu nie ja w tej kolejce. W kręgu uczuć zazdrość kołem się toczy. A: Przytoczymy teraz kilka historii z naszego życia, jak my reagowałyśmy, bo ta zazdrość również towarzyszyła i nam. Jak reagowałyśmy na to, kiedy dowiadywałyśmy się o ciążach z różnych gron znajomych. Rozróżnimy to sobie nieco. Ja podczas starań byłam na takiej grupie forumowej wsparcia gdzie starałyśmy się razem, dzieliłyśmy smutki, śmiałyśmy się, dzieliłyśmy się też tym co robiłyśmy z wolnym czasem. Ta mini społeczność, to było kilka dziewczyn – to nie było takie forum, jak są teraz grupy na FB, gdzie osób jest więcej. To był taki wątek dziewczyn, których nie było dużo i byłam bardzo zżyta z tymi dziewczynami, więc jak któraś z nich zachodziła w ciąża, to ja po prostu… (tak właśnie z Zosią wcześniej rozmawiałyśmy), ta zazdrość mi towarzyszyła, ale w takim malutkim procenciku. Jej było naprawdę niewiele i raczej to była taka: okej ja wiem ile Ty wystarałaś się, ile Ty przeszłaś. Wiedziałam, że w przypadku jednej z dziewczyn – poroniłaś cążę, masz niedrożne jajowody, znałam całą Twoją historię i super… Później nasza relacja była taka, żę dziewczyny wysyłały sobie >zdjęcia< testów ciążowych na tym naszym forum, dzieliły się pierwszymi >zdjęciami< USG. Nie było czegoś takiego, że je odcinałyśmy i koniec, nie masz tu wstępu. Tylko żyłyśmy w tym takim kółku, że była część osób, która się starała, i to było na maksa wspierające z ich strony. No i właśnie tam potrafiłam się odnaleźć. Tam nie czułam takiej zazdrości, jaka towarzyszyła mi kiedy ktoś z moich bliskich osób, gdzie żyliśmy sobie poza światem internetowym – na żywo, gdzie każdy miał swoje określone role społeczne spełniać, typu: córka, żona, teściowa – różne były te powiązania i wtedy, jak dowiadywałam się o ciąży z określonego kółka ludzi, to zwalała mnie ta informacja z nóg. Zwalała mnie tak z nóg, że ja musiałam ją przepłakać, nie potrafiłam sobie poradzić z tymi emocjami, wręcz na początku karciłam siebie za nie, bo właśnie zazdrość równa się.. dla mnie było to jednoznaczne, że ja życzę źle tej osobie, która zaszła w ciąże, a to nie było z tym >związane<. Ja walczyłam jeszcze z tym, bo >myślałam< czym ja się staję w ogóle, jestem jakimś potworem, że ja czuję tę zazdrość? Zamiast pomyśleć sobie i totalnie nazwać inaczej te emocje, że to wcale nie było na równi. Po prostu ta zazdrość była i >trzeba było< jakoś zaopiekować się tym uczuciem, i spojrzeć totalnie innymi oczami niż wtedy patrzyłam na to moje cierpienie. Z: Ja mam inne wspomnienie, inne przemyślenia, ale to też chyba wynika z tego, że ja w ogóle w innym miejscu zaczynałam te moje starania, bo zdecydowałam się o nich opowiedzieć publicznie więc trochę ta moja droga była publicznie możliwa do obserwacji – byłam taka na świeczniku. Mam też takie przemyślenie, że w tym kółku wzajemnej adoracji o którym mówisz, czyli taka grupa wsparcia gdzie możesz być anonimowa, możesz być jakimś nickiem, gdzie jesteś realną osobą i możesz pisać totalnie szczerze, ale chcesz pozostać anonimowa, bo poruszasz bardzo delikatne tematy, które nie dotyczą tylko Ciebie, ale też Twojego męża, więc możesz się czuć bardzo zżyta z osobami, których tak naprawdę nie znasz, nie wiesz kim oni są, to nie jest Twoja psiapsi z bloku do której wpadasz na kawę, i ona fizycznie, namacalnie jest, a ci ludzie naprawdę istnieją. Więc wyobrażam sobie taką sytuacją, że jesteśmy w tym kółku tych lasek, które bardzo się rozumieją więc te “ogłoszenia ciąży” nie bolą tak bardzo, bo teoretycznie jedziemy na tym samym wózku, ale sukcesywnie co jakiś czas, ktoś z tego kółeczka odpada i jest nas coraz mniej. Rozumiesz? I w końcu jest taka sytuacja, że zostają dwie i z tych dwóch prawdopodobnie zostanie ostatnia. W ogóle cała ta rozkmina nasza – miałyśmy też takie przemyślenia z Anią – kręci się wokół, że żadna z nas nie ma gwarancji tego, że kiedykolwiek się uda. I chyba o to w tym wszystkim chodzi. Ja jestem pełna przekonana, co do tego, że gdyby każda z nas wiedziała, że się to uda, tylko po prostu prędzej czy później, ale finalnie będzie nas to więcej kosztowało, ale zostaniemy tymi rodzicami, tak w taki sposób, jak sobie to wyobrażamy, to łatwiej by to było znieść. Dzieliłby tylko czas do osiągnięcia tego celu, a tutaj nikt z nas nie ma takiej gwarancji i nikt nigdy nie może założyć, że każdemu z nas się uda. Więc to jest chyba takie trudne przy zazdrości i dodatkowo ją wzmaga, że… A: Niepewność boli. Z: Tak, bardzo. I jest taka, napędza czarne myśli. Ja np. bardzo sobie wyobrażałam, że to ja właśnie będę tą ostatnią z kółeczka, i jeszcze będą to widzieć ci nasi obserwatorzy wszyscy. Miałyśmy też taki podcast i takie pytanie: jak Wam się pracowało, gdy jedna z Was miała dzieci a druga nie – też o to nas pytałyście i tą, która dzieci >wtedy< nie miała byłam ja. Trochę tym pytaniem postaram się nawiązać do anegdoty z mojego życia, bo w moim otoczeniu jeśli chodzi o ciąże, ja miała tak, że jeśli czułam się zaproszona do tego świata, czyli jeśli ktoś wiedząc to (w pewnym momencie to już było tak bardzo wiadome, od kiedy zaczęłam tworzyć Akademię i mówić o tym, i w necie, i w realu, i wszędzie, że my się staramy, i bardzo chcemy, ale się nie udaje), ktoś miał na tyle w sobie siły, odwagi, i poświęcił mi cząstkę swojego serca, która wiem, że na pewno, wiele go kosztowało, bo taka rozmowa z kimś, kto wciąż oczekuje tego – uświadamia, że właściwie Tobie spełniło się to jego największe marzenie, jest bardzo trudne. Ale w momencie w którym miałam takie osoby, które zapraszały mnie same do tego świata i mnie o tym informowały, to potrafiłam się cieszyć tą ciążą, i cieszyć się z tych dzieciaczków, i akceptować. Natomiast jeśli ktoś wiedział, bo miałam też takie osoby w najbliższej rodzinie (niestety), że my się staramy i byliśmy takim ostatnim bastionem nie poinformowanym, i oni liczyli na to, że po prostu ktoś ich wyręczy z tego, i dowiemy się jakoś, to zawsze było dla mnie bolesne. Wtedy było mi bardzo trudno się z tym pogodzić, wtedy to uczucie zazdrości, że nawet nie możemy liczyć na szczerość z Waszej strony, na takiej zasadzie, że nie traktujecie nas jako partnerów do tej relacji. To takie są moje wspomnienia z tego czasu. Takie mam też wrażenie, że dodatkowo te myśli złe i to takie Twoje poczucie wyobcowania, i właśnie poczucia tej złości, niesprawiedliwości i tego, że to znowu nie ty, na pewno jest napędzane tym, że poziom frustracji, poziom tego lęku, łez i tego takiego całego negatywizmu, który nas otacza w trakcie starań jest po prostu przeogromny i myślę, że to wzmaga dodatkowo te uczucia i one są dlatego tak też trudne do zaakceptowania, że to nie jest tak, że sobie żyjemy, jest fajnie i właściwie mamy the best time >najlepszy czas< w swoim życiu, tylko właściwie otacza nas zewsząd to pragnienie i ono po prostu wyłazi, nawet jak próbujemy się przed nim schować, to, i tak ono nas próbuje przechytrzyć, i wyjść z każdego zakamarka, więc to jest takie dodatkowo trudniejsze przy poczuciu tej zazdrości. Jestem pewna, że gdyby tego, takiego świata pozytywnego dookoła nas było więcej, to dałoby się bardziej od tego zdystansować, i złapać jakiś taki oddech, zastanowić się, zrozumieć, że teraz zazdroszczę ale nie jest to równoznaczne z tym, że źle życzę, a mi tego brakowało – takiego dystansu właśnie. Równanie i definiowanie zazdrości gdy boli A: Mi brakowało, żeby ktoś nazwał to, bo to jest trochę tak, że ja pokazuję mój ból i cierpienie, że ja wciąż czekam i zazdrość równa się – że ja cierpię, ja czuję uczucie straty, tęsknoty, ja to czuję. To jest we mnie. Z: Tak, dlatego super gdyby ten podcast miał taki wydźwięk, żeby Wy właśnie tutaj poczujecie to, czego nam brakowało i zrozumiecie to, że czasem czujecie ukłucie zazdrości albo nawet po prostu przeogromną strzałę zazdrości albo takie zalewające uczucie zazdrości, to nie czyni Cię złą osobą. To czyni Cię osobą (nazwijmy rzeczy po imieniu), która obecnie przechodzi coś trudnego, a to też jest normalne i jest w porządku, i masz prawo się tak czuć – nie powinnaś czuć z tego powodu jakiejś takiej odrazy do siebie, albo wręcz (tak, jak Ania mówi) – kim ja jestem w ogóle, czy ja jestem potworem. Nie, po prostu masz bardzo trudny moment teraz w swoim życiu – komuś obok spełnia się marzenie, o którym Ty również śnisz na jawie i nie tylko. A: Jedną z takich rzeczy, która może Wam pomóc w tym trudnym czasie i momencie, w którym poczujecie zazdrość, jest to, że sobie na nią po prostu pozwolicie. Nie będziecie tego oceniać i nie poddawajcie tego ocenom. Dajcie jej być i traktujcie jak coś, co może być obecne w życiu Waszym, jako osób starających się o dziecko. Ta zazdrość będzie się przewijać, może się przewijać czasami mniej bądź bardziej, czasami będą to sytuacje, kiedy będzie Ci dobrze, bo właśnie Wasza relacja i to jakie macie zasoby pozwolą cieszyć się ciążami, tak jak Zosi. Ludzie którzy zapraszali ją do tego świata, to sprawiało i pozwoliło jej się cieszyć, u innych będzie wręcz przeciwnie. Każdy z nas jest inny, ale to co chcemy żeby w Was zostało, to to: pozwólmy jej >zazdrości< być, nie gańmy się za to, że ona jest. Tak, jak wiele dziewczyn tutaj w komentarzach na IG zostawiło nam tę informację, że czują zazdrość i czują w pewien sposób odrazę do tego uczucia – że jak to…? Z: Chciałyśmy, żeby ten podcast miał też pewne rozwiązanie. Oprócz tego, że chciałyśmy Was ostrzec przed tym, czego my nie dostrzegałyśmy i dać Wam naszą perspektywę po latach, to wyciągnąć też z tego takie… Właśnie nie chcę powiedzieć, że rozwiązanie, bo to na pewno też nie będzie rozwiązanie dla każdego, plus to nie jest też tak, że Wy słuchacie sobie jakiegoś podcastu, dwie laski powiedzą Ci: słuchaj, mam proste cztery tipy dzisiaj na to, jak poradzić sobie z zazdrością i Wy tylko wprowadzicie te cztery tipy i po prostu łał, od jutra, że życie wygląda totalnie inaczej i przestajecie zazdrościć. Nie. Sory, ja bym bardzo chciała mieć takie moce, bo to byłoby pięknie i w ogóle bym była wtedy naprawdę człowiekiem “gitem,, gdybym mogła pomóc Wam tak bardzo, ale nie jestem w stanie. Chcę też żebyście nie oczekiwali od siebie przede wszystkim tego, że da się to tak odmienić diametralnie o 180 st., tylko po prostu bardziej siebie zrozumieć i szukać takich malutkich promyczków tej codzienności, które chociaż na moment odciągną Was od tego – takiego wpadania w to kłębowisko czarnych myśli, które będą się nakręcać. Wydaje mi się, że zrozumienie samej siebie i pozwalanie sobie na to, że to jest OK, to jest w ogóle klucz do sukcesu w tym temacie. Chciałabym się cofnąć w czasie, albo móc puścić sobie kiedyś taki podcast, albo pogadać sobie z kimś kto mi powie: to jest spoko, to jest totalnie normalnie, co czujesz i masz prawo tak czuć. Co więcej, to nie sprawia, że jesteś złym człowiekiem Ziomuś. Jesteś po prostu prawdziwym człowiekiem i tak naprawdę to nie te emocje, które czujesz Ciebie definiują, tylko sposób w jaki próbujesz je nazwać, próbujesz sobie z nimi poradzić, próbujesz jakoś do nich podejść, ugryźć, i zrozumieć. To bardziej jest istotne w tym wszystkim. Przypomina mi się też, coś co nie do końca jest z mojej bajki, natomiast może będzie z Waszej, bo ile ludzi, tyle sposobów. Kiedyś w naszym podcaście gościłyśmy Dżastę. Dżastę, która opowiadała o tym, że jej tipem, jej sposobem na to, jak wyrwać się z tych szponów niepłodności, żeby jej ta otchłań rozpaczy i tego właśnie przeżywania, żeby jej nie wchłonęła, po prostu dawała sobie (tylko nie pamiętam, jaki to był przedział czasowy – pamiętasz Aniusia?). A: Nie, nie przypominam sobie… Z: Czy to była godzina dziennie? Pół godziny dziennie – nie pamiętam. A: W określony czas. Z: Chodziło o to, że ona po prostu w ramach czasowych zamykała ten moment w którym pozwalała sobie na to, żeby być smutną. A: I to jest dziwne… Z: To też jest nie z mojego świata, bo ja chciałam czuć ciągle TO. A: Dokładnie… Z: To mnie definiowało wtedy. A: Mi by było trudno odciąć się od smutku, natomiast potem wiemy, że jesteśmy różni i po tym podcaście odezwały się do nas dziewczyny, które skorzystały z tego, i którym to pomogło. Więc może są tu też słuchaczki, bądź słuchacze, którym właśnie określone ramy i ta metoda Dżasty, pomogłaby im przeżyć ten smutek, i takie właśnie chwile na wypłakanie tego wszystkiego. A później – ok, otrzepanie się i mam teraz siłę na coś, co pozwoli mi teraz odciąć myśli. Z: Może… Dokładnie… To też nie jest z mojego ogródka, bo w moim ogródku były sadzone tylko kwiatki rozpaczy, żalu i właściwie taplanie się z tym i w ogóle, jak sobie wyobrażam sobie ten czas – np. pierwszy dzień okresu, gdzie ktoś mi powiedział: dobra Zosin, dzisiaj możesz przez pół godziny płakać, to bym sobie powiedziała… ła, pół godziny to ja sobie mogę nie płakać, i tak możemy odmienić Twoje ramy czasowe, ale potem, tak sobie pomyślałam, że w tej radzie od Dżasty jest naprawdę dużo mądrości tylko nie wiem na jaki moment w Waszym życiu ta rada trafi, ale jeśli… A: Może też na jaki dzień, bo to też jest wszystko tak bardzo zmienne. Wiesz, ja nawet teraz sobie myślę tak, jak wyglądały moje dni okresu, kiedy ja szłam, kiedy było ciepło i wyszłam na balkon, i miałam sobie rytuały opłakiwania na tym balkonie siedząc, a może gdybym zaproponowała mojemu mężowi: dobra, czas się ogarnąć, chodź gdzieś się przejdziemy, to już 30 minut >spaceru< sprawiłoby… Z: Tak, to prawda mimo, że np. w momencie mówienia tego do Twojego męża wcale nie czujesz, że masz na to ochotę… A: Oczywiście, że tak. Ja bym w ogóle nie miała ochoty na ten spacer, ale wiedziałabym, że to jest coś, co da mi o wiele więcej, może spędzimy czas i polepszy mi się nastrój. Jakkolwiek. Z: Nie masz nic do stracenia… A: Tak, dokładnie. Z: Ale możesz wrócić z tego spaceru i powiedzieć… dobrze, że wyszliśmy. A: Mogę siedzieć na tym balkonie i dalej płakać sobie, i myśleć, że ta wina na endometrium, a możemy się przejść po prostu na spacer, i zapytać się co u Ciebie. Z: I też nic nie tracisz, że jak wrócisz i dalej będziesz czuła, że dalej chcesz wyć, bo to jest właśnie Twój vibe, i nie udało się, przynajmniej podjęłaś próbę, ale może najdzie taka refleksja, wchodzisz do domu, czujesz, że złapałaś trzy głębokie oddechy, i mimo, że to nie jest fantastyczny dzień z Twojego życia w tym momencie, i dalej czujesz przygnębienie, i smutek, to może chociaż te trzy procenciki jest lepiej i powiesz: kurcze, fajnie, że wyszliśmy, nie? Nawet jak sobie po prostu szliście razem, to zawsze to jest jakiś sposób, więc do tego Was bardzo zachęcamy, to trochę też jest taki klimat i vajbik PROJEKTU ŻYĆKO, takiego projektu, który stworzyłyśmy na kanwie tego, co zwaliłyśmy w planszy naszego życia, bo ten poziom niestety obydwie zaniedbałyśy, też nie mogąc złapać chyba takiego dystansu do tego, bo my z okresu starań niewiele pamiętamy. Prawda? Ja nie pamiętam wiele poza pracą, bo uwielbiałam się zamknąć w pracy tak, żeby wracać z niej i po prostu padać, i musieć wstać kolejnego dnia i znowu mieć załadowanych pacjentów od rana do nocy, bo to było wspaniałe, i może jeszcze zapisać się na jakieś kolejne studia, ale nie dlatego, że czujesz, że masz ochotę na kolejne studia, tylko po to, żeby to było zabicie czasu. Takie straszne, trudne szamotanie się gdzie zaniedbywałam bardzo dużo rzeczy w swoim życiu i po to właśnie wymyśliłyśmy PROJEKT ŻYĆKO o którym Wam przypominamy, czyli takie celebrowanie małych rzeczy, które ciągle czekają na kolejny zakręt, na jutro, bo przecież za chwilę się uda i właściwie to rzeczy o których marzę, albo chociaż trochę sprawiają mi radość – odkładam – a może spróbować złapać jakąś zajawkę, która gdzieś tam głęboko się tli tylko nie macie dla niej troski, ani takiego ciepła, żeby się nią zaopiekować. Może chcecie się nauczyć szydełkować, może chcecie pójść na kurs fotografii, może chciałyście nauczyć się robić paznokcie. To może być wszystko, np. kiedy ostatni raz byłaś na jakiejś takiej luźnej kawie z psiapsi… btw tą psiapsi możesz być sama, kiedy ostat raz zabrałaś się do kina, żeby spędzić sobie fajnie czas. To są takie rzeczy o których zapominamy, a przypominamy Wam o tym, bo też wiecie, wtedy często w okresie starań wszystkie środki idą na leczenie niepłodności, więc np. takie marzenia, jak podróżowanie, odchodzą na dalszy plan… no wszystko odchodzi na dalszy plan, bo czekamy na spełnienie jednego marzenia. A my Was bardzo zachęcamy do tego, żeby poświęcić chwilę na refleksję, czy może jednak nie spróbować dwutorowo spełniać tych rzeczy, nie rezygnując z jednego i drugiego, tylko starając się to jakoś połączyć. Wtedy to życie nie ucieknie tak przez palce stracone… to nie jest stracone, poświęcone tylko tej walce i staraniom. To chcemy powiedzieć przez to, że można skupić się na małych rytuałach, które Wam przypomną o tym, że to Wasze życie to coś więcej niż tylko starania, a na pewno tak jest, tylko to czasem po prostu potrafimy zakopać, bo tak się zapędzimy w tym wszystkim. Równouprawnienie wśród uczuć, by mieć prawo do zazdrości Zbliżamy się powoli do końca, bo nasze wypisane podpunkty się wyczerpują i właściwie temat mamy wrażenie, że też powoli… chociaż to jest temat rzeka. Mamy nadzieję Was też zaprosić do tego dialogu. Jedną z takich rzeczy, którą jeszcze bym chciała żebyście przemyśleli, czy nie warto się nad tym pochylić… chodzi o to… news-ów >wiadomości< o tym, że ktoś jest w ciąży, nie możecie zrobić skip >przeskocz< i po prostu ich pominąć, bo one pewnie będą Was spotykały wszędzie, czy to w necie, czy to w życiu, one po prostu będą – natomiast nie musicie, jeśli czujecie, że Was to męczy, że to jest ponad Wasze siły, uczestniczyć w rozmowach o dzieciach, uczestniczyć w rozmowach o przebiegu ciąży. To jest naprawdę bardzo w porządku, żeby w delikatny sposób wtedy powiedzieć: sory, ale jest dla mnie bolesny temat. Postawić taką granicę, która sprawi, że ta poduszka taka ochronna wokół Was będzie szersza jeszcze bardziej, że tak bardzo Was to nie poobija. To, że zatroszczycie się o Siebie w ten sposób też jest bardzo w porządku. Zwłaszcza jeśli potem trudno się do takich sytuacji zdystansować, rozdrapujemy je w swojej głowie na tysiąc kawałków, właśnie wtedy pojawia się to uczucie zazdrości, które się napędza taką kulą śnieżną. To jest naprawdę bardzo dojrzałe i bardzo w porządku, żeby wyznaczać granice, które dla Was w tym momencie obecnie są akceptowalne. To też zostawiam do rozwagi. A: Ja bym podsumowała ten podcast takim zdaniem, żebyście dały sobie prawo do wszystkich emocji, że one nie czynią Was złymi, tylko czynią Was prawdziwymi. Z: Pamiętajcie o tym, że Wasza historia trwa, ona jeszcze się nie skończyła. To, że dzisiaj jesteście po tej stronie, nie znaczy, że zawsze tak będzie. My naprawdę bardzo mocno trzymamy kciuki, że od wszystkich z Was dostaniemy niebawem takie wiadomości, w których się podzielicie tym, że: hej kiedyś słuchałam tego podcastu i w sumie czułam się tak, a teraz już mogę Wam napisać, że jestem po drugiej stronie. Nie wiemy, co przyniesie przyszłość – no bo nie wiemy, ale jesteśmy pewne, że dzisiaj masz prawo czuć to, co czujesz i masz prawo dbać o siebie w tym całym procesie. Będziemy też bardzo, bardzo wdzięczne jeśli zechcecie poświęcić swój czas i podzielić się swoją historią, o tym, czy kiedykolwiek poczułyście uczucie zazdrości i jak to było u Was? Jak się w tym czujecie? Po której jesteście bardziej stronie? Który team >drużyna< Aniusia, czy Zosia bardziej do Was przemawia? Bardzo chętnie to przeczytamy i pamiętajcie też, że jeśli wiecie, że ktoś jest po tej samej stronie co Wy, a czujecie ten odcinek choć trochę Wam pomógł się zrozumieć, to prześlijcie tej osobie, która może dzisiaj tego potrzebować. A: Dziękujemy za wysłuchanie dzisiejszego podcastu. Do usłyszenia w kolejnym. Artykuł #096 Zazdrość, a może jednak nie? pochodzi z serwisu Akademia płodności.

  • Feb 14, 2025 · 26 min

    #095 Gdzie masz swoją granicę?

    Transkrypcja podcastu Akademii Płodności Plan odcinka STAWIANIE GRANIC – temat z grubej rury STREFA KOMFORTU A GRANICE – CZY UMIEMY W GRANICE GRANICE – czy zawsze musi grzmieć? MOJE vs TWOJE – cienka granica wzajemnej akceptacji WASZYM GŁOSEM, granice nie muszą boleć – historia Ani Zosia: Możesz sobie przesunąć ten stolik. Ania: O tak sobie zostawię. Oooo. Z.: Nie no, pięknie, możesz sobie przysunąć. Albo nogi na tę stronę możesz też wziąć. A.: Nie, już tak jest GIT. Z.: Bo musicie wiedzieć, że Ania się tutaj rozkłada. Ona się tu mości, bo dzisiaj nagrywamy w studiu domowym i statywy są takie, że trzymamy w łapach mikrofony. Każda ma swój kocyk i leży sobie z komputerkiem. Śmiejemy się tylko, żeby nie zdarzyło nam się zasnąć jak panu Korwinowi na live`ie. Więc może być tu takie chrapnięcie, bo nagrywamy w tym okresie, kiedy wiraluje na TikToku śpiący Korwin, a Wy słuchacie nas już w nowym roku. A.: Więc to już jest pewnie dawno i nieprawda… Z.: No tak, ale TO będzie ciężko zapomnieć, to jest jeden z moich ulubionych filmików, mimo, że wpadł dopiero pod koniec roku. Nagrajmy wstępik. Cześć, tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności, miejsce w którym towarzyszymy Wam podczas starań. A.: Dzień dobry Z.: Dzień dobry, dzień dobry. Witamy w kolejnym podcaście. Czekałam aż to padnie. A.: Bo właśnie zastanawiałam się… Upewnię się tylko. Kartę… mamy? Nagrywa się? Z.: Mamy kartę. Ja tu jestem profesjonalnym ogarniaczem Aniusia. A.: Dobrze, dobrze, dobrze. Ja wiem, wiem, wiem. Z.: Chociaż nie zdziwiłoby nikogo, gdyby się okazało za 40 minut, że tej karty jednak niema. Ojojoj, Aniusia. Ojojoj, to jeszcze raz nagramy. Nie Aniusia, luzik. A.: Dobrze. Z.: Możesz tutaj ludzi witać, tylko jest problem, że my nie wiemy, czy Wy tego podcastu będziecie słuchać jako pierwszego po przerwie, czy jednak Wam puścimy inny. Teraz mamy ostry zryw podcastowy i nagrywamy, bo mamy mocne postanowienie powrotu. Więc bardzo możliwe, że to jest ten pierwszy, którym będziemy się z Wami witać i nie chcemy Wam rozwalić głowy. Więc jak dwa razy będziemy się z Wami witać, to wiedzcie, że… A.: Po przerwie… Z.: Tak, dokładnie. Jak będziemy się witać po przerwie, to drugie przywitanie będzie po dwutygodniowej przerwie. A.: Czyli nadal po przerwie. Z.: I też, będziemy się bardzo cieszyć. STAWIANIE GRANIC – temat z grubej rury A.: Dzisiaj pogadamy sobie na temat stawiania granic podczas starań. Temat z grubej rury powiedziałabym. Bardzo potrzebny, ale bardzo trudny. Z.: Każdy tę technikę opanować powinien do perfekcji w ogóle w życiu, ale te starania, to taki wyjątkowy czas, kiedy jesteśmy bardzo bezbronni i może się okazać, że jesteśmy bardzo asertywni na co dzień, potrafimy sobie to swoje pole zawodowe w pracy wyznaczać bez żadnych problemów, bez żadnych zawahań. Albo w rodzinie, swojej najbliższej <tak sobie myślę>, np. ze swoim partnerem. Jak przychodzi do tematu „starań” to jesteśmy nieodporni na te ciosy i tacy bez żadnej tarczy ochronnej, stajemy się bardzo… A.: Malutcy? Z.: Tak. Jakby stoję naga tutaj stoję przed Tobą. Nic mnie nie chroni. Tak to potrafię się ubrać w moją zbroję i czuję się w niej naprawdę swobodnie i nie pozwalam do siebie strzelać, a nawet jak do mnie strzelisz to szybko odpieram ten atak, bo wiem, jak postawić granicę. W temacie STARAŃ, nie jestem już taka hop-do przodu. Będziemy Wam opowiadać różne historie w trakcie, ale… Ja w temacie starań byłam bardzo bezbronna i to jest też o mnie. Kojarzycie takie stan po jakiejś utarczce słownej – to nie musi być jakaś wielka kłótnia (chociaż może być, jeśli już eskaluje do takiego stopnia). Ale kojarzycie ten stan w którym najlepsze riposty przychodzą Wam jak już jest – albo chwilę po >kłótni< tylko oczywiście nie możecie ich wytoczyć, albo potem jak sobie myślicie o tym. Wtedy doskonale wiecie, co byście lepiej zrobiły, inaczej to rozegrały, nie dały się sprowokować, coś przemilczały lub coś dosadnie powiedziały. To wszystko przychodzi po czasie i ja najwięcej takich… jak to nazwać? Wyrzuty sumienia? Właśnie miałam w okresie starań i doszłyśmy z Anią do wniosku, że to jest bardzo wyjątkowy czas, w którym jesteśmy nie-bulletproof. STREFA KOMFORTU A GRANICE – CZY UMIEMY W GRANICE A.: Taki czas w którym, tak jak Zosia wspominała, że może to stawianie granic… Chociaż jak ja rozpoczynałam starania, to też te granice… staraniowe to już w ogóle, ale też takie w życiu nie potrafiłam ich stawiać i do tej pory mam trudność. Stawianie granic jest niekiedy nieprzyjemne i jest trudne, i jest (nie wiem, czy w każdym przypadku ale w moim), to jest wychodzenie ze swojej strefy i zderzenie się z tym, że stawianie granic nie zawsze jest przyjemne. Natomiast w konsekwencji, kiedy te granice zostają postawione, czasami dzieje się wiele dobrego. To stawianie granic potrafi nam pomóc. Rozmawiałyśmy z Zosią o tym, że podczas starań czułyśmy się bardzo bezbronne, że kiedy przyszło do stawiania granic w momencie, w którym jesteśmy tak bardzo poturbowane, i podkopywane nasze poczucie własnej wartości, to żadna zbroja nam nie pomoże. <wówczas> To jest tylko taka zbroja ściemniacza. Na początku ja nie „umiałam w granice”. Najpierw musiałam się przyznać, że ja potrzebuję tych granic, bo miałam taką manierę w sobie tłumaczenia całego świata: że ten świat nie chce; że nikt nie miał nic złego na myśli; że nie wie; że ciocia ma tyle lat, więc skąd mogła wiedzieć. Z drugiej strony pomyślałam sobie, jak tworzyłyśmy dla Was jeden z poprzednich mailingów, że tak tłumaczyłam innych, aż zapomniałam w tym wszystkim znaleźć zrozumienia dla siebie samej. Zamiast skupić się, kiedy ta dana sytuacja właśnie się wydarzyła, w której nie potrafiłam postawić granicy, to moje myśli skupiły się wokół ogromnej złości wobec tego, co się wydarzyło, ale później nastąpił moment wytłumaczenia sobie. Natomiast bardzo rzadko dochodziło do tego, że przed samą sobą mówiłam: HEJ, TO MNIE BOLI. To mi się nie podobało bardzo i myślę, że w tym przypadku to byłby pierwszy krok, który mógłby zaprowadzić gdzieś dalej. Przyznanie się przed samym sobą, że coś zaczyna mnie uwierać, a nie wybielanie tego i wtłaczanie sobie, że nie, nic mnie nie uwiera. Z.: Powiedziałaś coś takiego Anna, ja się z tym zgadzam, (chociaż pewnie nie każdy tak będzie miał, ale myślę, że zdecydowana większość), że sam moment, w którym musisz w sobie podjąć tę decyzję, że TERAZ wyznaczysz tę granicę, oznacza, że musisz zrobić coś niekomfortowego. Trzeba się postawić, trzeba wyjść ze strefy swojego komfortu, powiedzieć komuś coś, co prawdopodobnie nie będzie dla niego miłe do przyjęcia. Bo to jest taki moment w którym serce szybciej bije i nie wiesz czy zbierzesz się na odwagę żeby to zrobić, ale z drugiej strony później życie w tym świecie w którym Twoje granice są postawione i ktoś nie próbuje ich przesunąć jest bardzo komfortowe. Wyobrażam sobie, że są tacy ludzie, którzy są bardzo asertywni i dla nich to jest takie easy game, a są tacy dla których stawianie granic będzie bardzo stresogenne, i może zdecydują się tę swoją granicę podkreślić, zamanifestować dopiero za 15-tym razem, kiedy ktoś spróbuje ją przekroczyć dopiero. Rozumiesz, bo na to wpływa bardzo dużo części składowych: wychowanie w domu, towarzystwo w którym chcesz postawić tę granice. To jest tak wiele puzzelków, że ta finalna decyzja o przesunięci granicy, może zapaść w bardzo różnym momencie, ale nie wyobrażam sobie takiej sytuacji, po wyznaczeniu tej granicy, mogłabyś powiedzieć, że czujesz się niekomfortowo. To raczej działa w drugą stronę, że w momencie w którym po raz kolejny nie zdecydujemy się aby stanąć w swojej obronie, w obronie swojego serca i swojego ciała, to częściej przychodzą wyrzuty sumienia: a mogłam; a trzeba było. Tak jak właśnie >po czasie< przychodzą nam najlepsze riposty, to gdy nie postawimy tych granic, to jest gorzej, chociaż zdaję sobie sprawę, że ich postawienie jest turbo-trudne. Ja np. jestem takim człowiekiem, który nie ma problemu ze stawianiem granic, chociaż nie zawsze jest to komfortowe- przyznaję, natomiast nie czaję się, tylko szybko akcentuję >granicę<. To w temacie STARAŃ byłam kompletnie bezbronna i takie rzeczy, jak przemyślenia wypłakane pod kocem po powrocie do domu, kojarzę najbardziej z okresu starań. To była ta zraniona część, której ja nie potrafiłam w sobie zaopiekować i obronić, a ta cześć była najbardziej wrażliwa i czuła i kiedy tam trafiłaś tą strzałą, to było to miejsce, w którym ja nie byłam dla siebie wystarczająco… opiekuńcza? Do stawiania granic bardzo bym chciała, aby ten podcast Was zachęcał. Tylko nie na zasadzie postawić i odciąć się od całego świata, bo zostanie ona postawiona w sposób wybuchowy, nieprzemyślany, kierowany emocjami, chociaż ciężko odciąć zupełnie emocje, gdy w grę wchodzą uczucia i tak ważne rzeczy dla nas. Fajnie, że możecie sobie to teraz przemyśleć na spokojnie i zastanowić się w jaki sposób chcielibyście (chociaż pewnie nie da się przepracować tego scenariusza 1:1, który sobie opracujecie), ale choć trochę będziecie przygotowani, kiedy przyjdzie Wam stanąć w swojej obronie i postawić tę granicę, to wstępnie będziecie mieć zarys, i pomysł na to, w jaki sposób to zrobić. GRANICE – czy zawsze musi grzmieć? A.: Ja sobie myślę, że od czasu w którym starałam się o dziecko i totalnie nie potrafiłam stawiać granic, upłynęło sporo wody w tej rzece. Okazało się, że dojrzałość, której nabywa się z wiekiem i różne sytuacje życiowe sprawiają, że (a propos tego, że jest to niekomfortowe dla mnie), opracowałam sobie technikę, że w sposób kulturalny można wyrazić swoje zdanie, i nauczyłam się je wyrażać. Stawianie granic kojarzyło mi się z wielką wybuchowością i z tornadem emocjonalnym, a można powiedzieć językiem, którym komunikujesz się z daną osobą, co jest Twoją granicą, tak, aby postarać się żeby ta osoba zrozumiała. Tylko pytanie, czy każdy zrozumie Twoją granicę, bo gdy stawiam granicę i wiem Zosin, że my możemy sobie porozmawiać ze sobą i po drugiej stronie mam inteligentną laskę, która bierze to pod uwagę. Czy mam osoby z którymi żyję i mam relację i wiem, że ta granica zostanie zaakceptowana… Z.: Czaję… A.: Wiele osób boi się podczas starań, że Oni zostaną po prostu zlani, że ta granica nie zostanie wysłuchana. Z.: Rozumiem. To jest dobry moment na to, żeby zastanowić się nad dalszymi losami tej relacji. Jeśli mówimy o jakimś niegrzecznym i chamskim wuju Zbysiu (przepraszam wszystkich Zbyszków, bo ja zawsze tego Zbysia wybieram jako tę moją personifikację najbardziej chamskiego, rubasznego wujasa, który spod wąsa się będzie z Was podśmiewał, choć nie mam żadnego wujasa Zbyszka-teraz tak sobie myślę czemu >on<. Wybaczcie wszystkie Zbyszki).Ale przedstawiając tego Zbysia, którego widujemy raz w roku na święta, to nie chciałabym poświęcać swoich zapasów energii, nerwów i czasu na myślenie o tym, jak rozegrać to na polu z wujasem, który jest w moim życiu mało istotną osobowością, tylko będzie mnie podszczypywał i kłuł niewybrednymi tekstami. Na takiego „wujasa” bym sobie przygotowała jakiś jeden tekst (może nawet na granicy grzeczności). Jeśli boicie się otworzyć przed kimś i zaznaczyć granice, przed kimś, kto jest zdecydowanie bliżej i częściej w Waszym życiu zajmuje większą przestrzeń (bo może to być też Aniusia, wyimaginowane w naszych głowach, bo zawsze to, czego nie znamy wygląda straszniej, niż to z czym się realnie spotkamy), i jeśli tam jest ktoś, kto nie wykaże się w stosunku do nas empatią, zrozumieniem albo chociaż na chwile nie otworzy swojej głowy, że nie wie lepiej, jak jest w Twoim życiu, tylko pozwoli Tobie przemówić, i to Ty nadasz narrację Twojemu życiu, a nie on ją będzie wiecznie robił. Zastanówmy się, czy chcemy, by ta osoba była w naszym życiu blisko. To jest dobry moment, żeby sobie przewartościować ludzi, którzy nas otaczają. Wiecznie dostosowywanie się do naczynka – kształt –do jakiego naczynka Cię wleją bywa męczące, gdy nikt nie pyta, jaki Ty dzisiaj chcesz mieć kształt. To taka rada ode mnie, bo jeśli to jest ktoś nieznaczący, to jak najmniej energii i tracenia nerwów na taką osobę, a jeśli to ktoś… A.: Z kim nie ma wyjścia, że musisz być np. przy świątecznym stole… Z.: Ale to jest raz w roku i z takim wujasem Zbysiem – nie ma wyjścia jestem, ale mam przygotowaną dla niego ripostę, ale nie będę go wtajemniczać, bo nie uważam, że on jest godny tego, żebym ja się przed nim tłumaczyła i rozbierała na czynniki pierwsze: dlaczego mnie zranił. Tylko dać mu do zrozumienia, że przegiął. Ale Twoje pytanie może dotyczyć kogoś bardzo bliskiego, np. osoba którą chciałam postrzegać w moich oczach jako „psiapsi”, a jeśli ktoś taki, nie wykazuje po drugiej stronie empatii (tak, jak Ty mówisz – coś powiesz i wiesz, że masz laskę, która wysłucha), i jeśli mam poświęcać swoją energię i czas na pielęgnowanie relacji, takiej mocno jednostronnej, to dobry moment, żeby się nad tym zastanowić. A.: Prędzej, czy później nie przyniesie dobra do Waszego życia – przynajmniej ja mam takie doświadczenia, że wszystkie te płytkie relacje pewnym momencie się rozpadają. Z.: Same się kończą. A.: Same z siebie. Prawda? Z.: Albo takie relacje w których jedna strona jest jedyną stroną ciągnącą, to w pewnym momencie ta strona się wypali – możesz ciągnąć coś sama, ale w pewnym momencie się skoczysz i się okaże, że jeśli Ty nie dolewasz paliwa do tej relacji, to pociąg staje. Druga osoba nie pomyśli nawet, że trzeba zajechać na stację, bo już dawno nie byliście na tej stacji. To jest do przemyślenia. To też wartościowe, że stawianie granic w pewien sposób zrewiduje osoby w Waszym otoczeniu. Niektórzy będą w stanie zaakceptować i zrozumieć, a niektórzy nie i to jest bardzo dobry papierek lakmusowy dla relacji. MOJE vs TWOJE – cienka granica wzajemnej akceptacji A.: Przy stawianiu granic, warto zastanowić się jeszcze nad jedną bardzo ważną rzeczą: czy chcemy nasze granice były akceptowane i czy zawsze jest miejsce na akceptowanie granic innych? To pytanie dla Was, bo często dostajemy wiadomości, gdzie to jest tylko jednostronna: ja bardzo chcę, ale nie daję miejsca na Twoje granice. Daje to poczucie, że granice pozwalają Wam odciąć taką krechą emocje drugiej osobie. To jest jej granica –akceptuję to, nie biorę tego emocjonalnie do siebie, nie rozkminiam tego na czynniki pierwsze. To jest też lekcja, którą warto odrobić w życiu, która może nie zmieni się za sprawą wysłuchanego jednego podcastu i naszej rozmowy z Zosią, ale życzę Wam tego, aby miejsce na te granice innych były w Waszym życiu. Aby dzięki temu, a może przy okazji przyszło Wam lepiej stawiać Wasze granice. Z.: Bo jest to OBLIGATORYJNE. Respektowanie granic innych osób musi zajść, żebyście mogły wymagać aby ktoś akceptował Wasze. To działa w dwie strony i tylko w takiej formie ma szansę istnieć. Tę istotną uwagę zostawiamy do przemyślenia. A.: Podczas starań nie było mi łatwo akceptować granice innych. Może to też wynikało z tego gdzie ja się czułam komfortowo, albo nie potrafiłam zaznaczyć miejsca komfortu innych ludzi, bo też nie było dla nich przestrzeni. Liczyły się moje starania. Ja. Moje emocje, a emocje innych… nie miałam głowy i przestrzeni, żeby je przyjmować. Do zastanowienia. Z.: Ja rozumiem. Chcemy to podkreślić, że to może być wyjątkowo trudne, ale nie zmieniam swojego zdania, że przestrzeganie granic innych jest obligatoryjne. Bez względu na to, czy znajdujemy się w czasie starań, czy w innym okresie. Anusia to nie było ok, że wymagałaś od innych ludzi przestrzegania Twoich granic mając głęboko w nosie ich granice A.: Tak, to było bardzo nie OK. Z.: To chcemy podkreślić (z góry nie zakładamy, że tak macie, ale biorąc pod uwagę nasze przykłady i to, że łatwo było zatracić się w takim nieobiektywnym postrzeganiu rzeczywistości, który dla innych osób nie znających tematu niepłodności, nie był tak oczywisty, jak dla nas – ten świat wciąga). Zwróćcie uwagę, czy dałoby się wypracować jakiś kompromis w tych relacjach, bo wszystkie granice: dla mnie moje są najważniejsze, ale dla tej osoby, która stoi po drugiej stronie, której przedstawiam moje – jej granice są najważniejsze. Trzeba znaleźć fajne miejsce do spotkania się po środku. Chciałabym teraz powiedzieć, bo wspomniałaś kilka wypowiedzi wcześniej, że bardzo prawdopodobne, że za późno stawiałaś granice, bo kojarzyły Ci się z wybuchowością, a ich zaakcentowanie musiało zapoczątkować jakąś większą kłótnie. AMBA SIĘ DZIEJE, ze spokojnej rozmowy od razu do eskalacji poziomu emocji, których nie chcemy doświadczać i dlatego ich unikamy. WASZYM GŁOSEM, granice nie muszą boleć – historia Ani Z.: To jest dobry moment, żebyśmy przeczytały historię Ani, pięcioletniej staraczki, która była w podobnym vibe do Ciebie (za długo chowała coś w sobie, potem coś zrozumiała). Przeczytam Wam to i zostawimy Was z tym do przemyśleń. Ania pisze tak: „Dużo się mówi o tym, czego nie powinno się mówić. Uczula się innych, lecz tak myślę, że dużo takich spraw zależy od nas samych. Mówię to ja – pięcioletnia staraczka. Mnie te 5 lat uświadomiło, że ustalenie własnych granic bardzo wiele ułatwia. Kiedyś wszystko brałam na klatę. Uśmiechałam się do brzydkich tekstów, bądź pozwalałam na niewybredne uwagi. Wymagałam od siebie radości, entuzjazmu, cierpliwości i zawsze zrozumienia…, bo przecież to dziadek, przecież oni nie wiedzą, przecież starsi to nie zrozumieją. No i trochę w tym prawdy jest, lecz ja im mogę powiedzieć, że przekraczają jakąś granicę, że robią mi przykrość, tylko po to aby zwrócili na to uwagę. Po tych 5 latach stwierdzam, że brałam na siebie za dużo. Wystarczyło grzecznie zwrócić uwagę i powiedzieć BOLĄ MNIE TAKIE ŻARTY, albo SPRAWIŁEŚ MI PRZYKROŚĆ i gwarantuję, że 90% ludzi zrozumie. Świata nie zbawimy, lecz możemy samym sobie pomóc jakoś w nim dobrze i przyjemnie i co najważniejsze na własnych zasadach funkcjonować. Dziś jestem już na innym etapie i do nowej drogi stosuję zasadę: nie zwierzam się, lecz nie pozwalam innym słownie mnie ranić. Mówię otwarcie lecz grzecznie, bo siłę do tej walki, każdy z nas ma w sobie i głęboko w to wierzę, że za te 5 lat, nowe, wieloletnie staraczki będą miały więcej odwagi o walkę o swoją psychikę, a ludzie więcej uważności i delikatności na innych, bo będziemy o sobie nawzajem wiedzieć. U nas to przynosi plony, szczególnie w nas samych”. Ja myślę, że to jest bardzo mądre, co Ania napisała. Pamiętam, jak wysłała nam to za pierwszym razem napisała, ja miałam takie: Boże, to jest piękne. Naprawdę. A.: Piękne być tam. Dojść tam na tę drogę. Życzymy Wam, żebyście znaleźli się dokładnie w tym miejscu, gdzie te myśli pozwolą Wam w taki sposób kierować Waszym światem. Z.: Ani zajęło to 5 lat. Mamy nadzieje, że Wam zajmie krócej, może też dzięki temu, że staramy się zaakcentować temat i potrzebę tego, ale nie biczujcie się, gdyby okazało się tak jak ja miałam często, czyli po takich obiecankach dla samej siebie: że następnym razem to już na pewno się odezwę i na 100% stanę w swojej obronie, to już był ostatni raz, kiedy pozwoliłam, a gdy dochodziło do kolejnej konfrontacji, byłam znowu przyparta do muru, w tym najbardziej delikatnym temacie – po raz kolejny nie dotrzymałam słowa i nie stawałam w swojej obronie. Fajnie by było, gdybym miała więcej wyrozumiałości dla siebie, dlatego DAJCIE SOBIE CZAS i nie zakładajcie, że uda się od razu, ale miejcie na uwadze, że stawianie granic w życiu jest turbo-turbo ważne. A.: Dziękujemy za wysłuchanie podcastu. Do zobaczenia (i usłyszenia) w następnym. Z.: A gdybyście mieli jakąś taką myśl, że chcielibyście się z nami podzielić jakimś przemyśleniem po wysłuchaniu jakiegokolwiek podcastu, to będziemy bardzo wdzięczne za poświęcenie chwili i napisanie do nas, bo bardzo lubimy Wasze wiadomości. Czasami wpływają do nas po miesiącach, a czasami po latach potraficie napisać, że jakiś podcast zmienił Waszą optykę, na coś >innego<, a to jest bardzo ważne dla nas, bo wiemy, że warto się tutaj produkować przed tymi mikrofonami. Więc bardzo zachęcamy Was do tego żebyście dzielili się z nami swoimi przemyśleniami po naszych wynaturzeniach podcastowych:). Dobrego tygodnia. Artykuł #095 Gdzie masz swoją granicę? pochodzi z serwisu Akademia płodności.

  • Jan 29, 2025 · 39 min

    #094 – Dieta na 100 czy na 80%?

    W dzisiejszym podcaście odpowiadamy na poniższe pytania: 1. Nowy rok – nowa ja? 2. Czy to ma szansę zadziałać? I jeśli tak to w jakich warunkach? 3. Czy to nie jest tak, że aby wystartować potrzebujemy „białej kartki”? 4. Co nas motywuje, a co wytwarza tylko dodatkową presję? 5. Robię coś bo czuję, że naprawdę tego chcę czy podążam za tłumem i robię trochę bezmyślnie tylko dlatego, że inni to robią? 6. Czy deadline działa na Ciebie motywująco czy presja sprawia, że gdy „musisz” to przestajesz działać efektywnie? 7. Co zrobić, żeby zminimalizować ryzyko porażki? Jak przygotować się na sytuacje kryzysu, niemocy, braku czasu, chorobę etc? 8. Jakim jesteś człowiekiem? Czy jeśli pozwolisz sobie na małe odstępstwo to serio na nim poprzestaniesz? Czy wyciągnięcie jednego małego kamyczka spowoduje całą lawinę kamyczków pełnych odstępstw? 9. Jaką drogę masz do przejścia? Czy metoda małych kroczków jest dobra zawsze dla każdego? Zosia: Jaką nam opowiesz ciekawostkę Ania na początek? Po takiej przerwie nagrywamy podcast, że naprawdę możesz nam powiedzieć różne fajne rzeczy. Ania: Przede wszystkim chciałabym powiedzieć, że bardzo się cieszę, że wróciłyśmy. Z.: Oby to było stałe. Teraz ja też tak się boję, żeby to nie było, że się zerwiemy- nagramy jeden podcast i znowu osiądziemy. A.: Jakoś tak wczoraj „odkulisowo”, wygląda to tak, że myślimy nad tematami, a wczoraj TEN temat urodził się dość szybko. Więc myślę, że poczułyśmy to flow. Z.: Jest nam trochę smutno >powiem Wam<, że dawno nie nagrywałyśmy tych podcastów, a one wciąż w wiadomościach od Was się przewijają. Codziennie piszecie, że słuchacie nas w podcastach i że to bardzo lubicie. Jak piszecie do nas takie wiadomości, że się udało, to tam też bardzo często przejawia się >info<, że słuchaliście tych podcastów. Smutno mi bardzo, że zniknęłyśmy na tym polu. A.: Nowy rok postanowienia… Z.: Oho, bo o tym dzisiaj będzie podcast. Słuchajcie, bo to są też nasze postanowienia – przeróżne. To zróbmy teraz wejścióweczkę i nawijamy… Cześć, tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności, miejsce w którym towarzyszymy Wam podczas starań. A.: Witamy w kolejnym podcaście… po przerwie. Z.: Dłuuuugiej. Siemka. Nagrywamy dla Was te same MY, chociaż trochę nowe, trochę z nowego studia, bo w innym miejscu. Mamy nadzieję, że jakość dźwięku będzie spoko, bo nagrywamy trochę inaczej… więc się okaże. Będziemy dzisiaj mówić, o NOWYCH NAS – jest taki slogan (znany pewnie większości z Was pt. NOWY ROK- NOWA JA, i troszkę około tego tematu będziemy się dzisiaj poruszać. Zobaczycie, czy troszkę jednak próbując go obalić, obśmiać, czy jednak wysunąć na piedestały i próbować Was przekonać, że warto według niego żyć. A.: Nowy rok-nowa ja, ale też NOWE DIETY W AKADEMII. Z.: Tak, To prawda. A.: Nowe diety sezonowe pojawiły się i w momencie w którym mamy premierę podcastu – możecie zerknąć, co tam ciekawego czeka na Was. Z.: One prawdopodobnie, (jeśli słuchacie nas w tych dniach początkowych i trafiliście na premierę podcastu, a nie po jakimś czasie), prawdopodobnie są jeszcze do ustrzelenia taniej. Radzimy czym prędzej >zajrzeć< do sklepu, żeby sprawdzić, czy jeszcze ta promka śmiga, aby zacząć ten nowy rok z NOWĄ „JĄ”. Zaraz będziemy sobie o tym nawijać, czy to mądre jest, bo wiecie jak to z tymi postanowieniami noworocznymi (wiecie, albo nie wiecie). Trochę tak jest, że zakładamy dużo nierealnych celów, które są bardzo fajne w naszej głowie, bo życie wyobrażeniami o „nowej mnie” (z tego czasu, który wyobrażam sobie musi minąć, żeby osiągnąć jakiś tam cel) jest bardzo fajne i takie, że chce się biec do tego celu. Tylko, że przez to, że one są takie nierealne, że zakładamy je bez żadnych konkretnych założeń, które mają nas do nich doprowadzić, to większość z nich jest po prostu nie osiągalna (np.) te obśmiewane karnety na siłownię, które wykupujemy w styczniu na potęgę- kończą się w styczniu. Te pierwsze dwa tygodnie-trzy tygodnie stycznia siłownia jest pełna, a potem odpadają zawodnicy – ci właśnie, którzy mieli być w teamie „nowy rok-nowa ja”. Jak to jest i dlaczego tak jest, i co zrobić żeby tak nie było- mamy na to kilka pomysłów. A.: Ja mam jeszcze takie pytanie (takie rozmyślenia): czy to nie jest tak, że my potrzebujemy po prostu białej kartki (tej przysłowiowej) w swojej głowie i jedną właśnie (z tych wielu kartek), którą napotykamy w takim cyklu kalendarzowym, jest nowy rok. Też jest taka porządna biała kartka, bo wymazane jest wiele rzeczy, a taką białą kartką, która może być motywująca w pewien sposób, jest też ta „zmiana od poniedziałku”. Czyli może TO jest motywujące, taka biała kartka. Z.: Stara… Jasne:). W ogóle dużo rzeczy jest motywujące. Dobieganie do deadlinów i rozpoczynanie ich, to w życiu staraczy mam wrażenie kręcimy się wokół nich. Chociażby każdy nowy cykl – to nowa biała kartka. Dużo jest takich nowych momentów od których fajnie jest zaczynać, bo on otwiera nowy rozdział, który może odwrócić wszystko. Tak samo ten „nowy rok”, jest właśnie fajnym rozpoczęciem, że mogę >jeszcze raz<, a tamto zostawiam za sobą i zaczynam. Czy to jest poniedziałek, czy to jest nowy cykl, czy nowy rok, mogą to być urodziny – DEADLINE`y SĄ WPISANE W ŻYCIE STARACZY. Okupione są dużą dozą nadziei i powiewu świeżości, że tam za rogiem jest zupełnie inne życie i (chyba) będzie łatwiej odgrodzić je kreską od poniedziałku, a nie od soboty… i dlaczego tak jest? A.: To jest dobre pytanie i wiesz, że dla wielu osób jest motywujące, że takie deadlin`y (może nie nowy rok-nowa ja), bo też przychodzi luty i kolejny >miesiąc< i dla wielu z Was może to być motywujące. A propos motywacji na mnie działa coś odwrotnego i nie narzucanie sobie takich deadlinów jest bardziej motywujące i jestem osobą, która woli myśleć o tym, że dzisiaj mam przygotować zdrowy posiłek, lub tę siłkę dzisiaj mogę – i myślę tylko o dzisiejszym dniu- czy 15 min. poćwiczę, takie miałam kiedyś założenie, to mi bardzo pomogło, utrzymywać w ryzach ćwiczenia, których potrzebowałam. Nie narzucanie sobie tego, że muszę to robić – tylko robię to (tylko i wyłącznie dzisiaj, a nie myślę o tym >w kółko<). Taka zmiana myślenia, to naprawdę > u mnie< działa. Z.: Aaa ja nie. Zupełnie inaczej >robię< jak sobie tak pomyślę o tym- ja nie zrobię rzeczy dopóki nie mam deadlajnu, że mi sapie na plecach. A.: No tak, dokładnie. Więc NOWY ROK-NOWA JA, może być całkiem niezłym kopniaczkiem, nie stwarzając takiej presji, która może się pojawić. Natomiast ja jestem taką osobą, która jednak woli np. trenowałam i potrzebowałam trenerki do tego, żeby nie zrobić sobie krzywdy na siłowni ze względu na mój kręgosłup. Ja na tę siłownię uczęszczałam ochoczo, albo i nie, bo nie zawsze mi się chciało, to ona > trenerka< była takim moim deadlinem, bo umówiłam się z kimś więc głupio mi było nie przyjść na te zajęcia, a jak mi się nie chciało, wręcz >prosto< w twarz jej to mówiłam, że nie chce mi się ćwiczyć, ale skoro już się umówiłyśmy, więc >tak sobie mówię< jestem odpowiedzialną Anią, jestem dorosła, będę tu. Więc umówienie się z nią działało, (bo przekładałam tylko w kryzysowych sytuacjach) i uczęszczałam na te zajęcia. Gdy zmieniły się trochę warunki współpracy naszej i powiedziała, że MUSZĘ ten pakiet ćwiczeń wykorzystać w określonych miesiącach, czyli MUSZĄ być ćwiczenia dwa razy w tygodniu do końca grudnia, to ja się nie zjawiłam na żadnych zajęciach. Moment w którym >pojawiło się < MUSZĘ to zrobić, odrzucił mnie, pomimo, że wcześniej tak naprawdę cisnęłam dwa lata. Także myślę, że dla słuchaczy deadline mogą być dobre, ale mogą też przeciwny mieć efekt. Z.: Ja to trochę czaję, bo jak za bardzo mnie przypałujesz, to ja już zamykam się w sobie i w swojej skorupce i myślę „a to pierdzielę, w ogóle odejdź”. Z drugiej strony, to o czym Ty mówisz, że umówiłaś się z kobietą i nawet jak Ci się nie chciało to poszłaś, to już jest pewnego rodzaju deadline. Samo to >umówienie< już mnie motywowało, bo gdybym miała iść na tę siłownię i miałabym ćwiczyć sama, a miałabym cały poniedziałek od godziny 8 do 22 i to ja miałabym zdecydować o której godzinie idę, bo tylko ja sama organizuję sobie tam ćwiczenia, a nie, że jest za mnie odpowiedzialna jakaś Basia, która zarezerwowała sobie mój czas, ustawiła sobie pode mnie kalendarz, to jest mniejsze prawdopodobieństwo, że Zosin znajdzie się na tej siłowni >sama<, niż jak jest umówiona z Basią. A.: Tak, bo motywacją było to, że angażuję w to inną osobę i jestem dorosła, i … Z.: Głupio po prostu jest… A.: Tak, i nie chcę jej zawracać głowy, stawiać w niezręcznej sytuacji, bo właśnie: ustawiła sobie grafik pode mnie i to mnie właśnie bardzo motywowało. To było coś, co mi pozwoliło tam uczęszczać dwa lata… może nie całe dwa lata, w każdym razie długo wytrzymałam na tej siłowni i sprawiało mi to radość, a po pewnym czasie wkręciłam się w to. Ale już ten wytrych został (może, jak słuchacie tego podcastu, to wróciłam >na siłownię<, bo ja cały czas mam zamiar wracać). Z.: Od stycznia, bo nagrywamy przed styczniem, więc może. A.: Może to będzie >mój< NOWY ROK- NOWA JA, natomiast na mnie ten „nowy rok-nowa ja” nie działa. Z.: Musisz się spiąć, Stara;), bo jak naprawdę zechcesz wrócić z takim miesiącem, gdzie dużo ludzi zaczyna, tę NOWĄ BIAŁĄ KARTĘ, to może być gęsto tam na tej siłowni naprawdę na początku. Więc zepnij się, jak możesz teraz chwilę przed. A.: Właśnie w kontekście ćwiczeń siłowych i w ogóle wychodzenia gdzieś, może właśnie umówienie się z kimś na wspólne wyjście, będzie dla wielu z Was będzie rozwiązaniem, na to żeby coś zdziałać, jeżeli wiecie, że ta aktywność fizyczna w waszym przypadku (przypuszczam, że w większości Was, a nawet i w całości, bo ta aktywność jest bardzo ważna może dać korzyści), to umówienie się z koleżanką na tę siłownie>zadziała<, jeżeli jesteście takimi „Aniusiami”. Z.: Ja się umówiłam z moim mężem i aktualnie wygląda to tak, że mój mąż chodzi a ja teraz mam deadline z kolei od naszego trenera, że jeszcze dwa treningi na których się nie pojawię, to on łączy mojego Dudka z kimś innym, a dla mnie drzwi są zamknięte. A.: Wypadasz z kółeczka. Z.: Więc teraz ten deadline, którym mnie pałuje i już szukam miejsca w kalendarzu, żeby znowu wpaść w kółeczko i jednak tam wrócić. Smutno mi jest, że mnie chcą wyrzucić ze stada, a ja jestem takim najsłabszym ogniwem, ale w stadzie, halo jestem fit Zosinem. Wiesz co sobie myślę, że fajną drogę do innego tematu, który chcemy dzisiaj omówić, w sensie tego samego tematu, ale inne odnogi, które chcemy omówić rozpoczęłyśmy tym właśnie popuszczaniem i sprawdzaniem pasa. Zastanawiałyśmy się, jak omówić Wam temat, czy my jesteśmy zwolenniczkami stosowania diety przez Was na 100%, czy lubimy to podejście? Stwierdziłyśmy, że właśnie to jest trudne pytanie, dlatego, że nie wiemy kto nas po drugiej stronie słucha. Rozumiecie? Są ludzie, którym jeśli pozwolimy wyciągnąć kamyczek z tej uzbieranej kupki, to tam nic się nie stanie, bo wyciągną kamyczek i git. Natomiast są też tacy, że po wyciągnięciu kamyczka ruszy cała inna lawina kamyczków uzbierana. Pozwolimy Wam na odstępstwa od diety, bo właściwie jedno małe odstępstwo naprawdę nie zrobi nam jakiejś wielkiej różnicy w kontekście zdrowotnym, a może Wam zrobić bardzo dużą różnicę w głowie i w komforcie funkcjonowania na diecie. Może mieć naprawdę dużo plusów, tylko pytanie jest: czy to „pozwoleństwo” z naszej strony nie trafi na grunt, w którym jeden kawałeczek czekoladki rozumiany jako centymetr na centymetr, nie zostanie odebrany, jako jeden kawałeczek czekoladki wciąż lity-cały, a to będzie cała duża Milka. Czaicie bazkę?;) Mamy różne osobowości i popuszczanie pasa przez różne osoby jest interpretowane inaczej, a to jest kolejny moment, w którym możemy powiedzieć, że to zależy (jak bardzo wiele rzeczy), czy tę dietę trzeba trzymać na 100%. Czy lepiej od razu na 100%, czy lepiej od razu założyć, że 80/20. Jak Anna, będziesz rygorystycznym dietetykiem, czy jednak takim trochę mniej? A.: Ja będę dietetykiem, który chciałby dostosować to do danej osoby. To zależy od wielu rzeczy: co my chcemy osiągnąć tą dietą, od psychicznego podejścia, czy ta osoba dana jest gotowa na tę dietę, czy będzie ją bardzo obciążać, czy ona wolałaby małymi krokami, ponadto czy jest gotowa, czy jest wsparta. I te małe kroki zrobią nam większą robotę niż plan dietetyczny na 100%, który ona wrzuci w kąt w dwa dni, albo, że będzie się jeszcze bardziej się biczowała podczas starań, bo zawaliła dietę. A nie o to w tym chodzi. Chcemy zmienić ten styl życia, ale przez przejść przez >tę zmianę< w miarę komfortowo dla Was. Wierzę, że dla wielu ten komfort będzie większy, dla innych mniejszy. Wszystko to chciałabym dostosować pod daną osobę. Chyba najlepiej będzie tutaj na przykładach opowiedzieć historie Staraczek, których już na 80% – zmian diety- te małe kroki wprowadziły, aktywność fizyczną, ale nie taką, że siłownia, czy coś, tylko >nawet< spacery, spowodowały, że w przypadku tej danej PCOSki której mówię, pojawiła się owulacja. Myślę sobie z drugiej strony o PCOSce – Staraczce, która miała PCOS, borykała się z insulino opornością którą miała, nadprogramowe kilogramy i tutaj było więcej pracy, którą Ona musiała wykonać, żeby ta owulacja przyszła do niej. Schudła 20 kg, więc te małe kroczki prawdopodobnie nie zaprowadziłyby ją do tego miejsca gdzie większa zmiana tego stylu życia – też nie chcę oceniać, że procentowo było to 95%, ale musiała włożyć o wiele więcej niż ta Staraczka przytoczona w pierwszej historii. Teraz pytanie: 100%, czy 80%? – jest naprawdę dobrym pytaniem, a ja nawet nie potrafię odpowiedzieć, bo każdy z Was musi sobie odpowiedzieć na to pytanie, jak się czuję najlepiej i co chce osiągnąć, jaki jest cel, czy jest osobowością, która się dobrze odnajduje, bo są osoby, które odnajdują się w dietach na 100% i taką osobą np. jest mój mąż. On jest osobą, która robi dietę na 100%, bo walczy też ze swoimi nadprogramowymi kilogramami, a to jest jak sinusoida w naszym życiu. Na jego przykładzie, a myślę, że On reprezentuje jakąś grupę osób, odnajduje się na 100%. Dla niego słodycze mogłyby nie istnieć, w momencie, w którym On jest na diecie i On świetnie w tym funkcjonuje, natomiast już efekt diety, jeżeli On porzuca tę zmianę, którą wprowadził, to, to jest jedno okienko. Jedno okienko czekolada – potrafi uruchomić lawinę. I to jest koniec. I On zdaje sobie sprawę, że tak to funkcjonuje – wtedy już nie chce >się ograniczać<, pozwala sobie na to odstępstwo i ja już wiem, że to już jest koniec tego zdrowszego etapu w jego życiu i zaczyna się już „hulaj dusza”, bo u niego nie ma półśrodków. Albo na „grubo albo wcale”. Tak On funkcjonuje. Ja zawsze wspieram go w tej zmianie stylu życia, choć teraz wiem, jak to funkcjonuje, to na początku próbowałam mu mówić: Ty możesz jeść te niezdrowe rzeczy, jak chcesz zrobić jakieś odstępstwa, jak lubisz coś, możesz zjeść sobie czekoladę, tylko niech to będzie to w jakichś rozsądnych ilościach. Niech balans będzie zachowany i jesteś w stanie to zrobić, ale On powiedział, że nie chce, bo wie, że to nie jest droga dla niego. Z.: Bo może ma w głowie, że popłynie… A.: Tak i On nie chce, żadnych zdrowych deserów (mogłam mu zrobić). Udało nam się tutaj w Akademii z Zosią naprawdę odwracać, to zdrowie ludzie na lepsze i wprowadzać na zdrowe tory i zrobię dokładnie tak jak chcesz – ale dla niego, żadne zdrowe desery nie wchodzą w grę. Po prostu. Z.: Jest to pewien rodzaj osobowości – konkretny zespół cech ludzi, którymi lubisz się otaczać (Ania, już to stwierdziłyśmy) tak sobie zbierasz ludzi w chacie prywatnie i w pracy, co mogę powiedzieć – że sklejam z Twoim mężem często pione, bo to jest jeden z tych momentów kiedy, też taką połowiczną pionę z nim zbić, bo bycie ZOSINEM DIETY, jako określenie, które od pewnego czasu zaczęło funkcjonować w Akademii i Waszych wiadomościach (bardzo mi się podoba być Zosinem diety), a powiedziałbym, że ono ma dwa stadia. Zosiny diety są dwa. Czyli ZOSIN DIETY, który wciąż czeka, żeby wystartować, jest to tzw. stadium larwalne, kiedy ZOSIN DIETY się zbiera, i wie, że trzeba i zna wszystkie plusy, jakie mogą z tego wynikać, i wie nawet jak to zrobić – że ona nie musi iść do dietetyka i nie musi kupować specjalnej diety, bo ona ma w swojej głowie wszelkie zasoby, żeby wystartować, ale nie robi tego, bo gromadzi energię do startu, a musi się porządnie rozpędzić, żeby się wybić. To jest bycie ZOSINEM DIETY W STADIUM LARWALNYM, a później, ten ZOSIN startuje i to jest takie życie, jakby jutra miało nie być. Jak sobie przypominam (teraz mam takie przemyślenia), że jak ja byłam na diecie przed wszystkimi moimi dziećmi i miałam takie zrywy dietetyczne, to było takie głupie, w sensie, że było to mądrze skonstruowane, ale przypominam sobie smak niektórych smoothie, które piłam, to one byłe obrzydliwe. Były oczywiście napakowane wszystkim co się dało, na raz było to wszystko wymieszane, bo przecież trzeba było jak najwięcej antyoksydantów przyjąć. W ogóle nie czerpałam przyjemności z takiego drugiego śniadania, a gdybym mogła cofnąć czas i sobie przetłumaczyć, że … kurrrka wodna…. A.: Ten jarmuż mielony z kurkumą i zero słodkiego … Z.: Tak, że to nie musi być, że przełykasz to smoothie i walczysz z odruchem wymiotnym i wmawiasz sobie, że MUSISZ, że to odżywi Twoje ciało, wygoni wszystkie wolne rodniki, a trudno, bo nawaliłaś tam tyle przypraw, które w ogóle ze sobą nie współgrają i nie ma prawa być to dobre. > Powiedziałabym sobie< że nie musisz się tak męczyć laska, że dalej możesz odwalić na 100%. A.: Taki smaczny sposób dla siebie. Z.: Nie taki, że zbliża się godzina drugiego śniadania, jesteś dalej głodna więc musisz zjeść i sięgasz po to smoothie przygotowane, a zanim je wypijesz i jesteś głodna, to już Ci jest nie dobrze. Po co to tak robić, a to też był ZOSIN DIETY… bo po prostu trzeba było odwalić na 100% i ja potrafiłam w tym cisnąć. Dla mnie to raczej było – nie tak jak u Twojego męża, że to trwa kilka miesięcy- tylko jak przychodził >ten< okres to mi znowu macki opadały i znowu było stadium larwalne, z którego się podnosiłam, bo wiedział, że to nie przyniosło skutku kolejny cykl. Więc znów przez chwilę kończyło się na winie i słodyczach i śmieciowym żarciu, żeby w miarę zbliżania się do owulacji znowu się podnosić i znowu odwalać wszystko na 100%. Także to było słabo racjonalne podejście. Tu Wam chciałam wyjaśnić, że bycie ZOSINEM DIETY może obejmować dwie rzeczy: zarówno to odwalanie diety na 100%, tylko to nie było odwalanie na 100% na zasadzie- odwalam na 100% i tak naprawdę jestem z tym do końca ok, tylko to było tak – odwalam na 100% w programie do układania jadłospisów spina się mi to najlepiej niż u jakiegokolwiek pacjenta, bo nikomu w życiu nie kazałabym pić takich ohydnych rzeczy, ale sama sobie zrobię, bo wiem, że to jest turbo-działa, tylko to nie spina się w życiu później. Więc stosowanie tego na dłuższą metę było po prostu nieosiągalne (wydaje mi się), że w mojej głowie nie danie sobie takiej przestrzeni na to, żeby ze znajomymi spędzić sobie fajnie czas i zjeść nielegalną pizzę na białej mące, ale tak super przeżyć ten piątek z nimi w takiej fajnej atmosferze… no nie no. A.: Wiesz, ja to myślę, że to chodzi o to, że trzeba zrozumieć, że przez to jedno wykolejenie nie zrujnujesz sobie, tego co wypracowałaś w miesiącu… Z.: Pod warunkiem, że to będzie jedno wykolejenie. A.: No właśnie. Z.: Czyli jeśli podchodzę do tego jednego wykolejenia, to wiem, że jutro znowu wstanę i moim śniadaniem, będzie śniadanie z jadłospisu, a nie, że wyciągnęłam kamyczek i leci lawina kamyczków dalej. A.: Też zależy właśnie, kto ten kamyczek wyciąga. Co w sumie chcemy Wam przekazać? To wszystko będzie zależało, kto jest po tej drugiej stronie, a tu się składa tak wiele rzeczy, to my nawet w większości nie byłyśmy w stanie omówić. Czy macie endometriozę, czy macie insulinooporność, czy macie PCOS, czy może przygotowujecie się, bo za 3 miesiące podchodzicie do in-vitro, więc może fajnie by było, żeby te 3 miesiące poświęcić na to. Podziałać >spróbujmy<, bo in-vitro wiąże się z dużymi kosztami, więc zróbmy wiele, natomiast gdy zdarzy się potknięcie, >bez paniki< jesteśmy tylko ludźmi. Ale może być tak, że o wiele bardziej w Waszym życiu, w tym momencie, na tym etapie na którym się znajdujecie sprawdzą się właśnie MAŁE KROKI, czyli to będzie np. to jedno smoothie na drugie śniadanie , czy może odpicowany jeden posiłek, albo dwa. To też już sprawi, że już więcej będzie tego dobrego w Waszym organizmie, że ten organizm dostanie o wiele większa dawkę >dobrego< niż by dostał bez tego. To też jest bardzo ważne. Rozmawiałyśmy wcześniej z Zosią, że przytaczamy Wam bardzo często, takie badanie, że 5% – wprowadzenie białka roślinnego w zamian za 5% białka zwierzęcego, już może zwiększyć Wam szansę na przywrócenie owulacji i zmniejszyć niepłodność owulacyjną. Z.: >Zwiększyć< o 50%, więc to jest gruba różnica, przy tak małej zmianie. A.: Takich małych WYTRYCHÓW, które możemy zrobić jest wiele. Oczywiście My w Akademii Płodności dzielimy się multum wiedzy, którą dostajecie i w podcastach i w newsletterze, więc rozumiemy, że to może być tego >tej wiedzy< dużo, natomiast te małe kroczki powoli wprowadzane się i też nasze jadłospisy są takim ciekawym kierunkowskazem do tego, który pozwala Wam >pomóc osiągnąć cel<. Dlatego nie wszystko „na raz”, tylko „małymi krokami” wprowadzać się. Poznajecie produkty, poznajecie nowe rzeczy, które dają efekty i najfajniej to jest, jak pojawiają się takie promyki na początku typu: „poprawiła mi się cera” i Wy widzicie, że to ma sens. Z.: Płodny śluz się pojawia – a nigdy go nie było.. matko! To motywuje bardzo. A.: Albo miesiączka nie boli … i wtedy w ogóle jest takie: serio? To tylko żywienie jest, TAK DUŻO A TAK NIE DUŻO Z.: To prawda, bo to dalej motywuje, żeby próbować. A.: Coś się dzieje w tym organizmie, że ON naprawdę zaczyna Wam za to dziękować. Z.: Inne paliwo potrafi przestawić to wszystko na inne tory, to prawda. Chyba nam się udało przekazać to co chciałyśmy tak sobie myślę. A.: Czy 100%, czy 80% …hmmm Z.: Właśnie dlatego, że odpowiedź na to pytanie, nie jest taka oczywista, to rozwinięcie tego zajęło na zdecydowanie dłużej, niż jakbyśmy odpowiedziały: tak 100% i koniec podcastu, albo tak – 80% i to się sprawdziło się u każdego. Mamy też jeszcze taki bardzo ważny punkt zapisany tutaj do omówienia, który brzmi: WYRZUTY SUMIENIA. W trakcie starań, takiego złego samopoczucia i negatywnych myśli, emocji, tak bardzo się w tym otaczamy i tym przesiąkamy, że bardzo byśmy nie chciały i w sumie już trochę do tego nawiązałaś Ania, żeby ta dieta nie dostarczała kolejnego pola na którym czujecie, że zawodzicie. A to w ogóle nie o to chodzi, żeby to była jakaś tam kolejna competition, którą musicie wygrać, a może to wygrać tylko robiąc na 101%. Chcemy Wam uświadomić, że zrobienie czegoś, nawet jeśli jest to jeden mały kroczek, jest zawsze lepsze niż niezrobienie niczego. Być sobie wdzięcznym i bardziej celebrować momenty, np. w których zdecydowałyście się wyjść na 15 minutowy spacer i że to było takie super, a wczoraj tego 15-minutowego spaceru nie było, niż mówić sobie: co to jest? 15 minut spaceruje, a to jest wciąż za mało. A.: Zwaliłam, widzę jak inni chodzą na siłkę Z.: Tak >inni< osiągają takie efekty i są na siłce półtorej godziny, albo przynajmniej te 60 dni tego ostrego wysiłku, a ja poszłam tylko na 15-minutowy spacer? Przestawienie myślenia najpierw powinno zajść w głowach i trzeba myśleć o sobie inaczej i próbować PRZESTAWIĆ TĘ RZECZYWISTOŚĆ NA TAKIE TORY: CHWALENIA SIEBIE I BYCIA SOBIE WDZIĘCZNYM, nawet za to jedno zdrowe smoothie, jeśli to nie jest odwalona cała dieta, tylko wybieracie sobie drugie śniadanie i zabieracie je do pracy i chwalenie się za to. Przybijanie 5-tki samej sobie niż szukanie miejsc w których można było zrobić coś lepiej, aby to nie było kolejne pole, że dieta sprawi, że po prostu się biczujecie, że nie odwaliłyście „świetnej roboty”. Bardzo byśmy tego chciały. A.: „Rzeczy, które można zrobić lepiej” to nie ma końca, takie myślenie nie ma końca i się nie skończy. Z.: I to też nie prowadzi do niczego, że to nie jest tak, że powiesz sobie, że robisz to na 101 i wtedy sobie powiesz, że jesteś super. Nie, bo zawsze może być coś do poprawy. Zawsze można zrobić coś lepiej, więc bardzo byśmy nie chciały byśmy trafić do takich głów, które jeszcze miałybyśmy >negatywnie< nakręcać. Posłuchamy teraz historii Ani. A.: Ja opowiem jedną historię a propos „wyrzutów sumienia”. Jak prowadziłyśmy jeszcze konsultacje (one już nie są dostępne), to pamiętam parę, która tak bardzo mi utkwiła w pamięci, ponieważ, na rozmowie wyszło, że ta para celebruje swoje spotkania piątkowe i oni sobie wychodzą zawsze na jakieś tam jedzonko – w piątki wieczorem. To jest właśnie ich taki czas. Ta Staraczka zapytała się, czy Ona oprócz tej diety, czy oni by mogli jedno takie wyjście, które dawało im tyle radości, a to jest taka ich tradycja związkowa. Więc analizując to wszystko z czym Ona się boryka, jaką jest osobą (właśnie o tym wszystkim, o czym rozmawiałyśmy w tym podcaście) całe to środowisko, które jej towarzyszyło, tam padło zielone światełko po prostu – IDŹCIE LUDZIE I CELEBRUJCIE sobie, ja Wam tego nie mogę tego zabrać. Jak Wy będziecie robić wszystko to-do czego przyłożyli plan działania – jeżeli to odwalicie, to w Waszej sytuacji, to po prostu będzie szczyt. Dlatego idźcie celebrujcie te piątki swoje i cieszcie się życiem, odstresujcie się w tej knajpie po tym całym tygodniu pracy i gonitwy. Siądźcie sobie tam i spotkajcie się przy tym stole we dwoje i się cieszcie z tego. Macie moje pozwolonko. Słuchajcie, ta historia zakończyła się happy-endem. Oni stosowali tę dietę, wychodzili w piątki nadal na te swoje wyjścia. W sobotę dalej wracali do swojego gotowania. To sprawiało im bardzo wiele radości. Natomiast właśnie – w ich przypadku nie wyobrażam sobie, żeby powiedzieć- nie, koniec ludzie, nie ma wychodzenia, co wy w ogóle, chcecie ze mną współpracować, czy chcecie odwalać jakieś maniany. No nie, no, życie to życie. Jeżeli to dawało im radość, to przy tych staraniach, to fajnie, jak te promyki szczęśliwości się gdzieś przetaczają. Ja tego nie mogłam im zabrać. Jak? Z.: Fajny dietetyk jesteś. Do takiego bym poszła, tylko ja bym próbowała jeszcze drugiego palucha pociągnąć. A.: Właśnie, ja czuję Zosin, że Ty, byś właśnie wyrwała mi rękę. Z.: Fajna jesteś Ania… co możemy jeszcze wynegocjować. Po tygodniu przeszłabym do kolejnych negocjacji myślę. A.: Właśnie, właśnie. Dobrze Zosin tutaj mnie zagadujesz, bo niektórzy myślę, że by chcieli tych paluszków więcej. Z.: Z drugiej strony jak byś mi powiedziała kategorycznie NIE, to też bym się już nie umówiła na kolejną konsultację. Jakbyś powiedziała, co ja odwalam za manianę, że nie chce z Tobą współpracować, nie potrafiłabym być też cały czas człowiekiem na 100%, więc takie jedno odstępstwo uratowałoby mi tyłek i sprawiłoby, że jakość mojego życia by na tyle wzrosła, że miałabym chęci i siły, żeby to w ogóle dalej ciągnąć. Nie czułabym takiego rygoru… A.: Albo wyszłaby sytuacja kiedy Ty byś miała mniej siły na tę dietę, to wtedy byśmy tę dietę tak dostosowały, żeby coś tam było- coś tam się działo. W Twoim przypadku insulinooporności, która była do zaopiekowania, ja bym wiedziała, że nie mogę Ci powiedzieć: hej, dobra walić to… Z.: A ja bym wytoczyła działo negocjacyjne A.: Starałabym się to tak poprowadzić mądrze, żebyś Ty na tej diecie była, jednocześnie dostosować do Twojego stanu i wiedząc to, że ta dieta naprawdę może Ci pomóc, bo w przypadku braku owulacji i tego, że insulina robi sobie co chce, to Ty potrzebowałabyś tej opieki. Nie mogłabym Ci powiedzieć: codziennie pizza, browar i jakoś ogarniemy Twoją insulinooporność, bo to by była nieprawda. Z.: Zostaję u Ciebie – bądź moim dietetykiem:) A.: No nie byłaby to prawda, natomiast starałabym się iść do celu jaki mamy. Z.: Jakbyś mnie uświadomiła, to, że rzeczywiście ta moja insulina w przypadku jeszcze mojego PCOS, nie dość, że nasila mój stan zapalany, to jeszcze przez to ma jeszcze więcej androgenów, których i tak mam za dużo, a nie chcę ich mieć dużo. Gdybyś mi wytłumaczyła mechanizm na zasadzie- MUSISZ PRZERWAĆ BŁĘDNE KOŁO INULINOOPORNOŚCI, bo samo przyhamowanie i obniżenie insuliny może sprawić, że poziom Twoich androgenów spadnie jak zredukujemy minimalnie Twoją masę ciała, bo to naprawdę może być minimalny spadek, który będzie nam dosyć szybko udało się osiągnąć. To również powróci spontaniczna owulacja. Jak jest większe prawdopodobieństwo tego, że już dojdzie do tej owulacji uda się, żeby doszło do zapłodnienia, to zobacz jak wzrasta Twoja szansa na ciąże, którą donosisz. Czyli nie dość, że pojawią się kliniczne wskaźniki ciąży, to jeszcze będzie donoszona ciąża bez powikłań. A nie, że skończy się tragicznym poronieniem. Wiecie, że takie są badania. Mówimy to zarówno do osób, które podchodzą do starań na cyklach naturalnych, w sposób naturalny, jak i do procedur wspomaganego rozrodu: czy podchodzicie do in-vitro, inseminacji; to tak działa, że sprzątnie w pewien sposób, tą dietą z organizmów, zarówno Waszych jak i Waszych partnerów (bo to jest dość istotne), sprawia, że stwarzacie komórce zapłodnionej lepsze środowisko do rozwoju, jak i poprawiacie jakość tych komórek w ogóle. My też staramy się to podkreślać, że to nie do końca działa tak, że podejście do procedury in-vitro Was zwalnia ze stosowania diety, bo przecież i tak embriolog najpierw ogląda te komórki pod mikroskopem, wybiera te najlepsze, a potem wybiera się te najlepszej klasy zarodki, to żeby osiągnąć tę najlepszą klasę zarodków musimy mieć najpierw komórki dobrej jakości, a żeby to zrobić, trzeba się do tego przystosować i jednym z takich działań interwencyjnych, które możemy podjąć jest właśnie dieta. Gdybyś Ty mi to w ten sposób uświadomiła, to myślę, że to już wybyło takim wystarczającym dla mnie motorem, żeby to ciągnąć, bo to jest bardzo ważne, żeby sobie to uświadomić, że to nie jest takie „zdrowe odżywianie”, że: jedz, bo będziesz zdrowa, będziesz miała ładną cerę. Choć szczerze mam to w d* ładną cerę- ok, wolałabym mieć ładną cerę, ale nie jest to mój priorytet, ale jak mi wytłumaczysz to, że mając te jednostki chorobowe, działa to jak sprzężony mechanizm w którym muszę w pewnym momencie przerwać któreś z błędnych kół to jestem w stanie zrobić tę zmianę stylu życia i nie muszę dołączać (do garści moich leków, które biorę) kolejnego leku – to już jest dla mnie mocna motywacja. Mam nadzieję, że do Was też to dotrze, że to jest bardzo potężne narzędzie w Waszych rękach, którym możecie próbować zmienić >wiele lub wszystko< i odwrócić te karty trochę, żeby w kolejnym rozdaniu do Waszej puli trafiły lepsze. Dlatego z uporem maniaka tworzymy dla Was te diety, te e-booki, to wszystko, co wiemy zamykamy-zamykamy tę naszą wiedzę >najlepiej jak się da i konkretnie<. Jak układamy jadłospis to tam się nie da odwalić lepiej, plus robimy to smacznie, a nie tak jak robiła to ja za dawnych czasów. A.: Właśnie miałam zadać pytanie, czy teraz też taki jadłospis >”smaczny”< układasz? Z.: Nie, uważam, że tamto było głupie bardzo i wcale nie przynosiło lepszych efektów niż to co robię w Akademii dla Was ludzie. Oprócz tego, że wiem więcej, to jeszcze mogę spojrzeć na swoje działania z pewnego dystansu i popukać się w czoło;) i pójść tam przytulić tego Zosinka i powiedzieć: kurde Laska, widzę, że bardzo się starasz ale to głupie jest troszkę staranie. Da się to zrobić jednak mądrzej. A.: Zblendowany jarmuż z kurkumą… Z.: Naprawdę można pyszne smoothie serio o wiele lepiej zadziała, niż to, na czym teraz walczysz, żeby się nie porzygać. A.: To prawda. Z.: Po to TU jesteśmy, a te nowe jadłospisy, które teraz są – są kolejnym kamyczkiem do ogródka, który możecie dołożyć, żeby przechylić tę szalę na swoją stronę. A.: Dziękujemy za wysłuchanie podcastu. Dziękujemy, że byliście tutaj z nami. Jeżeli dotrwaliście do końca to jest nam niezmiernie miło, że te tutaj nasze rozkminy zostały wysłuchane przez Was. Ciekawe czy mówiłyśmy o Was? Może gdzieś poruszyłyśmy tematy osobowości, które są nam bardzo bliskie. Z.: Tak różnych przecież. A.: Tak wielu różnych, bo jesteśmy różne. Z.: Trzymamy kciuki za Wasze postanowienia. Ja to trochę boję się je nazywać „noworocznymi”, bo chyba Wam wyjaśniłyśmy, że to nie do końca tak powinno działać, chociaż zdajemy sobie sprawę, że nowe deadliny, nowe białe karty są wpisane w życie Staraczek, więc trzymamy kciuki aby każdy następny deadline, który zdecydujecie się podjąć był mądrze zaplanowany i żeby przyniósł Wam spełnienie marzeń. Ściskamy i do usłyszenia – mamy nadzieje niebawem. A.: Do usłyszenia. Artykuł #094 – Dieta na 100 czy na 80%? pochodzi z serwisu Akademia płodności.

  • Aug 21, 2024 · 40 min

    #093 – Dzień, w którym pokazuje się jedna kreska na teście ciążowym

    Dzień, w którym pokazuje się jedna kreska na teście ciążowym Niby chcesz wiedzieć, czy się udało, ale nie wierzysz w wynik, który się pojawia. Jeszcze chcesz się łudzić, że ta jedna kreska na teście ciążowym to być może pomyłka, może jest za wcześnie… Przerabiałyśmy to wielokrotnie. Mamy za sobą kupowanie testów po 100 w pakiecie, ukrywanie ich głęboko w szafkach, wlepianie się w to malutkie okienko i odpinanie wrotek, gdy wszystko było już jasne. I tak do kolejnego razu. Posłuchaj o maniakalnej Ani i przestraszonej Zosi oraz o tym, jakie demony budziły się wtedy w naszych głowach. Plan odcinka Jedna kreska na teście ciążowym Ania – testerka maniakalna Ukrywanie testów przed mężem Dalsze testowanie pomimo wyniku badań krwi… Zosia – testerka przestraszona Dzień testowania Kolejny cykl to nowa nadzieja Transkrypcja podcastu Akademii Płodności Ania: Dobrze. To może zadam ci pytanie. Zosiu, jaką książkę przeczytałaś ostatnio? Ale skończyłaś. W sensie nie, że zaczęłaś, tylko… Albo w trakcie może jesteś jakiejś fajnej? Zosia: Jesteś podła. A.: I proszę jakąś pozytywną literaturę. Z.: Zastanowię się. Nie przeczytałam, ale odsłuchałam. Teraz jest tak mi łatwiej. I dzisiaj skończyłam bardzo fajną książkę, mogę polecić. Jest to książka pod tytułem „Lekcje chemii”. Zobacz: o, taką ma okładkę, żebyś sobie zapamiętała. To są takie cztery kolory. I nawet Nigella Lawson ją bardzo dobrze zrecenzowała. Napisała, że było jej smutno, jak się skończyła. Bonnie Garmus napisała tę książkę. I czyta Paulina Holtz na aplikacji BookBeat. Bardzo w ogóle polecam. Można sobie też spróbować – dwa tygodnie próbne. To nie jest żadna współpraca. (śmiech) Gdyby ktoś chciał przeczytać tę książkę, to bardzo polecam, bo taka jest… Chciałabym powiedzieć, że lekka, a wcale nie, bo porusza trudne tematy. Ale jest napisana takim językiem, że wiele razy możesz się tam uśmiechnąć, a nawet uronić łezkę. Pozwala uwierzyć bardzo w kobiecą siłę. O, tak bym powiedziała. A.: No ładne. Zachęcające. Z.: Pokazuje, ile kobiety mają w sobie siły. I jak to udowodniły na przestrzeni lat. Bo to jest akcja, która się dzieje w latach 50., 60. Na początek polecajki książkowe Z.: Aniusiu, a jaką ty przeczytałaś ostatnio książkę? Pozytywną i możesz nam polecić. Czy czytasz same niepozytywne? Mam teraz taki wyrzut sumienia, bo ostatnia, którą ci poleciłam, była meganiepozytywna. A.: Wiem. Po prostu szukam tych pozytywnych. Ostatnią książką, którą zaczęłam czytać i jestem w trakcie, to jest ta, którą podarowałam dzisiaj Zosi. Jest to książka o tym, jak funkcjonuje nasz mózg. A z pozytywnych książek ostatnich niestety sobie nie przypomnę, bo same były niepozytywne. Nie chcę ich polecać, bo szczerze powiedziawszy, musiałam się podnosić po niektórych publikacjach, które zresztą polecała mi tutaj moja współtowarzyszka w tym pokoju. Ona zrzuca takie bomby. Jedna z nich nazywała się „Wrony”. Wspaniała tak naprawdę. Z.: Ja też uważam, że to jest wspaniała książka. A.: Tylko nie pamiętam autorki. Z.: Zaraz sobie to sprawdzę, żeby podać. A.: Ona napisała kilka książek. Ale dwie są dostępne, przetłumaczone w języku polskim. Tę drugą również przeczytałam. Z.: To co ty na mnie, kurde, gadasz, jak potem sięgasz po drugą! A.: Bo superjęzyk. Z.: „Wrony” – Petra Dvorakova. A.: O, tak. I druga książka, która jest też dostępna, jej autorstwa. No, ale… Dużo płaczu. I takiej podróży też w przeszłość. Miałam wrażenie, że widziałam w tej książce siebie, więc to takie było przytłaczające i nieprzytłaczające. Ale poruszająca książka. Zobaczcie sobie najwyżej opis, chociaż on dużo nie mówi, niestety. Krótka lektura. No, ale jak chcecie sobie powyć troszkę, to… To miało być pozytywnie, dziękuję bardzo. Zaczynamy! Z.: Ale ja muszę tutaj wytłumaczyć, bo podpuszczasz mnie. Każesz książkę polecić. Akurat ta, którą wam dzisiaj poleciłam, naprawdę jest pozytywna i raczej lekka, więc nie bójcie się jej. A.: A ja poleciłam niepozytywną. Z.: Ale ja się tu muszę wytłumaczyć, bo powiedziałaś, że ja ci ją poleciłam. Cała odpowiedzialność i tak spoczywa na moich barkach. Polecam książki, które uważam, że mogą wnieść jakąś wartość do twojego życia. I z których możesz wyciągnąć jakieś wnioski albo coś zrobić. Ale rzeczywiście czasami jest tak, że czytasz ją i czujesz się, jakbyś dostał obuchem w łeb. W konsekwencji tego mają wyjść dobre wnioski na przyszłość, na następne pokolenia, na ciebie teraz, na inne rzeczy. A.: Tak, zgadzam się. Otwierające głowę. Z.: Dokładnie taki miałam w tym cel. A.: I się udało. Z.: Wylałaś przy tym morze łez. A.: Rezonowała bardzo długo ze mną ta książka. Naprawdę długo. Tak że dziękuję. No dobra, długi ten wstępik książkowy, ale czas też fajnie sobie miło spędzić książkowo. Jedziemy ze wstępem. Z.: Mhm. Cześć, tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności, w której towarzyszymy parom starającym się o dziecko. Jedna kreska na teście ciążowym Z.: Hello, hello, witamy was ponownie. To się dzieje. Nowe odcinki powstają cały czas, więc dumna z nas jestem, że to się udaje po takiej przerwie. Mamy wypisanych siedem nowych pomysłów na odcinki, więc to jest dość dużo. A nie uda nam się pewnie pocisnąć dzisiaj tego wszystkiego. Trochę sobie wrócimy do przeszłości i pogadamy o takim specyficznym czasie w trakcie starań i w trakcie cyklu, który zataczał cyklicznie koło, kiedy to pojawiała się jedna kreska na teście ciążowym. I co się wtedy działo w naszych życiach, w naszych głowach, jak to było. Od razu wam zaznaczę tutaj, bo my już jesteśmy po krótkiej pogadance na ten temat, że światy Ani i Zosi bardzo się różniły w tym temacie. Bo np. Ania to była taka testerka maniakalna. Mogę cię tak określić? A.: Tak. Z.: Maniakalnie kochałaś robić testy ciążowe. Opowiesz nam o tym, jak kupowałaś pakiety i miałaś tych testów mnóstwo i apteki omijałaś i różne takie klimaty. Ja z kolei byłam taką testerką przestraszoną. Raczej zwlekałam ze zrobieniem tego testu, bo bardzo się tego bałam. Pamiętam. Za każdym razem trzęsły mi się łapy, ganiłam się w głowie, gdy miałam zrobić test. Też wam to opowiem. Ale na wstępie zaznaczamy, że pewnie po drugiej stronie tych odbiorników będą różne osobowości. Ciekawa jestem bardzo, czy się odnajdziecie w tym świecie. I jak wasz świat wyglądał albo wygląda teraz, kiedy widzicie tę jedną kreskę na teście ciążowym. Zaczniemy od maniaka Anny? A.: Maniakalny typ. Z.: Maniakalny typ testowy. Ania – testerka maniakalna A.: To było zdecydowanie silniejsze ode mnie. A liczba testów walających się w moim domu była po prostu niebotyczna. Czekałam do najwcześniejszego momentu, w który mogę zrobić test ciążowy. Przez większość okresu starań zdecydowanie, nawet nie wiem, czy był taki cykl, w którym nie robiłam tych testów ciążowych. Z.: Oh my God. A.: Więc w pewnym momencie wydawałam na nie fortunę. Kupowane w aptekach, na Allegro w takich pakietach – to były takie paseczki. Z.: Ja je znam, bo też je kupiłam. A.: W takich folijkach. Wraz z testami owulacyjnymi, bo to była jedna aukcja. Jak już kupowałam 50 tych testów, potrafiłam robić po trzy, cztery dziennie. Te testy to jednak zajmowały moją głowę i robienie ich w pracy, po pracy, przed pracą, rano, po południu, po kawie… Dużo tego było. W pewnym momencie doszło do mnie, że… Chociaż to była naprawdę bardzo silna potrzeba robienia ich. Jakby coś się miało zmienić przez tę godzinę. I w pewnym momencie nawet walczyłam z tym, żeby tego nie zamawiać. Stwierdziłam, że nie, dobra, jak będę miała tylko możliwość kupienia w aptece, to nie będę tego robić, bo tam były droższe. One kosztowały po 20–30 zł. Wystawiałam więc siebie na próbę, żeby nie kupować tych drogich, bo to przepalanie gotówy. Wytrzymam. Ale i tak to nic nie dawało, bo ten jeden, chociaż te dwa… Omijanie niektórych aptek Z.: Czyli i tak lądowałaś w aptece czy zamawiałaś duży pakiet na Allegro. A.: Ale wiesz, to trwało chwilę, a ja chciałam teraz, już zrobić ten test. Z.: Czyli szłaś do apteki. A.: No tak, a te przesyłki szły. Akurat na tych aukcjach nie było tak, że jednego dnia zamawiałam, a drugiego już to było w paczkomacie, bo nie było jeszcze paczkomatów. Więc te przesyłki kilka dni szły, a ja już chciałam teraz, już. Ta potrzeba zrobienia testu była tak silna, że nie mogłam się opamiętać, żeby go nie kupić. I omijałam niektóre apteki, bo miałam wrażenie, że te panie już mnie pamiętają. Z.: No właśnie miałam o to zapytać. Pamiętam, jak opowiadałaś mi… To było w jednym cyklu, że wstydziłaś się pójść do tej samej apteki? A.: Tak. Ale wiesz: miesiąc w miesiąc. Z.: Dlatego zastanawiam się, czy obierałaś sobie punkty apteczne – ten ogarniam w tym cyklu, a w następnym się nie będę wstydziła pójść do tamtego? A.: Może nie tak, ale w tej aptece już byłam w tym cyklu, no to nie idę do niej… Z.: I co: pójdę dalej? A.: Idę dalej. Do kolejnej. Po drodze mijam aptekę taką, to już rano wiem, żeby do niej zajść, bo z przystanku ją będę mijała. Co pani w aptece sobie pomyśli? A.: Jak wchodziłam do tych aptek, to miałam wrażenie, że… To mogło być tylko wyobrażenie w mojej głowie wyłącznie, że te farmaceutki mnie rozpoznają. Naprawdę to mogło być tylko w mojej głowie. Przemiał tych klientów przypuszczam, że jest ogromny. A ja jakoś specjalnie się nie wyróżniałam. Nie miałam włosów kolorowych – czapka i tyle. Pewnie one nawet nie miały pojęcia, że ja to tak postrzegam, co one sobie myślą na mój temat. W jednym z podcastów wspominałyśmy o tym, że lubimy dokarmiać te demony w głowie i te myśli stają się takie opasłe podczas starań. To ja właśnie tak sobie je jeszcze dokarmiałam tym, co myśli sobie o mnie pani w aptece. Kiedy tych aptek tutaj, w moim mieście, jest tak dużo. Ale tego się nie dowiedziałam nigdy, czy mnie zapamiętały i czy faktycznie miałam rację. Przypuszczam, że to było tylko w mojej głowie. Z.: A nawet jeśli, to jakie by to miało znaczenie. Teraz się nad tym zastanawiam, bo chcę też nawiązać do siebie. Czyli też teoretycznie inna osobowość, a z drugiej strony, jak odważyłam się w końcu zamówić tę paczkę z tymi… Tam było chyba 50 tych testów czy 100, te cieniutkie paseczki. Naprawdę tam było z 50 albo 100. A.: Różne były aukcje. Z.: Pamiętam, że miałam taką myśl i ona musiała być przemożna, skoro tak mi została w głowie, że… Ten ktoś, a to był facet, właściciel tej firmy na Allegro – co on sobie o mnie myśli? Jak wysyła tę paczkę z tyloma testami, co on sobie myśli, co to jest za typiara. Czaisz? Czy ja jestem jakąś totalną desperatką, czy o co chodzi? Rozumiesz? A.: Ja to rozumiem, Zosin, bo miałam bardzo podobne myśli. Nawet zmieniałam aukcje. Z.: Gdybym miała zamówić drugi raz, to już miałam plan, że zamówię na inny adres. Czaisz? Wyobrażenia niepłodnej głowy… A.: Rozumiem. Ja to rozumiem. Podobne miałam doświadczenia i myślę, że też osoby, które nas słuchają, mogą mieć bardzo podobne odczucia. Z.: Zmienię adres, żeby się schować przed tobą, panie X, panie Pawle, załóżmy. A to była taka totalna ucieczka przed samą sobą. Przed moją głową. I nie wiem, co ja sobie tak megaegocentrycznie zakładałam, że chłop myśli, że ja jedna jestem na tym świecie, ja jedna od niego te testy kupuję? Dlaczego on miałby się nade mną pochylać i zastanawiać? A.: Liczba tych testów była abstrakcyjna. Z.: Ale to nie tak, że kupiłam 100, klikając „powiel sztukę”, tylko taki pakiet, który on oferował u siebie na aukcji. Zakładam więc, że był popyt na ten produkt. Ludzie tego potrzebowali. Były laski takie jak ja czy ty, które chciały mieć 100 testów ciążowych na swojej półce. Dlatego koleś stworzył taką aukcję, no. Więc to też nie było dziwne. Sam jakby dał na to przyzwolenie, żeby takie pakiety zamawiać. Jednak ja widziałam to z pozycji pępka świata: on o tobie będzie myślał, nad tobą się będzie zastanawiał. Gdzie ona w tym Radzyniu to pozamawiała? Kto to jest? A.: Niesamowite jest to, jak te głowy funkcjonują bardzo podobnie. Pewne sytuacje doprowadzają do tych samych myśli i stresu związanego z tym, co ktoś o tobie pomyśli, zamawiając sobie tyle testów. Ale tak było. Dogłębna analiza cyklu Z.: No dobra, a powiedz mi, proszę… Bo ja będę zadawać ci pytania, nie rozumiejąc twojej perspektywy, ty mnie wypytuj o mój świat. Ja bałam się robić te testy, bo bałam się, że wyjdzie biel Vizira i już będę musiała się odrzeć ze złudzeń i nie chciałam bardzo się z tym zmierzyć. Żyjąc nadzieją, było mi jakoś łatwiej, że to wciąż może trwać. Ten okres nie przychodził, to jednak ciągle była nadzieja. Bardzo bałam się robić te testy. A ty, robiąc test po godzinie czy po dwóch, czy cztery razy dziennie, liczyłaś na to, że za każdym razem coś się pokaże, czy bardzo chciałaś się upewnić, że tam na pewno nie ma nic? Czy jednak sobie mówiłaś, że może za wcześnie, może coś tam? Po co robić testy więcej niż jeden raz dziennie? A.: Nie wiem. Nie znalazłam jeszcze definicji tego. Nawet z perspektywy lat nie jestem w stanie tego nazwać. Może jeszcze zrozumiem to kiedyś. Nie jestem w stanie tego wytłumaczyć. To po prostu była chęć i potrzeba sprawdzania, weryfikowania tej ogromnej wiary w powodzenie, że to będzie ten cykl, i jak najszybsze dowiedzenie się o tym. Nie potrafiłam wytrzymać do dnia miesiączki. Z.: Nie? A.: To było nieprawdopodobne dla mnie. Weryfikowałam i wertowałam, ile ta komórka jajowa żyje w jajowodzie, w którym momencie… Z.: Wiem, bo przecież pytałam cię o to! Ty byłaś moim źródłem wiedzy. A.: W którym momencie jest ten etap – dokładnie godzinowo – kiedy ona znajdzie się w jamie macicy, w którym ona jest stadium. Co się aktualnie dzieje, czy ja mogę coś czuć. Starałam się to wyliczyć mniej więcej do godziny. Najlepiej tak by było, ale oczywiście tutaj były pewne odchylenia. Nie było to możliwe. Liczyłam: mniej więcej tutaj doszło do teoretycznego zagnieżdżenia, bolał mnie brzuch. Bardzo to analizowałam. „To było silniejsze ode mnie” A.: Ta druga faza cyklu miesiączkowego była przeze mnie dogłębnie analizowana. Siedziałam w pracy i analizowałam cały czas. A że miałam dostęp do komputera… Nie pozwalało mi to odciąć tych myśli nawet w pracy. Nie potrafiłam wyłączyć ich, tylko siedziałam i analizowałam. No i właśnie 10 dzień po owulacji to był ten, w którym już zaczynałam to robić. Chociaż robiłam to wcześniej, ale to jest abstrakcyjne. Nie jestem w stanie tego powiedzieć, że tak, super, to miało prawo wyjść. No nie. Ten 10 dzień po owulacji to już był dzień, w którym startowałam z testami. Zaczynało się testowanie i doszukiwanie się tego cienia cienia. I wyszukiwanie historii dziewczyn związanych z tym, że test ciążowy oszukał, kiedy najwcześniej, kiedy najpóźniej, kiedy miesiączka… Analiza historii robienia testów. Z.: A czułaś przy tym taką chęć zostania pod przykrywką, że fajnie byłoby to robić z perspektywy anonimowego członka forum? Czy byłabyś w stanie się z tym obnażyć i pogadać o tym, że dzisiaj zrobiłam cztery testy i one nie wyszły? A.: Nie pamiętam już tego, czy dzieliłam się tym z moimi ziomeczkami staraczkami. Niestety, nie pamiętam tego, czy im to relacjonowałam. Nie wiem. Niektóre rzeczy jakby zostawały wyłącznie w mojej głowie i pomimo tej anonimowości trochę się tego wstydziłam przed samą sobą. Myślałam, że zwariowałam. Z.: Dlatego o to pytam. A.: Naprawdę ja siebie nie poznawałam. I też nie poznawałam tego uczucia kontroli, które jednak towarzyszyło mi w życiu. Umiałam się kontrolować, umiałam wyczekiwać, a tutaj rozwalało mnie to na łopatki. To nie byłam ja. Nie jestem osobą, która już, teraz, szybko… Nie. To było silniejsze ode mnie. I w tym wszystkim obwiniałam się o jakiś taki element szaleństwa, nad którym nie umiałam zapanować. I wstydziłam się, nawet przed mężem, że robię tyle testów. Ukrywanie testów przed mężem Z.: Właśnie chciałam do tego nawiązać. Miałam taką myśl. Tylko ja nigdy nie robiłam ich po kilka dziennie. Ale miałam tak, że jak już przyszła ta wielka chwila, że odważyłam się zrobić test, to bardzo nie chciałam, żeby Dudek znalazł jego opakowanie w koszu. Tak jakby to dla mnie znaczyło, że gdyby zobaczył, że znowu się łudziłam, to musiałabym przyznać, że ciągle w to wierzę. Nie potrafię też tego racjonalnie wytłumaczyć na takiej zasadzie, że rozłożę ci teraz na czynniki pierwsze, co mną kierowało. Ale pamiętam te pochowane w szafkach na bieliznę testy ciążowe, żeby on ich nie znalazł. Tak jakby miał mnie skrytykować za to zachowanie? Nie mam pojęcia, czym się wtedy kierowałam. Dlatego właśnie pytam o twoją chęć zostania anonimową na zasadzie, że robisz to po cichu, żeby nikt nie widział, a potem sprzątasz ślady, czy jednak idziesz z tym czwartym testem do starego i pokazujesz, czy coś widzisz. Ja – w życiu! A.: Nie, tak nie było. Mógł wiedzieć np. o tym pierwszym rano. Dobra, robię test, wyszedł negatywny. Ale nie o pozostałych pięciu zrobionych w kolejnych godzinach w pracy. Nie, raczej nie. Wiedziałam, że jego głowa może tego nie pojąć. Z.: Twoja nie pojmowała. A.: Właśnie. Towarzyszyło mi bardzo dużo uczucia wstydu podczas starań, również przed moim mężem. Wielu się wstydziłam moich myśli, wielu rzeczy się wstydziłam. Więc zanim to wyszło na światło dzienne, bo do pewnego momentu dochodzisz i ta szklanka się wylewa, to było właśnie to. Było mi głupio. Wyrzuty do samej siebie Z.: Niesamowite to jest. Bo mi też było głupio pokazywać test ciążowy niepozytywny (czyli większość testów w moim życiu) mojemu mężowi. I to jest irracjonalne dla mnie. O wiele łatwiej było mi wyjść zaryczana z łazienki i powiedzieć, że okres się zaczął, niż powiedzieć, że jest jedna kreska na teście ciążowym, że jakby się łudziłam… Dlatego ja też nie lubiłam robić tych testów. Bardzo mi się kojarzyło negatywnie to uczucie, z którym spotykałam się zawsze, czyli ta biel Vizira, i zaraz jakieś takie wyrzuty do samej siebie, że na co ja liczyłam, czego ja się w ogóle łudziłam. Dlatego też chyba nie robiłam ich. Żyjąc w tym świecie oczekującym, ale niesprawdzającym, mogłam sobie żyć, oczekując i nie będąc oceniana swoją głową. A potem pamiętam, że zobaczenie tej jednej kreski generowało u mnie taką falę krytyka wewnętrznego, który łaził za mną, nawet nie to, że jeden dzień. Ale jeden dzień to tak intensywnie i ciągle mnie walił po łbie, że jestem do niczego, co ja sobie wyobrażałam, naiwna, głupia. To było straszne. Dlatego właśnie bałam się robić te testy. Nie lubiłam tego bardzo. Dalsze testowanie pomimo wyniku badań krwi… Z.: A poza tym też to, o czym opowiadałaś, że znałaś cały cykl. Pamiętam, że do ciebie się zwracałam z pytaniami, ile żyją plemniki przy korzystnych warunkach, przy niekorzystnych. Byłaś moją skarbnicą wiedzy w tym temacie, bo przekopałaś wszystkie artykuły, jak to jest możliwe, kiedy to się może stać. Ale nigdy nie potrafiłam odnieść tego do siebie, bo nigdy nie wiedziałam, kiedy mam owulację. U mnie nie było tak, że byłam w stanie sprawdzić to testami albo że jakoś to czułam. Tylko albo jej nie miałam, albo ona była tak późno i była tak niejednoznaczna, że nigdy nie byłam tego pewna – tak jak ty mi mówisz „mam owulację”. Jezu! To są tak przedziwne rzeczy dla mnie. A.: Czas starań rozgraniczmy – odnosząc się do tych testów. W dużej mierze mam na myśli cykle monitorowane, które miałam. Wcześniejsze cykle, które trwały rok, to były w większości cykle bezowulacyjne. I wtedy też robiłam testy ciążowe. Hipotetycznie przyjmowałam, że wtedy mogła nastąpić owulacja. Te cykle były wydłużone, ale mniej więcej – powiedzmy – nie trwały one 50 dni, a 40. Tylko że te owulacje nie występowały. Ten cykl był zakończony plamieniem, a nie miesiączką. Natomiast ja uważałam, że to jest miesiączka. Różnie to jest. Tę owulację teraz jestem w stanie stwierdzić, bo mój styl życia też o wiele się różni i to, co na owulację wpływa. Aczkolwiek wtedy część starań była na tzw. czuja, gdzie myślałam, że ta miesiączka jest. Natomiast mierząc sobie temperaturę, doszło do mnie w pewnym momencie, że chyba coś jest nie tak, bo czasami te skoki są, a czasami ten wykres jest wypłaszczony. Ale cykle były 40-dniowe, więc takie miałam poczucie: okej, może ona jest po prostu później, ja czegoś nie potrafię. Był taki czas starań. Beta HCG A.: Natomiast później miałam monitoring cyklu, gdzie uważam, że mogłam pójść na niego wcześniej, bo zdjęło mi to z głowy jeszcze więcej analizy. Pamiętam to uczucie oddechu: nareszcie, odchodzą mi te testy owulacyjne, w które się wlepiałam. Duże poczucie analizy mi towarzyszyło. I te cykle… Robiłam testy pomimo tego, że robiłam betę HCG, bo brałam progesteron, więc ja i tak bym się zderzyła z tym. To jest takie ciężkie do wytłumaczenia, bo brałam progesteron, cykle były stymulowane, monitorowane. Zakończeniem tego było zrobienie bety, odstawiamy progesteron i walczymy dalej, więc ja i tak musiałam pójść na badanie z krwi, ale ono mi nie wystarczyło do momentu, kiedy nie dostałam miesiączki. Jeszcze po tym, jak beta była negatywna, zdarzało mi się robić test ciążowy, jeżeli krwawienie miesiączkowe nie występowało, bo bałam się, że odstawię progesteron, ale ta owulacja coś… Człowiek wierzy w jakieś takie… Łudzenie się pomimo wyniku Z.: Plus jeszcze pamiętam, że mówiłaś, że przypominałaś sobie historie dziewczyn, u których wystąpiło jakieś krwawienie, a już były w ciąży. I łudziłaś się, że może jesteś jedną z tych. A.: Tak, bardzo chciałam, aby okazało się, że będę miała na koncie takie zaskakujące zakończenie, że czegoś się nie spodziewałam. I też znałam historię dziewczyny, którą beta HCG… Czynnik ludzki, błąd w laboratorium. Z.: Kto na to nie liczył? Ja też byłam w tym teamie. A.: Ale to była jedna historia, którą poznałam na całej przestrzeni funkcjonowania w świecie niepłodnościowym. Ale jak ją usłyszałam, to: „może to ja”, „może to właśnie mi się pomyliło, jej się tak zdarzyło”. To było tak, że dziewczyna nie miała miesiączki. Testy wychodziły pozytywne, a beta zerowa, więc nie wiedziała, co się dzieje. Natomiast wyszło, że był to jakiś błąd. Nie wiem, jak to jest możliwe, jak to wygląda na etapie badań, ale tutaj coś zawiodło. Więc marzyłam o takiej historii. To było bardzo takie… Nie wiem, czy naiwne. Wierzyłam w to, że to się może wydarzyć i tak do końca, nawet do miesiączki, jeszcze w dniu miesiączki myślałam sobie: a może to nie jest miesiączka? A może to jest jeszcze plamienie? Niby chcesz wiedzieć, czy się udało, ale nie chcesz tego przyjąć. Niby chcesz wiedzieć, a nie chcesz tego przyjąć… Z.: I tak wiesz, że w to nie uwierzysz. A.: Tak, nie wierzę w to, że się nie udało. Oczywiście były takie cykle, ale były też takie, w których po prostu wiedziałam, że się nie udało i były one przyjmowane płaczem. Może było tak, że ten jeden malutki procencik liczył na jakąś niezwykłą historię. Ale fakty były takie, że wiedziałam, kiedy jest owulacja, wiedziałam, ile biorę leków, nie miało tu prawa być pomyłki. Jak np. ktoś nie ma monitoringu i mówi, że w 40 dniu mu się udało czy w 50 – oczywiście, bo ta owulacja może w końcu wystąpiła, ale to nie było tak, że wystąpiła 14 dnia – a może i wystąpiła oczywiście, tylko ta ciąża jest już starsza. Chodzi mi o ten najwcześniejszy moment wyłapania tego. To tak właśnie wyglądało. Zosia – testerka przestraszona A.: Czy, Zosiu, mogłabyś opowiedzieć nam o tym jednym dniu, czyli jak wyglądał twój dzień, kiedy robiłaś test ciążowy? Ten jeden. Nie szykowanie się, tylko co czułaś później, co było przed, co się działo w twojej głowie, jak widziałaś okienko, czy patrzyłaś na nie, czy odkładałaś test, jak niektóre dziewczyny odkładają i idą się myć. Z.: Nie, nie byłam w stanie tego nigdy zrobić. Widziałam to. Starałam się wyjść z łazienki i wrócić po iluś tam minutach, po pięciu czy trzech, w zależności od testu. Nigdy nie byłam w stanie tego zrobić. Zawsze musiałam się gapić, jak to się nasącza. Już wtedy mi serce łomotało tak, że myślałam, że tam zaraz zejdę i nie dotrwam. Megaskrajne uczucia. Zazwyczaj było to związane z tym, że te testy robiłam jednak z porannego moczu. Werdykt, który pokazało mi to małe okienko, był związany z tym, że trzeba było go trawić przez cały dzień. I to nie zawsze był dzień wolny od pracy. A właściwie zazwyczaj nie był. Z tym mi się to kojarzy, że robię ten test, bardzo często go mam ze sobą, bo przecież go nie zostawię w tym koszu, bo producent napisał, aby po pięciu minutach już nie sprawdzać, bo test będzie nieważny. Ale mam to w dupie, biorę go ze sobą i się będę w niego wlepiać, kiedy tylko będę mogła. Ale to było już dojrzewanie przez cały dzień do tego, żeby wieczorem odpiąć wrotki. A nawet nie wieczorem. W sensie wtedy, kiedy już będę w swojej bezpiecznej przestrzeni, wrócę z pracy i będę mogła. Jedna kreska na teście ciążowym? Odpinamy wrotki Z.: Czaisz bazkę? Czyli jeśli cały miesiąc stosowania diety trwał, to możesz być pewna, że w pierwszym dniu, kiedy przyszedł okres, on się już skończył. I to był ten dzień, kiedy zamawiałam pizzę, szliśmy na kebab, otwieraliśmy wino. To właśnie był ten dzień, kiedy wystawiasz faka do tego testu i myślisz sobie, że dobra, no to walić moje starania i moje wysiłki. I tak to wyglądało właśnie. A.: I to odpinanie wrotek pozwalało ci lepiej znieść ten dzień? Z.: Nie mam pojęcia. Na pewno w jakiś sposób tam szukałam pocieszenia albo poczucia szczęścia przez chwilę. „Szczęście” to ogromne słowo, ale gdzieś tych endorfin szukamy. Nie wiem jeszcze, bo muszę przeczytać książkę, którą mi dzisiaj podarowałaś. Po lekturze będę bardziej się wysławiać na temat tego, czego szukałam w swoim mózgu, Anno. To było moje cykliczne zachowanie. Kiedy sobie zdawałam sprawę. To nie musiał być test, to mogło być zdanie sobie sprawy z tego, że to jest kolejny cykl, w którym się nie udało i potrzebowałam się wyzerować. To też później przerabiałam na terapii, że to nie jest najmądrzejsze zachowanie. Ale takiego szukałam w sobie ujścia tego wszystkiego nagromadzonego, co w sobie kontenerowałam przez miesiąc. To gdzieś musiało znaleźć ujście i tak sobie tego szukałam, upadlając się tego dnia. Jakby wiedząc, że już się nie udało i już nie muszę być czystym, pięknym, wysprzątanym domkiem dla kogoś, tylko mogę się wreszcie mocno zabrudzić. Jeśli ty też musisz odreagować… A.: Warto tutaj naszych słuchaczy odesłać do mailingu o hedonistycznym podejściu Zosi do diety. Może właśnie są tu osoby, które szukają tych endorfin w jedzeniu lub w jakimś takim odreagowaniu w ten sposób. Te osoby, które są z nami jakiś czas na swoich skrzynkach, to tego maila znajdą. A gdybyście chcieli go zobaczyć, to dajcie nam cyna, to podeślemy go z archiwum. Zapraszamy na nasz newsletter tak w ogóle. Z.: Z archiwum – już sobie wyobraziłam, jak jedziesz wózeczkiem, zjeżdżasz do naszej piwnicy i te teczki układasz i wyszukujesz ten newsletter i faksem wysyłasz. Zwłaszcza że był to mailing wysyłany wczoraj. (śmiech) Ale wtedy kiedy nagrywamy, rozumiem. A.: Chcę ramy czasowe jakieś zaznaczyć. Z.: Nie wiemy, kiedy pójdzie publikacja tego odcinka. To jest słuszna uwaga, Anno. A.: Dokładnie tak. Jest to nadal aktualne. Jak będziecie tego słuchać za rok, to przeszłość się nie zmieniła. Z.: Ona się nigdy nie zmieni. (śmiech) A.: Tylko można ją ubrać w inne słowa i inną Zosią na nią spojrzeć. Z.: Mój poziom zażenowania przy okienku na McDrivie zawsze będzie ten sam. Lata mijają, a on jest ten sam. O tym też opowiadamy w tej historii. Dzień testowania Z.: Aniusiu, opowiedz nam, jak wyglądał twój dzień, kiedy się mierzyłaś z tym. Teraz ciężko mi zapytać, bo twoich dni, kiedy pojawiała się jedna kreska na teście ciążowym było bardzo dużo. Więc o który z tych dni mam zapytać? Czy to jest ten dzień, kiedy przychodzi okres? A.: Ten 10 dzień po owulacji to było takie frywolne – on może nie wyjść, wiem o tym, bo może być za wcześnie. Chciałabym, żeby wyszedł, ale to nie było tak, że się kładłam na podłogę i płakałam. Z.: Wciąż nadzieja żyła. A.: Tak, nadzieja wciąż żyła. Ale moment, w którym miałam do zrobienia betę i robiłam testy, był momentem, w którym trzeba było się zderzyć z tym, że kolejny cykl będziemy jeździć do kliniki. Pamiętam również to bicie serca, które towarzyszyło mi podczas wlepiania się, jak te kropelki się nasączają w tym kółeczku. Z.: Jezu! Wiem, najgorsze! A.: I czy aby na pewno dałam te trzy kropelki czy cztery? Czy za dużo mi poleciało, czy ja złapałam z tego odpowiedniego strumienia? Z.: Wolno idą. O, tu już się powinny zatrzymać. To już się powinno robić to czerwone, to już powinno coś zostać. A.: Tak. I pamiętam to, jak się jedna przebija, a druga się nie przebija. I to doszukiwanie się, bo na początku masz to ciemne takie, więc ona się wyłania – czekasz, czekasz. Z.: Tak, właśnie tak. A.: Czekasz na to. Ona nie zabarwi ci się od razu… Z.: Ta pierwsza fala, która idzie, jest właśnie ciemna, zabarwiona. Wlepianie się w testy A.: Jeszcze czekasz, czy tam się to wybarwi. Wlepiałam się w te testy. Ten dzień to było wlepianie się w testy ciążowe. Wyjmowałam je z kosza. Wyrzucałam, jeżeli było ich więcej, a na pewno było ich więcej, bo były różne. Były takie 10, ten o największej czułości, takie dwudziestki piątki. Nie lubiłam testów z małym okienkiem. Ja miałam swoje ulubione testy ciążowe! Miałam też taką sytuację, w której jeden test mnie oszukał. Albo kiedy test był pozytywny i faktycznie ta beta na chwilę była pozytywna i jedne się zabarwiały, drugie nie. Miałam wrażenie, że te, które się najbardziej zabarwiały, w sensie w tej ciąży biochemicznej, to były moje testy must have. Te, które wtedy nie wychodziły, a ta beta drgnęła, później już odrzuciłam. Jejku, teraz tak o tym myślę – zobacz, ile my na ten temat rozmawiamy. A to są testy ciążowe. Jak ważny to był element w życiu moim i twoim. No i ten jeden dzień. Jedna kreska na teście ciążowym, później była beta. Potem to już nawet tej bety nie robiłam, bo szkoda mi było na to kasy, ale to już w późniejszych cyklach. Nie robiłam tej bety. Odstawiałam progesteron, być może niemądrze i teraz lekarz popukałby się w czoło. Ale już naprawdę straciłam wiarę w powodzenie tego wszystkiego w pewnym momencie. Kolejny cykl to nowa nadzieja A.: Wracając jeszcze do tego dnia testu, to informowałam o tym mojego męża, że się nie udało. Jak robiłam betę, to miałam już pewność. Nie przypominam sobie, żebym odpinała wrotki tak hedonistycznie jedzeniowo, bo nie miałam też takiej potrzeby. Być może były takie miesiące, które teraz mi wypadły z głowy, aczkolwiek na pewno było wino. Ja raczej odpalałam sobie butelkę wina. Ale też nie zawsze. To też nie było tak, że każdy cykl kończył się jakimś alkoholem. Ja musiałam się wypłakać, wyryczeć przy moim mężu. Nie chciało mi się wtedy nic, nie chciało mi się wstawać, nie chciało mi się żyć. Czarno – po prostu. Nie chciało mi się rozmawiać z ludźmi, nie chciało mi się ich słuchać, pytać, co u nich. Po prostu nie chciało mi się nic. Całe szczęście, że nowa nadzieja przychodziła lada moment. Każdy cykl to była kolejna nadzieja. Czy ona była większa, czy mniejsza – z jakiegoś powodu do tej kliniki uczęszczałam. Mimo że wielokrotnie mówiłam, że już nie wierzę w powodzenie i że wszystkim się udaje, tylko nie mi i my jesteśmy jakimś innym przypadkiem niż wszyscy, to jednak z jakiegoś powodu do tej kliniki ciągnęłam kolejny raz i kolejny cykl. Aczkolwiek każdy następny był z jakimś takim mniejszym zapałem. A jak to wygląda u ciebie? Z.: Aniusia pokazuje, że skończyła, więc chyba tym zakończymy ten podcast. Jesteśmy ciekawe bardzo, jak wyglądają wasze testowania, czy jesteście typem maniakalnym, bardziej Aniusiowym, czy bardziej takim zastrachanym Zosinkiem, czy może gdzieś pośrodku. Czy bardziej wygrywa rozsądek, czy jednak jest taka część szaleńca w was, którą nazywacie tak jak Aniusia, że to było szaleństwo, nad którym nie potrafiła zapanować. Jak jesteście w stanie, to napiszcie w komentarzu. Może ktoś to zobaczy i się w tym odnajdzie. A jak nie, to będziemy wdzięczne za wiadomość prywatną, taką, która zostanie tylko między nami albo którą ewentualnie pozwolicie nam opublikować anonimowo. Tymczasem ściskamy was na resztę tego tygodnia. Tak? A.: Mocno. Z.: Życzymy siły w podbijaniu kolejnych. A.: Mocno przytulam każdego, kto odnalazł się tutaj. Z.: Albo jest na tym etapie i np. dzisiaj się zderzył z tym dniem. A.: To proszę sobie wyobrazić, że kładziemy rękę na ramieniu. I tyle. Trzymajcie się. Artykuł #093 – Dzień, w którym pokazuje się jedna kreska na teście ciążowym pochodzi z serwisu Akademia płodności.

  • Jul 30, 2024 · 17 min

    #092 – Jedna rada, jaką dałabyś sobie na początku starań

    „Spodziewaj się niespodziewanego”, „Niskie AMH to nie wyrok”, „Jesteś wartościowa bez względu na wszystko” – to tylko niektóre z rad, które chciałybyście usłyszeć od samych siebie na początku starań. A co ty chciałabyś usłyszeć, gdybyś mogła kiedyś spotkać siebie z przyszłości, bogatszą o wiele doświadczeń? My również zadałyśmy sobie to pytanie. Posłuchaj naszych i waszych odpowiedzi. Plan odcinka Co chciałabyś usłyszeć na początku starań? Rada Ani Rada Zosi Wasze rady na początek starań Transkrypcja podcastu Akademii Płodności Zosia: Kocham jeść. Jedzenie sprawia mi tak dużo radości w życiu moim! Dlatego robię w dietetyce właśnie. Ania: Bo możesz jeść. Z.: Bo mogę jeść i wymyślać nowe rzeczy, które można jeść. I gadać o rzeczach, które można jeść, wyobrażać je sobie, nagrywać się, jak jem. Rozumiesz? Robić zdjęcia jedzeniu. To jest wspaniałe. Moje życie jest wspaniałe. Chciałabym móc dużo jeść. Ale samych dobrych rzeczy. Bardzo lubię jeść. Cześć, tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności, w której towarzyszymy parom starającym się o dziecko. Co chciałabyś usłyszeć na początku starań? Z.: I dziś towarzyszymy wam w tych staraniach z naszym kolejnym podcastem, w którym to poruszymy… Zawsze tak zaczynam, muszę coś zmienić. Słuchajcie, wpadłam niedawno na taki pomysł – nie wiem, kiedy tego słuchacie, więc to może być całkiem nie niedawno, ale nie puścimy tego też w jakiejś bardzo odległej przyszłości. A.: Tak. Z.: Wpadłam na taki pomysł. Fajny był to pomysł. A.: Bardzo fajny. Z.: Który bardzo siadł na Instagramie i bardzo się cieszę, bo bardzo chciałyśmy, żeby tak było, żeby wynieść z tego dużą wartość. I już mówię, co mam na myśli, bo tak trochę enigmatycznie się zrobiło. Wymyśliłam sobie takie coś, że bardzo bym chciała móc się cofnąć w czasie w swojej głowie, żebym sama ja samej sobie dała jakąś radę. Czyli żebym mogła na chwilę spotkać Zosię z przyszłości i zapytać się jej o jedną radę, której by mi udzieliła, wiedząc, że ta Zosia pierwsza jest na początku starań, a ta Zosia druga już ma te starania za sobą. Co bym chciała usłyszeć od tej siebie z przyszłości, żeby tę radę zaimplementować w swoim życiu z przeszłości i jakoś lepiej to przeżyć? Zatytułowałyśmy tak nawet tę rolkę: „Jedna rada, jaką dałabyś sobie na początku starań”. I dzisiaj tego będzie dotyczył ten podcast. A.: Tak, ale to są też rady Zosi, która jeszcze jest w czasie starań, tylko jakąś drogę już przeszła. Z.: No wydaje mi się, że to dobrze wytłumaczyłam. A.: Tak? A, sorry, nie słucham. Z.: To fajnie. A.: Nie, żartuję! Żartuję oczywiście. Z.: Ha, ha, ha. A.: Oczywiście, że słuchałam. Gdybyś mogła cofnąć się w czasie… Z.: Bardzo fajne było to, że pod tym postem na Instagramie były setki komentarzy. Bardzo zależało nam na tym, żeby z tego zrobiła się taka baza wiedzy. Bo jeśli jedna Zosia udzieli wam jednej rady, to ona prawdopodobnie zarezonuje w życiu może jakiejś innej Zosi jeszcze, a jeśli tam setki Zoś zostawią komentarze, to może się okazać, że „Boże, to jest rada dla mnie!”. I tam właśnie tak było! Bo te rady mogą być przeróżne. I z takiej perspektywy wyszłyśmy, tworząc ten pomysł. Bo może się okazać, że rada, którą ja bym sobie dała na zasadzie: „Poświęcaj więcej czasu ludziom, których ciągle odkładasz na później, bo wydaje ci się, że za chwilę będziesz miała dla nich czas” zupełnie nie siądzie w życiu innej osoby. A.: Tak. Z.: Albo np. rada, którą tam przeczytałyśmy: „Rozwiedź się szybciej z mężem”, nie będzie radą, którą ja byłabym w stanie odbić lustrem w swoim życiu. Te rady mogą być przeróżne i część z nich wam dzisiaj tutaj przytoczymy, ale byłoby super, gdybyście się wy zastanowili tak w swoim własnym życiu, w swoim własnym ogródku, co byście chcieli usłyszeć na początku starań. Oczywiście w kontekście waszego życia. Tylko waszego. A.: Bo wy znacie siebie najlepiej. Z.: Czyli Ania daje radę Ani, Zosia daje radę Zosi. Ale może się okazać, że tam jest jakaś bliźniacza Zosia, której rada bardzo zagra w moim życiu i wezmę z niej sobie coś dla siebie. A może się okazać, że o radzie, którą dała Ania, pomyślę sobie: „O matko! To jest zupełnie nie dla mnie!”. I to też jest okej. Jaką radę, Aniu, dałabyś samej sobie na początku starań? Rada Ani A.: Pierwsze, co przyszło mi do głowy, to to, żebym się nie karała za to, co czuję. A karałam się bardzo. I więcej zrozumienia tego, co czujesz, i więcej takiego przytulenia własnych myśli. Pozwolenia sobie na to? Bo w mojej głowie działo się bardzo dużo. Pamiętam nawet taką frazę, którą powtarzałam. Chyba nawet ją sobie wypisywałam często, bo moje staraczkowe myśli przelewałam do pamiętnika. O tym też wspominałyśmy w jednym Mentalny Projekcie Żyćko. To jest taka seria maili, gdzie poruszamy temat emocji. Tam zachęcałyśmy was również do przelewania swoich myśli gdziekolwiek tylko możecie (na papier, Dysk Google, jakiś plik, na naszą skrzynkę dziewczyny się odzywały) i nazywania tego, co czujecie. Tak, jak czuję; tak, jak to przychodzi do mnie. Przelewanie tego w takiej formie. Ja pamiętam, że zamiast przelać to, co czuję, oceniałam to, co czułam. Pamiętam takie sformułowanie: „Przecież ty jesteś dobrym człowiekiem, to czemu tak myślisz?”. W ogóle nie pozwalałam sobie na smutek, bo komuś z bliskich osób się udało. Totalnie nie. Zaczynałam płakać i wręcz… Jakby były nas dwie i ta druga wcale mnie nie wspierała, a wręcz przeciwnie: „Nie myśl tak”, „To, co myślisz, jest złe”, „Przecież ty jesteś dobrym człowiekiem, więc dlaczego tak myślisz?”. Ocenianie siebie, tworzenie jakiegoś złego narratora. A może gdybym sobie pozwoliła na to, co myślę, pozwalałoby to popłynąć tym myślom dalej, a nie się im przyczepiać, i jeszcze rozkminiałam je w swojej głowie. Więc bez oceny pozwoliłabym sobie na te uczucia, na smutek, złość, żal. I tyle. Druga rada na początku starań A.: A druga rada dla mnie na początku starań – może przeczytam to, co napisałam: „Jest obok Ciebie On, którego być może długo będziesz nie zauważać”. Celowo sformułowałam to w takiej formie, bo ja bym nie posłuchała tej siebie, tej przyszłej staraczki, mądrzejszej już o jakieś doświadczenia i dlatego „być może długo nie będziesz zauważać”, bo ja mojego męża wcale nie zauważałam podczas starań. Długo. Chciałabym wiedzieć, że to jest, żeby ktoś mi to nazwał, że go nie zauważam. A ty, Zosiu, co napisałaś pod naszą rolką? Rada Zosi Z.: To ja też przeczytam, bo pewnie nie odniosę tego słowo w słowo tak, jak napisałam: „Nie odkładaj zadbania o relacje z bliskimi osobami na bliżej nieokreślone »potem«. Życie na »długu tlenowym« może potrwać chwilę, ale też dłużej, niż sądziłaś, że kiedykolwiek będziesz w stanie unieść”. Ja mam taką relację, o którą mam teraz poczucie, że mogłam bardziej zadbać, a odkładałam to na bliżej nieokreślone „potem”. I okazało się, że na tym świecie nie ma już tej osoby, z którą chciałabym zadbać o tę relację i z którą chciałabym zrobić pewne rzeczy, o których myślałam, że zrobię później i zaopiekuję się nią bardziej, a nie mam jak. I mogę się nią opiekować tylko w swoich wyobrażeniach. Strasznie się za to panczuję i mam wielki żal o to. Może też trochę za bardzo go rozgrzebuję, bo mamy taką tendencję do zwiększania rzeczy, które mogliśmy zrobić. Ale mam takie poczucie, że trochę zawaliłam na tym gruncie i też ciągle to odkładałam na zasadzie: muszę się teraz zająć swoimi problemami, a nie tym kimś. A teraz go nie ma i smutno mi. Nie odkładaj tego na później… A.: I ja mam przejść po takim… Z.: Nie chcę, żebyśmy teraz tutaj we dwie ryczały, ale tak sobie myślę, że jeśli jest taki drugi ktoś, taka Zosia… Wiesz, ja nie zakładałam, że tej osoby zaraz nie będzie, bo to jest najgorszy z możliwych scenariuszy, a tego człowieka nie ma. Mam nadzieję, że w życiach wielu z was to nie będzie tak tragiczne jak u mnie, że będziecie mogły sobie tylko płakać i się modlić, że kiedyś się tam spotkacie. Ale to chcę powiedzieć, żebyście tego nie odkładali – po prostu. Może się okazać, że jak ta niepłodność się skończy, to będziecie mieli do kogo się przytulić i z kim pogadać i w końcu poczuć, że możecie zrobić to, co obiecywaliście sobie w myślach, że dla niego zrobicie. Bo też nie zakładam, że wszędzie będzie tak tragicznie, jak u mnie. Ale jakby się okazało, że – kurczę – jednak go zabraknie, to bym nie chciała, żeby wam było tak bardzo źle. I żebyście mieli do siebie wyrzuty, bo też tak, jak mówię – mamy tendencję do tego, żeby je wyolbrzymiać. A bardzo tego żałuję. Może gdyby mi ten Zosin kiedyś powiedział, że warto nie odkładać takich rzeczy, bo nie wszystko możesz odłożyć na później… Czasami po prostu nie możesz czegoś odkładać w nieskończoność, bo wszystko ma swój koniec. Na pewno nie chciałabym w to uwierzyć i powiedziałabym, że to jest niemożliwe. Ale może bym coś więcej jednak zrobiła i nie miała wrzutów sumienia, że – kurczę – widzisz, miałaś mniej czasu, dziewczynko, niż założyłaś, że możesz mieć, żeby poczuć, że zrobiłaś wszystko. To taka moja rada. Wasze rady na początek starań Z.: Kurczę, zaczęłyśmy mocnym tąpnięciem, bo wcale nie chciałam, żeby któraś z nas się tutaj poryczała. Ale z drugiej strony widać, że takie rady, które możemy sobie dać, mogą bardziej zarezonować niż mniej. A.: Dziękujemy, Zosiu, że się podzieliłaś tym z nami – taką prawdą z serca. Przejdziemy też do dziewczyn, które dają sobie pewne wskazówki. To jest takie położenie ręki na ramieniu i powiedzenie: „Jestem tu”. Ułożymy to w jakiejś chronologii. Jedna z Was napisała: „Pamiętaj, że masz więcej marzeń. Możesz realizować je TERAZ, a nie dopiero gdy zostaniesz RODZICEM”. „Jedyne, co możesz porzucić, to strach – nigdy wiary…”. Z.: „Żadne wyniki nie są tak złe, aby odebrać nadzieję, bo cuda się zdarzają”. „Przyjmij, że cały proces starań to tak naprawdę ukochanie siebie: dbanie o dietę, o ruch, o równowagę psychiczną to dbanie o siebie. W całości. Bywa niełatwe, nie gwarantuję tego, że spełni marzenia o dziecku. Ale to Ty w tym wszystkim jesteś ważny/ważna. Ty, Twoje zdrowie, Twoje samopoczucie”. A.: „Mów otwarcie o niepłodności – nigdy nie wiesz, kto przechodzi przez to samo i poleci Ci specjalistę lub da wsparcie. Nie czekaj z badaniami parametrów [nasienia] i AMH”. Z.: „To nie twoja wina”. „Nie bój się mówić o tym, co boli”. „Nie rób testów ciążowych przed dniem spodziewanego okresu, by doszukiwać się cienia cienia – to tylko dodatkowy stres”. Przyjaciółka obok… A.: Ania napisała: „Ja uwielbiam wasze powiedzenie »niepłodność to nie wyrok«. Osiem lat starań, ale teraz pozdrawiam na wylocie trzeciej ciąży – 2020, 2022, 2024 – lub słowa mojego ulubionego wokalisty »wszystko ma swój czas«”. Z.: „Nie wszystkie dzieci będą z Tobą na ziemi, ale masz prawo o nich mówić. Są tak samo ważne, jak te ziemskie Tęczowe Cuda”. A.: „Skup się na swoim zdrowiu, a nie na tym, by »zrobić dziecko«”. Z.: „Nie polegaj na opinii jednego lekarza”. A.: „Jesteś wartościowa bez względu na wszystko”. Z.: „Słuchaj swojej intuicji, jeśli mówi Ci, że coś jest nie tak, i działaj”. A.: „Nic, co zrobisz, nie da Ci gwarancji, że zajdziesz w ciążę. Rób to (dbaj o relacje, chodź do fizo, pójdź na terapię, jedz zdrowo) dla siebie, nie po to, by zajść w ciążę”. Z.: „Daj sobie czas i przestrzeń na to, aby doświadczać trudnych emocji, nazywaj je. Będziesz w to wątpić, ale jesteś super i masz w sobie siłę”. A.: „1. Spróbuj nie traktować tego jak zadania do wykonania. To coś więcej, więc daj sobie czas i cierpliwość. 2. Doceń to, co już masz w swoim życiu”. „Nie jesteś sama! I to nie Wasza wina! Jestem przy Tobie, gdy tylko będziesz gotowa, by o tym rozmawiać”. Pamiętajmy, że piszemy do samych siebie. To też ładne – pozwolenie sobie na rozmowy właśnie z kimś, kto jest obok, kto nie ocenia twoich uczuć, w sensie sami oceniamy swoje uczucia. Wspominałyśmy o tym w poprzednim podcaście, że często się ganimy za nie, jakby nas były dwie – jestem ja i obok ta druga ja komentująca wszystko. A może tak jak tutaj w przypadku tej staraczki, która napisała, warto stworzyć tę osobę, która nie gani siebie samej, przyjaciółki obok, która jest po prostu tobą. „Wcale nie przesadzasz” Z.: „Zadbaj o siebie. Znajdźcie czas z partnerem na spędzanie razem czasu. Starania potrafią przetyrać. Bądź dla siebie wyrozumiała. Jeśli jeden lekarz postawi diagnozę, skonsultuj to u innego. Stawiaj granice, jeśli ktoś ze znajomych/rodziny składa listę życzeń względem przyszłego Waszego dziecka. Nie obwiniaj się za swoje wyniki, Twój organizm robi to, co na tę chwilę daje radę. I pamiętaj: jeśli potrzebujesz wsparcia, pomyśl o terapii”. A.: „Spodziewaj się niespodziewanego”. I kolejna rzecz: „Niskie AMH to nie wyrok”. „Żyj. Bądź blisko z partnerem/mężem, doceniaj go w tych staraniach. Cieszcie się sobą. Podróżujcie. Zmieniaj to, co ci nie odpowiada. Zrób porządek z głową, zadbaj o ciało. Żyj”. Z.: „Żyj i planuj tak, jak przed rozpoczęciem starań, baw się, jeździj na wakacje, rozpoczynaj nowe projekty. Rób to, czego potrzebujesz do normalności”. „Znajdź szybko profesjonalnego lekarza specjalistę. Nie czekaj, aż zwykły ginekolog coś wymyśli”. A.: „Żyj, życie jest jedno i szybko mija. Teraz żałuję, że te lata spędziłam na kanapie w stanie burrito, zamiast więcej z tych lat skorzystać”. Z.: „Że może się nie udać, że może boleć, ale może też być pięknie”. A.: I na koniec zostawiłyśmy sobie jedno wybrane: „Że wcale nie przesadzasz”. Dziękujemy każdej z was, która zechciała podzielić się pod tą rolką waszymi słowami do was samych. Dziękujemy za wysłuchanie podcastu. Z.: Tak naprawdę to jesteśmy bardzo ciekawe, jaką wy dalibyście sobie radę, jeśli jeszcze nie próbowaliście. I czy może któraś z tych rad, którą przeczytałyśmy albo którą przytoczyłyśmy z własnego życia, zaświeciła wam w głowie jakąś lampkę, że jest może coś, co wymaga teraz troski i opieki oraz zadbania o to, bo nie wiadomo, jak będzie za rogiem. A.: Dziękujemy bardzo. Artykuł #092 – Jedna rada, jaką dałabyś sobie na początku starań pochodzi z serwisu Akademia płodności.

Showing 1–20 of 22 episodes